CZĘŚĆ 4
…Nie czekałem na wyjaśnienia.
— Roman, kto pracuje w tej sali jako sanitariusz?
Roman pobiegł do telefonu wiszącego przy szatni. Jego palce trzęsły się tak mocno, że trzy razy wybrał zły numer.
— W magazynie nie ma sanitariusza — powiedział. — Kamil ma człowieka, który jeździ karetką prywatnej firmy. Nazywa się Oskar Bień.
— Kto widział go w szpitalu?
— Marcelina.
W głowie odtworzyłem jej twarz. Nie prosiła mnie tylko, żebym nie jechał do Damiana. Powiedziała: „Nie ufaj człowiekowi, który przyniósł zeszyt”. Nie „który ją zabrał”. Przyniósł.
To znaczyło, że chciała, żebym znalazł ostrzeżenie.
A może zdążyła je napisać, zanim ją zabrano.
O trzeciej trzydzieści siedem wyjechaliśmy z sali treningowej. Roman usiadł obok mnie z zeszytem przyciśniętym do brzucha. Damian został na podłodze pod czujnym okiem dwóch zawodników, którzy jeszcze pół godziny wcześniej śmiali się z mojego wieku.
— Nie możesz mnie tu zostawić — powiedział Damian.
— Mogę — odparłem.
— Kamil zabije Marcelinę.
— Wiem.
— Znam drogę do magazynu. Znam jego ludzi.
Spojrzałem na niego przez lusterko.
— Jeśli kłamiesz, zauważę.
— A jeśli mówię prawdę?
— Wtedy będziesz miał szansę zrobić jedną rzecz, której dotąd nie zrobiłeś.
— Co takiego?
— Stanąć między rozkazem a człowiekiem, którego skrzywdzono.
Zabrałem go ze sobą.
Nie dlatego, że mu ufałem.
Dlatego, że Marcelina znała jego sposób myślenia lepiej niż my wszyscy.
Stara przystań leżała za zamkniętymi warsztatami, gdzie metalowe ogrodzenia skrzypiały od wiatru. Była czwarta pięć, kiedy zaparkowaliśmy bez świateł za kontenerem z wyblakłą nazwą firmy transportowej.
W oddali pracowała pompa. Jej rytmiczne dudnienie przypominało ciężkie serce.
Roman wskazał boczne drzwi.
— Tam.
Damian wysiadł pierwszy.
— Jeśli w środku jest Oskar, nie pozwól mu podejść do niej z lewej strony. Ma nóż w prawej ręce.
— Skąd to wiesz?
— Bo widziałem, co robił innym.
— I nigdy go nie zatrzymałeś?
Damian zacisnął szczękę.
— Dziś zatrzymam.
Weszliśmy do środka przez magazyn pełen drewnianych skrzyń. Na jednej leżała pomarańczowa kamizelka ratownika. Pod nią wystawała biała rękawiczka z plamą krwi.
Roman wskazał schody prowadzące na antresolę.
— Tam jest biuro Kamila.
Z góry dobiegł głos.
— Wystarczy, Jakub. Wiem, że jesteś na dole.
Kamil wyszedł zza stalowej belki. Był niższy, niż się spodziewałem, lecz miał twarz człowieka, który przez lata przyzwyczaił innych do ustępowania. Obok niego stał Oskar, trzymając Marcelinę za ramię.
Córka miała rozciętą wargę, ale była przytomna.
— Tato, nie oddawaj mu zeszytu — powiedziała.
— Oddaj go — rozkazał Kamil. — Albo Oskar zrobi jej to, co Damian zrobił wcześniej.
Damian ruszył naprzód.
— Zostaw ją.
Kamil spojrzał na niego z pogardą.
— Ty zawsze byłeś miękki. Dlatego musiałem uczyć cię strachem.
Roman podniósł zeszyt.
— Masz tu wszystko, Kamil. Nazwiska, przelewy, daty. Nawet podpisy.
— I co z tego? Myślisz, że ten stary instruktor będzie cię chronił?
— Nie — powiedział Roman. — Marcelina będzie.
Kamil roześmiał się krótko.
— Dziewczyna z wstrząśnieniem mózgu?
Marcelina spojrzała na niego spokojnie.
— Dziewczyna, która przepisała ostatnią stronę zeszytu i wysłała ją komuś, zanim mnie zabraliście.
Kamil przestał się uśmiechać.
— Komu?
— Twojemu księgowemu — odpowiedziałem. — Temu, którego zmusiłeś do podpisywania przelewów. Roman podał mu kopię. W tej chwili jedzie z dokumentami do ludzi, którzy od dawna czekali, aż ktoś odważy się mówić.
To był mój blef.
Ale nie całkowity.
Roman rzeczywiście wykonał telefon przed wyjazdem. Nie do księgowego, lecz do swojej siostry, która pracowała w biurze rachunkowym Kamila. Kiedy usłyszała nazwiska, obiecała przekazać dokumenty dalej.
Kamil tego nie wiedział.
Oskar przycisnął nóż do ramienia Marceliny.
— Dość rozmów.
Damian zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Wszedł między nich.
— Weź mnie zamiast niej.
— Zejdź mi z drogi.
— To przeze mnie ją uderzyłaś? — zapytała Marcelina.
— Nie dotykaj jej — powiedział Damian.
Oskar uniósł nóż.
Damian rzucił się na jego rękę. Ostrze przecięło mu przedramię, ale chłopak nie puścił. Marcelina odsunęła się w bok, a ja dopadłem Oskara sekundę później. Uderzyłem nie w jego twarz, lecz w nadgarstek. Nóż spadł na beton i zadźwięczał pod skrzynią.
Roman chwycił Marcelinę.
— Jesteś ranna?
— Tylko warga.
Kamil cofnął się do biura. Wyciągnął telefon.
— Jeśli mnie zabierzecie, mój człowiek spali wszystkie dokumenty.
— Nie masz już swoich ludzi — powiedział Roman.
Z antresoli dobiegł dźwięk otwieranych drzwi. W progu pojawiła się kobieta w granatowym płaszczu. Była to siostra Romana, Alicja, a w rękach trzymała teczkę z kopiami przelewów.
— Kamil — powiedziała. — Wysłałam wszystko na trzy adresy. I zadzwoniłam do twojego wspólnika.
Kamil pobladł.
— Ty?
— Od pięciu lat bałam się twojego nazwiska. Dziś bardziej boję się tego, co zrobiłeś mojemu bratu.
Kamil rzucił się na bok, lecz Roman zagrodził mu drogę. Nie uderzył go. Po prostu stanął tak, jak kiedyś ja stałem przed nim na placu szkoleniowym.
— Nie przejdziesz — powiedział.
Kamil spojrzał na Damiana.
— Pomóż mi. Jestem twoją rodziną.
Damian trzymał zakrwawione przedramię.
— Rodzina nie każe człowiekowi łamać żeber dziewczynie.
To zdanie miało większą siłę niż cios.
Kamil osunął się na skrzynię. Wkrótce przyjechały służby ratunkowe i zabrano Oskara oraz Damiana do opatrzenia. Dokumenty trafiły do odpowiednich instytucji, a sala treningowa została zamknięta. Nie potrzebowałem widowiskowego odwetu. Potrzebowałem, żeby każdy wpis w zeszycie znalazł swoje miejsce przed ludźmi, których Kamil nie mógł zastraszyć.
Marcelina wróciła do szpitala. Lekarka powiedziała, że uraz nie pogłębił się, ale zaleciła odpoczynek. O piątej czterdzieści siedziałem przy jej łóżku, trzymając kubek zimnej herbaty, kiedy zapukał Damian.
Miał zabandażowaną rękę.
— Możesz wejść — powiedziała Marcelina.
Spojrzał na mnie.
— Nie wiem, co powiedzieć.
— To dobrze — odparłem. — Tym razem nie mów. Odpowiedz tylko na jedno pytanie.
— Jakie?
— Czy podpiszesz zeznanie Romana i potwierdzisz, kto wydał rozkaz?
Damian popatrzył na moją córkę.
— Tak.
— Nawet jeśli stracisz wszystko?
— Już straciłem to, czym próbował mnie kupić.
Marcelina odsunęła koc i wskazała krzesło.
— Usiądź. Nie obok mnie. Tam, gdzie cię widzę.
Damian usiadł pod ścianą.
Nie było przebaczenia w tej sali. Jeszcze nie.
Była za to pierwsza uczciwa decyzja człowieka, który przez wiele miesięcy wybierał strach.
Przed wyjściem Roman podał mi brązową teczkę.
— Powinieneś ją zatrzymać.
— Nie. Ty ją zacząłeś prowadzić.
— Bałem się, że ktoś ją znajdzie.
— A jednak ją otworzyłeś.
Roman spojrzał na Marcelinę przez szybę.
— Ona zrobiła to, czego ja nie potrafiłem przez piętnaście lat.
— Nie — powiedziałem. — Ona tylko przypomniała ci, że strach nie jest wieczny.
Na ostatniej stronie zeszytu, pod zdaniem Marceliny, Roman dopisał datę i jedno nazwisko: swoje.
Tym razem podpisał się pod prawdą.
A moja córka, zanim zasnęła, ścisnęła moją dłoń i szepnęła:
— Tato, jutro przynieś mi ten zeszyt. Chcę dopisać, kto pierwszy odważył się powiedzieć „nie”.
Przegapiłeś początek?






