Minęło sześć tygodni od naszego ślubu, kiedy po raz pierwszy zasłoniłam dłonią usta, żeby nie krzyknąć, a książę Aleksander zatrzymał się przy mnie tak gwałtownie, że mosiężna klamra jego szlafroka uderzyła o krawędź toaletki.
Była druga nad ranem. W kominku dogasały polana, a w powietrzu wisiał ciężki zapach wosku i wilgotnego drewna. Leżałam wyczerpana, z włosami przyklejonymi do karku, podczas gdy on opierał dłonie po obu stronach mojego ciała.
— Eleonoro — powiedział cicho. — Spójrz na mnie.
Nie spojrzałam.
— Jestem zmęczona.
— Wiem.
To „wiem” nie przyniosło mi ulgi. Przeciwnie. W jego głosie nie było gniewu, lecz coś bardziej niebezpiecznego: przekonanie, że moje zmęczenie jest przeszkodą, którą można usunąć cierpliwością.
Przez pierwsze dni po naszym ślubie wierzyłam, że jego gwałtowność jest tylko namiętnością, której żadne z nas nie umie jeszcze nazwać. Każdej nocy budziłam się, słysząc skrzypienie drzwi łączących nasze pokoje. Każdego ranka służąca znajdowała mnie bladą, z rękami drżącymi tak mocno, że nie potrafiłam zapiąć pereł przy szyi.
Aleksander zawsze pytał, czy nic mi nie jest.
I zawsze czekał na odpowiedź z tym samym skupieniem, jakby chciał usłyszeć coś innego niż prawdę.
O dziewiątej rano zeszłam do jadalni. Srebrny dzbanek z kawą był tak gorący, że para zasnuła szyby. Próbowałam utrzymać filiżankę, lecz porcelana zadzwoniła o spodek.
— Milady, może poślę po lekarza? — zapytała pani Puit.
— Nie. To tylko bezsenność.
— Bezsenność nie zostawia fioletowych cieni pod oczami.
Podniosłam na nią wzrok. Starsza kobieta stała przy kredensie, ściskając w palcach lnianą ściereczkę. Jej twarz była spokojna, ale spojrzenie zbyt uważne.
— Czy książę coś pani powiedział? — spytałam.
— Książę nie musi nic mówić, żeby cały dom wiedział, kiedy jest niespokojny.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się i Aleksander wszedł do środka w wysokich jeździeckich butach. Na podeszwach miał mokre liście. Zobaczył moją twarz, potem filiżankę, którą nadal ściskałam.
— Puit, zostaw nas.
— Wasza książęca mość…
— Proszę.
Kiedy zostaliśmy sami, podszedł do stołu, lecz nie usiadł. Jego cień padł na obrus.
— Nie powinnaś była mówić, że jesteś zmęczona przy służbie.
— Nie powiedziałam nic, czego nie widać.
— W tym domu wszystko, co widać, staje się cudzą własnością.
— A ja? — zapytałam. — Czy ja również?
Mięsień poruszył się w jego szczęce.
— Jesteś moją żoną.
— To nie jest odpowiedź.
Przez chwilę sądziłam, że odejdzie. Zamiast tego nachylił się i oparł dłonie na stole, tuż obok moich.
— Chcę cię — powiedział. — Pięć razy każdej nocy, jeśli tyle zdołam ci dać. Czy naprawdę mam udawać, że tego nie czuję?
Serce uderzyło mi pod żebrami jak przestraszony ptak.
— Nie proszę, żebyś udawał. Proszę, żebyś mnie usłyszał.
— Słyszę cię.
— Nie. Ty czekasz, aż skończę mówić.
Jego oczy pociemniały. Na podłodze, między nami, spadła kropla wody z jego płaszcza i rozlała się na drewnie jak maleńka plama atramentu.
Tego wieczoru zamknęłam drzwi na zasuwę. Po raz pierwszy.
O wpół do jedenastej usłyszałam jego kroki na korytarzu. Zatrzymały się tuż za drzwiami. Nie zapukał. Przez długą chwilę panowała cisza, a ja siedziałam na łóżku, ściskając w dłoni mały mosiężny klucz, który zawsze nosiłam przy pasie.
Potem Aleksander powiedział:
— Eleonoro, otwórz. Musimy porozmawiać.
Nie odpowiedziałam.
— Jeśli mi nie otworzysz, jutro rano dowiesz się, dlaczego nie mogę pozwolić sobie na twoje zmęczenie.
Klamka drgnęła.
A ja po raz pierwszy pomyślałam, że może w tym małżeństwie nie chodziło wyłącznie o pragnienie…
CZĘŚĆ 2
Klamka przestała się poruszać, lecz ja nadal siedziałam bez ruchu, z mosiężnym kluczem wbitym w dłoń tak mocno, że na skórze został czerwony ślad.
— Co to ma znaczyć? — zapytałam.
Po drugiej stronie drzwi Aleksander milczał przez kilka sekund.
— Rano porozmawiamy przy śniadaniu.
— Nie. Teraz.
— Jesteś wyczerpana.
— Właśnie dlatego chcę odpowiedzi.
Jego oddech przesunął się po drewnie jak cień.
— Twój ojciec nie powiedział ci wszystkiego przed ślubem.
Wstałam. Kolana miałam miękkie, ale podeszłam do drzwi.
— O czym?
— O umowie małżeńskiej.
— Czy to groźba?
— Nie.
— Brzmiała jak groźba.
— Bo sam nie wiem, jak inaczej to powiedzieć.
Nie otworzyłam. Zamiast tego odeszłam od drzwi i usiadłam przy toaletce. Na blacie leżał grzebień z kości słoniowej, pamiątka po matce. Jeden z jego zębów był pęknięty, ale nigdy nie potrafiłam go wyrzucić.
— Idź spać, Aleksandrze.
— Eleonoro…
— Powiedziałam, żebyś poszedł.
Tym razem odszedł.
Następnego ranka w jadalni czekała na mnie nie tylko kawa. Obok mojego talerza leżała koperta z ciemnozieloną pieczęcią. Nie było na niej nazwiska, jedynie herb Blackthornów odciśnięty tak głęboko, że papier pękł przy brzegu.
Aleksander stał przy oknie. Za szybą ogrodnik przycinał róże, a metalowe ostrza nożyc szczękały w równym rytmie.
— To od mojego ojca? — spytałam.
— Nie.
— Od twojego prawnika?
— Tak.
— Dlaczego leży przy moim talerzu?
Odwrócił się. Miał na sobie czarny surdut, lecz jego krawat był zawiązany niedbale, jakby po raz pierwszy od lat nie starczyło mu cierpliwości do własnego odbicia.
— Ponieważ dotyczy ciebie.
— Otwórz ją.
— Nie przy śniadaniu.
— W takim razie przy kolacji. Albo teraz.
Jego palce zacisnęły się na parapecie.
— Zanim skończy się sześć miesięcy od dnia ślubu, musimy mieć dowód, że małżeństwo zostało skonsumowane.
Przez chwilę słyszałam tylko nożyce za oknem.
— Dowód?
— Tak stanowi dokument.
— Jaki dokument?
— Klauzula w umowie powierniczej.
Roześmiałam się, ale śmiech zabrzmiał obco i pusto.
— Ożeniłeś się ze mną, żeby wypełnić warunek zapisany na papierze?
— Ożeniłem się z tobą, ponieważ cię chciałem.
— A teraz próbujesz wmówić mi, że moje ciało jest pieczęcią na twojej własności.
— Nigdy tak nie powiedziałem.
— Nie musiałeś.
Wtedy do jadalni weszła pani Puit. Zatrzymała się, widząc nasze twarze. W ręku trzymała tacę z listami.
— Wasza książęca mość, przybył pan Wren z Yorku. Twierdzi, że ma pilną wiadomość dla księżnej.
Aleksander zesztywniał.
— Powiedz mu, że jestem zajęty.
— Powiedział, że znał księcia Roberta, pańskiego ojca.
Książę spojrzał na kopertę przy moim talerzu.
— Wpuść go.
Pan Wren był drobnym, siwowłosym mężczyzną z mokrym kapeluszem pod pachą. Na lewym palcu nosił pierścień z pękniętym czarnym kamieniem. Ukłonił się mnie, potem Aleksandrowi.
— Przyjechałem za późno — powiedział. — Ale jeszcze nie za późno, żeby powiedzieć księżnej, co naprawdę podpisano.
— Wyjdź — rozkazał Aleksander.
— Nie mogę. Obiecałem pańskiemu ojcu, że jeśli kiedykolwiek jego syn poślubi kobietę w ten sposób, przekażę jej prawdę.
Aleksander ruszył ku niemu.
— Wren.
— Wasza książęca mość, proszę mnie wysłuchać. Pański ojciec nie zostawił tego dokumentu po to, żeby zmusić księżną do rodzenia dzieci. Zostawił go, żeby ochronić ją przed człowiekiem, którego pan sam wyznaczył do zarządzania majątkiem.
W pokoju zapanowała ciężka cisza.
Spojrzałam na Aleksandra.
— Kogo wyznaczyłeś?
Pan Wren sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął złożony arkusz. Papier zaszeleścił między jego palcami.
— Tego, który od sześciu tygodni pilnuje każdego państwa wydatku, każdego listu i każdego kroku…
CZĘŚĆ 3
— Lorda Malcolma — powiedziałam, zanim pan Wren dokończył.
Aleksander nie zaprzeczył.
Jego stryj był człowiekiem o srebrnych włosach i uprzejmym uśmiechu, który nigdy nie docierał do oczu. To on podał mi ramię po ceremonii. To on podczas weselnego obiadu wzniósł toast za „ciągłość wielkiego rodu”.
Pan Wren położył arkusz na stole. Wosk przy jego dolnym brzegu był pęknięty, a pod pieczęcią widniał podpis księcia Roberta.
— Pański ojciec ustanowił fundusz dla wdowy i przyszłej księżnej — wyjaśnił. — Malcolm miał zarządzać nim tylko do dnia ślubu. Potem wszystkie decyzje przechodziły w ręce pańskiej żony.
— To niemożliwe — powiedział Aleksander.
— Nie, książę. Niemożliwe jest to, co pański stryj próbował zrobić później.
Wren wyjął drugi dokument. Był krótszy, z jednym dopisanym akapitem.
— Ta klauzula nakazuje księciu przedstawić dowód dziedzica przed upływem sześciu miesięcy. Jeśli tego nie zrobi, zarząd majątkiem przejmuje Malcolm. Ale ten dopisek nie znajduje się w oryginale.
Poczułam chłód w palcach.
— Kto go dodał?
Wren spojrzał na Aleksandra.
— Człowiek, który miał dostęp do pańskich ksiąg i pieczęci.
— Malcolm — wyszeptałam.
Aleksander odwrócił głowę.
— Wiedziałeś o tym?
— Wiedziałem, że istnieje klauzula dotycząca dziedzica. Nie wiedziałem, że została zmieniona.
— Mimo to zmuszałeś mnie każdej nocy.
Jego twarz stężała.
— Nie zmuszałem cię.
— Kiedy mówiłeś, że sześć miesięcy decyduje o wszystkim, kiedy wchodziłeś do mojego pokoju, choć widziałeś, że ledwo stoję, czym to było?
Aleksander otworzył usta, lecz Wren położył dłoń na dokumencie.
— Wasza książęca mość, pański stryj nie poprzestał na dopisku. Wczoraj rano próbował wypłacić z funduszu dwadzieścia tysięcy funtów. Bank odmówił, bo podpis księżnej był wymagany.
— Nie podpisałam niczego — powiedziałam.
— Właśnie dlatego przyjechałem.
Drzwi jadalni otworzyły się bez pukania. Lord Malcolm wszedł w jasnym płaszczu, trzymając srebrną laskę. Na jej gałce wyrzeźbiono głowę lisa.
— Jak wzruszająco — powiedział. — Wszyscy zebrani przy stole, a nikt nie je.
Aleksander stanął między nami.
— Opuść ten dom.
Malcolm uśmiechnął się.
— To nie jest już wyłącznie twój dom.
— Wiem, co zrobiłeś z dokumentem.
— W takim razie wiesz również, że bez dziedzica nie masz prawa do funduszu.
— A ty nie masz prawa go dotykać.
Malcolm spojrzał na mnie.
— Księżna może to łatwo naprawić. Wystarczy podpisać oświadczenie, że małżeństwo zostało dopełnione i że oczekuje dziecka.
Filiżanka przy mojej dłoni pękła od nacisku palców. Ostry brzeg przeciął mi skórę.
Aleksander zobaczył krew.
— Wyjdź — powiedział.
Tym razem jego głos nie był rozkazem męża. Był głosem człowieka, który właśnie zrozumiał, że własny lęk uczynił z niego narzędzie.
Malcolm uniósł laskę.
— Jeśli mnie wyrzucisz, jutro wszystkie gazety dowiedzą się, że twoja młoda żona nie potrafi spełnić obowiązku, dla którego ją poślubiłeś.
— Nie ożeniłem się z nią dla obowiązku — odpowiedział Aleksander.
— Ale zachowywałeś się dokładnie tak, jakbyś to zrobił.
Słowa stryja zawisły nad stołem ciężej niż groźba.
Później, gdy Malcolm został wyprowadzony przez lokaja, Aleksander uklęknął przede mną. Nie dotknął mnie. Jego dłonie spoczęły na kolanach.
— Nie wiedziałem o fałszerstwie — powiedział. — Ale wiedziałem, że się boisz. I mimo to brałem od ciebie więcej, niż chciałaś dać.
Nie potrafiłam mu odpowiedzieć.
Wren zebrał dokumenty.
— Jutro rano jedziemy do Yorku. Jeśli podpis księcia Roberta zostanie potwierdzony, Malcolm straci dostęp do majątku.
— A jeśli nie? — spytałam.
Wren spojrzał na drzwi, za którymi zniknął stryj.
— Wtedy księżna będzie musiała zdecydować, czy chce ratować nazwisko Blackthornów.
W tej samej chwili z korytarza dobiegł trzask tłuczonego szkła. Pani Puit wbiegła do pokoju, blada jak kreda.
— Milord Malcolm zabrał coś z gabinetu — powiedziała. — I zostawił wiadomość, że jeśli książę pojedzie do Yorku, wieśniacy z północnych folwarków stracą wszystko przed południem…
Księżna odkryła, kto naprawdę trzymał klucz…
Myślałam, że walczę tylko o własny spokój. Finał pokazał, że stawką było znacznie więcej.
„Prawda została podpisana wiele lat temu.”
Aleksander pobladł.
👇 Finał tej historii jest już otwarty






