CZĘŚĆ 4
— Co dokładnie zabrał? — spytałam.
Pani Puit ścisnęła w dłoniach fartuch.
— Księgę rachunkową funduszu i klucz do archiwum.
Aleksander poderwał się z miejsca.
— Przygotować konie.
— Nie — powiedziałam.
Zatrzymał się.
W jadalni nadal pachniało rozlaną kawą i metalem z rozbitej filiżanki. Czerwona kropla spływała po moim palcu, kap, kap, na biały obrus.
— Jeśli pojedziemy za nim, zabierze dokumenty albo je spali — ciągnęłam. — A jeśli rzeczywiście ma dostęp do rachunków, może już wydawać pieniądze.
— Muszę go zatrzymać.
— Nie sam.
— Eleonoro, to nie jest miejsce dla ciebie.
— Właśnie dlatego jest moje.
Wren patrzył na mnie z czymś, co przypominało ostrożny szacunek.
— Księżna ma rację. Malcolm spodziewa się pościgu. Nie spodziewa się, że ktoś zostanie w domu i odetnie mu drogę do tego, czego jeszcze nie zabrał.
— Czego? — spytał Aleksander.
Wren odwrócił się ku pani Puit.
— Czy pański ojciec miał prywatną szafę w archiwum?
— Miał, ale klucz nosił zawsze przy sobie.
— Nie zawsze — odpowiedziała starsza kobieta. — Po śmierci oddał go mnie.
Sięgnęła pod kołnierz i wyciągnęła cienki łańcuszek. Na jego końcu wisiał mały klucz z wygrawerowaną literą R.
Aleksander spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Przez osiem lat go pani miała?
— Pański ojciec poprosił mnie, żebym nie oddawała go nikomu, kto przyjdzie z samym tytułem. Powiedział, że prawdziwy właściciel zapyta najpierw o ludzi mieszkających na jego ziemi.
Aleksander pobladł.
— Puit…
— Nie byłam pewna, czy pan jest takim człowiekiem — powiedziała cicho. — Dziś rano już wiem, że może pan nim zostać. Ale jeszcze nim nie jest.
Nie było czasu na obrażoną dumę. Ruszyliśmy do archiwum: ja, Aleksander, Wren i pani Puit. Korytarz ciągnął się pod północnym skrzydłem, gdzie kamienne ściany były zimne i wilgotne. Na posadzce znaleźliśmy odciski błota.
Drzwi do gabinetu stały otwarte.
Na biurku brakowało księgi, lecz szuflada była wyłamana. W środku leżała pojedyncza karta z rachunkami i niedopalona świeca.
— Malcolm jest w stajniach — powiedziała pani Puit. — Słyszałam konie.
Aleksander ruszył naprzód.
— Zostań tutaj.
— Nie.
— Eleonoro.
— To mój podpis ma powstrzymać jego wypłaty. Jeśli mam być użyta jako pieczęć, będę przynajmniej trzymała pióro we własnej dłoni.
Na chwilę zamknął oczy. Potem skinął głową.
W stajniach panował półmrok. Koń Aleksandra uderzał kopytem o kamień, a obok niego stał Malcolm z księgą pod pachą. W drugiej ręce trzymał małą metalową puszkę z olejem.
— Spóźniłeś się — powiedział do Aleksandra. — Pół godziny i po rachunkach.
— Odłóż księgę.
— Podpisz dokument przekazujący mi zarząd, a wszystko zostanie nienaruszone.
— Nie masz już żadnej władzy.
Malcolm zaśmiał się krótko.
— Władza należy do człowieka, który potrafi wykorzystać cudzy strach. Ty masz go za dużo, żeby rządzić.
Spojrzałam na księgę.
— A pan? Czego się boi, lordzie Malcolmie?
Jego uśmiech zgasł.
— Nie zwracaj się do mnie takim tonem.
— Ukradł pan pieniądze z funduszu mojego męża. Fałszował pan dokumenty. A teraz grozi pan spaleniem rachunków, bo nie potrafi pan udowodnić, że ma pan do nich prawo.
— Nie rozumiesz, dziewczyno, jak działa ten świat.
— Rozumiem wystarczająco. Mężczyzna, który ma rację, nie potrzebuje oleju do rozmowy.
Pani Puit stanęła obok mnie.
— Pański ojciec wiedział, kim pan jest — powiedziała.
Malcolm odwrócił się ku niej.
— Stara służąca nie będzie mnie oskarżać.
— Nie oskarżam. Przypominam, że w noc przed śmiercią książę Robert kazał mi zapisać każdą kwotę, którą pan pobrał. Zrobiłam to.
Wren wyjął z kieszeni drugi arkusz.
— A ja mam potwierdzenie bankowe, podpisane przez kasjera i opatrzone datą. Dwadzieścia tysięcy funtów wysłane na rachunek w Amsterdamie.
Malcolm cofnął się o krok.
Aleksander spojrzał na niego.
— Wywiozłeś pieniądze z Anglii.
— To była pożyczka.
— Bez zgody funduszu.
— Dla dobra rodu!
— Dla własnych długów — powiedziałam.
Jego ręka drgnęła. Metalowa puszka uderzyła o kamień i otworzyła się. Olej rozlał się pod kopytami konia.
Koń zarżał, szarpnął uzdą i kopnął w drewnianą przegrodę. Księga wypadła z ramienia Malcolma. Aleksander rzucił się do przodu, lecz nie na stryja. Chwycił księgę, zanim wpadła w ogień przygotowany przy palenisku.
Malcolm został sam pośrodku stajni, z laską przechyloną w dłoni.
— Nie możesz mnie wyrzucić — syknął. — Cała rodzina cię odrzuci.
— Być może — odpowiedział Aleksander. — Ale nie oddam ci ani jednego człowieka, którego mój ojciec powierzył tej rodzinie.
Wtedy Malcolm spojrzał na mnie.
— A ty? Myślisz, że on się zmieni? Dziś mówi o szacunku, a jutro znów będzie chciał dziedzica.
To pytanie zabolało, bo nie znałam na nie odpowiedzi.
Aleksander również to zobaczył.
— Eleonoro — powiedział. — Nie proszę cię, żebyś mi wierzyła.
— Dobrze.
— Proszę tylko, żebyś pozwoliła mi naprawić to, co zrobiłem.
— Naprawienie nie zaczyna się od obietnicy.
— Od czego?
— Od tego, że przestaniesz decydować za mnie.
Podałam rękę Wrenowi.
— Dokument.
Prawnik wyjął pióro i arkusz z funduszu. Położył go na skrzyni z sianem. Atrament był gęsty, prawie czarny.
— Jeśli podpiszę — powiedziałam — wszystkie wypłaty wymagają mojego potwierdzenia. Nie tylko do czasu narodzin dziedzica. Na zawsze, dopóki sama nie zrezygnuję.
— Tak — odparł Wren.
— I chcę osobnego rachunku dla pracowników folwarków. Żeby Malcolm nie mógł odebrać im zapłaty, nawet gdyby znalazł innego zarządcę.
— To możliwe.
Aleksander patrzył na mnie, jakby dopiero teraz rozumiał, kogo poślubił.
— Zgadzam się — powiedział.
Malcolm parsknął.
— Nie masz prawa się zgadzać.
— Mam obowiązek — odparł Aleksander. — I pierwszy raz nie pomylę go z posłuszeństwem.
Tego samego popołudnia lord Malcolm musiał opuścić Blackthorn Hall. Nie robił sceny. To byłoby zbyt proste. Zabrał dwa kufry, laskę z głową lisa i twarz człowieka, który już układał kolejne kłamstwo.
Ludzie z folwarków otrzymali zaległe wypłaty jeszcze przed zmrokiem. Wren pojechał do Yorku z rachunkami i podpisem kasjera. Sprawa fałszerstwa nie zniknęła, ale nie potrzebowałam, żeby ktoś za mnie wymierzał zemstę. Wystarczyło, że dokumenty przestały służyć temu, kto je ukradł.
Aleksander nie przyszedł do mojego pokoju tej nocy.
Ani następnej.
Trzeciego dnia zapukał raz i czekał.
— Wejdź — powiedziałam.
Stał na progu, bez płaszcza, z twarzą bardziej zmęczoną niż kiedykolwiek wcześniej. W dłoni trzymał coś małego.
Mosiężny klucz.
— Znalazłem go na podłodze przy twoim łóżku — wyjaśnił. — W noc, kiedy zamknęłaś drzwi.
— Mogłeś go zatrzymać.
— Wiem.
Położył klucz na stoliku.
— Chcę, żebyś sama decydowała, które drzwi są zamknięte, a które otwarte.
Nie dotknęłam klucza.
— A czego chcesz ode mnie teraz?
— Niczego tej nocy.
— To nie jest odpowiedź.
— Chcę, żebyś mogła odpocząć bez oczekiwania, że będę czegoś żądał.
Patrzyłam na niego długo. W jego oczach nadal było pragnienie, ale obok niego pojawiło się coś, czego wcześniej nie umiałam tam znaleźć: zgoda na to, że moje „nie” nie jest raną zadawaną jemu.
— Nie wiem, czy ci wybaczę — powiedziałam.
— Nie proszę o wybaczenie.
— Nie wiem, czy będę chciała zostać twoją żoną w taki sposób, jak ty sobie wyobrażałeś.
— W takim razie będę musiał poznać sposób, którego nie wyobrażałem sobie wcale.
Prawie się uśmiechnęłam. Prawie.
Wziął klucz i położył go bliżej mnie.
— Twój ojciec sprzedał cię w zamian za bezpieczeństwo. Mój stryj próbował kupić mnie za cudze pieniądze. A ja zachowywałem się tak, jakby małżeństwo dawało mi prawo do wszystkiego.
— Nie mów o sobie łagodniej, niż zasługujesz.
— Nie zamierzam.
— I nie mów o sobie surowiej, żeby uniknąć naprawy.
Tym razem naprawdę się uśmiechnął, lecz smutno.
— Będę przychodził na kolację, jeśli mnie zaprosisz.
— Możesz przychodzić na kolację bez zaproszenia. Do mojego pokoju nie.
— Rozumiem.
— Jeśli kiedyś będę chciała, sama cię poproszę.
— Wiem.
Wyszedł.
Nie zamknęłam drzwi.
Nie dlatego, że byłam gotowa mu zaufać. Nie byłam.
Zrobiłam to dlatego, że po raz pierwszy mogłam wybrać inaczej niż ze strachu.
Nazajutrz rano podpisałam nowy rejestr funduszu, a pani Puit postawiła obok niego mały kałamarz i świeże pióro. Na pierwszej stronie, pod nazwiskiem księcia, znalazło się moje nazwisko — nie jako dopisek, nie jako warunek i nie jako cudza własność.
Kiedy Aleksander zobaczył podpis, nie powiedział nic. Wziął pióro, odwrócił księgę ku mnie i dopisał pod nim jedno zdanie:
„Każda decyzja dotycząca księżnej wymaga jej własnej zgody”.
Atrament jeszcze nie wysechł, gdy z korytarza dobiegł dźwięk dzwonu oznajmiającego przyjazd kolejnego posłańca z Yorku.
Pani Puit ruszyła ku drzwiom, ale ja zatrzymałam ją gestem.
— Niech zaczeka — powiedziałam. — Najpierw skończę podpisywać własne nazwisko.
A mosiężny klucz leżał obok mojego pióra, ciężki i ciepły od dłoni, która wreszcie należała do mnie.
Przegapiłeś początek?






