CZĘŚĆ 4 — Teściowa oznajmiła przy urodzinowym stole, że żony przychodzą i odchodzą, a kiedy zabrałam jedzenie, jej twarz nagle stężała

CZĘŚĆ 4

— Do kogo? — zapytała Galina.

Siergiej nie odpowiedział.

Wyrwałam mu telefon z ręki. Na ekranie widniało potwierdzenie przelewu. Nadawca: fundacja „Drugie Serce”. Odbiorca: konto pośrednika nieruchomości. Kwota była większa niż wszystkie oszczędności Siergieja razem wzięte.

Pod spodem znajdowała się wiadomość od banku: „Prosimy o pilny kontakt. Środki zostały zablokowane do wyjaśnienia źródła”.

— Co to za fundacja? — spytałam.

Galina pobladła.

— Nie twoja sprawa.

— Właśnie że moja. Kto wpłacił zaliczkę za moje mieszkanie?

Siergiej opadł na krzesło. Urodzinowa czapeczka, którą Marina wcześniej założyła mu dla żartu, zsunęła się z jego głowy i zatrzymała na ramieniu.

— To nie miało tak wyglądać — powiedział.

— Nie pytam, jak miało wyglądać.

— Fundacja należy do szpitala, w którym pracujesz.

W pokoju zrobiło się tak cicho, że słyszałam pracującą lodówkę.

— Do szpitala?

— Do programu pomocy pacjentom. Mama dowiedziała się, że dyrekcja wypłaciła ci nagrodę za projekt rehabilitacji po zawale. Pieniądze wpłynęły na twoje konto, a ty odłożyłaś je na remont oddziału.

— Skąd ty o tym wiesz?

Siergiej zacisnął palce na serwetce.

— Przeglądałem twoje dokumenty.

— I przelałeś pieniądze z fundacji na zakup mojego mieszkania przez obcą osobę?

— Nie wiedziałem, że bank to wykryje.

Galina poderwała się z krzesła.

— Przestań mówić!

— To ty kazałaś mi podpisać! — krzyknął Siergiej. — Powiedziałaś, że Natalia i tak odejdzie, a my zostaniemy bez niczego.

Marina odsunęła talerz.

— Mamo, mówiłaś, że mieszkanie jest jego.

— Bo jest! — wrzasnęła Galina. — Żona ma obowiązki. Gotuje, pracuje, pomaga rodzinie. Nie może nagle udawać właścicielki.

— Nie udaję — powiedziałam. — Jestem właścicielką.

Wyjęłam z szuflady akt zakupu. Papier był zagięty w rogu, bo woziłam go kiedyś do banku w kieszeni fartucha. Położyłam go przed wszystkimi.

— Mieszkanie kupiłam przed ślubem. Kredyt spłaciłam sama. Siergiej nie ma tu żadnego udziału.

— Ale mieszkałem tu! — krzyknął.

— Mieszkałeś, bo byłeś moim mężem.

— I kochałem cię!

To zdanie zabolało bardziej niż krzyk Galiny. Przez siedem lat wierzyłam, że Siergiej jest nieporadny, ale dobry. Że jego matka zatruwa mu głowę. Teraz widziałam prawdę: on pozwalał jej mówić, bo korzystał z tego, że ja wszystko naprawię.

Helena wciąż była na głośniku.

— Natalka, dyrektorka szpitala chce z tobą pilnie rozmawiać. Fundacja nie straci pieniędzy, ale ktoś próbował wykorzystać jej konto. I jeszcze jedno: wniosek o pełnomocnictwo zawiera numer telefonu Siergieja.

Siergiej zamknął oczy.

— To był numer służbowy — wyszeptał.

— Twój numer służbowy jest zapisany w umowie sprzedaży? — zapytałam.

Nie odpowiedział.

Tym razem nie musiał.

Następnego ranka o dziesiątej zamiast kupującego przyjechała dyrektorka szpitala, pani Irena, oraz Helena z unieruchomioną ręką na temblaku. Za nimi pojawiła się kobieta z kancelarii notarialnej, ta sama, której pieczęć skopiowano na pełnomocnictwie.

Galina stała w przedpokoju w puchowym płaszczu, choć w mieszkaniu było ciepło. Spakowała już dwie walizki. Marina siedziała na schodach i płakała, bo jej brat przestał odbierać telefony.

— Nie będzie sprzedaży — powiedziała pani Irena. — Bank cofnął blokadę środków fundacji, a zarząd zażądał wyjaśnień od osoby, która próbowała nimi dysponować.

Siergiej wyszedł z pokoju z kopertą w dłoni.

— Natalia, mogę ci wszystko wytłumaczyć.

— Nie tutaj.

— Właśnie tutaj. Przy wszystkich. Chcę powiedzieć, że się bałem.

— Czego?

— Że mama wyrzuci mnie z rodziny, jeśli jej nie pomogę. Że Marina pójdzie do więzienia za długi. Że zostanę sam.

— A mnie się nie bałeś stracić?

Siergiej spojrzał na stół, na niedojedzony tort i plamę po winie na obrusie.

— Myślałem, że ty zawsze zostaniesz.

W tych słowach nie było miłości. Było przyzwyczajenie.

Podał mi kopertę.

— To moje wypowiedzenie z pracy. Złożyłem je rano. Chcę sprzedać samochód i oddać fundacji pieniądze, które wcześniej pobrałem z konta.

Pani Irena zmarszczyła brwi.

— Pobrałeś więcej niż tę zaliczkę?

Siergiej skinął głową.

— Niewiele. Na raty mamy.

Galina krzyknęła:

— Nie waż się!

— Już się odważyłem — powiedział. — Sprzedam samochód. Oddam wszystko. I wyprowadzę się.

— Dokąd? — spytała Marina.

— Nie wiem.

To był pierwszy uczciwy plan, jaki od niego usłyszałam.

Nie pojechałam z Siergiejem do kancelarii. Pojechałam z Heleną do szpitala, gdzie dyrektorka podpisała ze mną nowy projekt: pieniądze z nagrody miały zostać przeznaczone na szkolenia dla rodzin pacjentów po zawale. Chciałam, żeby nikt nie musiał wybierać między leczeniem a strachem przed utratą domu.

Wieczorem wróciłam do mieszkania sama.

Na stole wciąż stał tort. Krem zasechł wokół cyfry sześć, a obok leżała czapeczka Siergieja, pognieciona i wilgotna od sosu.

Wzięłam talerz z pieczenią i zaniosłam go do pokoju socjalnego na oddziale. Helena siedziała tam z kubkiem herbaty.

— Nakarmię nocny dyżur — powiedziałam.

— A tort?

— Tort zostaje tutaj.

— Dla kogo?

Spojrzałam na napis z jego imieniem. Potem nożem przecięłam krem dokładnie między imieniem a liczbą.

— Dla tych, którzy nie pytają, czy zasługuję na miejsce przy własnym stole.

Helena uśmiechnęła się przez łzy.

Za szybą dyżurki zapalił się czerwony wskaźnik alarmu. Ruszyłam do pacjenta, zostawiając na stole kawałek tortu z oderwaną cyfrą sześć.

A kiedy nocny dyżurny zapytał, czy może wziąć ostatni kawałek, odpowiedziałam:

— Proszę. Tym razem jest naprawdę dla pana.

Przegapiłeś początek?

← Czytaj historię od pierwszej części

Оцените статью