Trzy lufy dotykały niemal mojego mokrego płaszcza, a ja klęczałam w błocie obok człowieka, którego samochód właśnie zniknął w czarnej przepaści.
— Odsuńcie broń — rozkazał Dante Morreti.
Jego głos był chropowaty, ale pewny. Prawą ręką wciąż ściskał mój nadgarstek, jakby bał się, że jeśli mnie puści, zniknę razem z wrakiem. Z jego rozciętej skroni spływała krew i mieszała się z deszczem. Czułam jej metaliczny zapach.
— Szefie, ona może być częścią zasadzki — powiedział wysoki mężczyzna z blizną nad brwią.
— Gdyby była, pozwoliłaby mi spaść.
Spojrzał na mnie. W jego szarych oczach nie było wdzięczności. Było podejrzenie.
— Skąd wiedziałaś o hamulcach, Kara?
Zamarłam. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że na piersi nadal miałam przypiętą plakietkę z imieniem. Małą, mosiężną tabliczkę, którą kierownik restauracji kazał nam polerować każdego ranka.
— Nie wiedziałam — odpowiedziałam. — Usłyszałam rozmowę.
— Czyją?
Zanim zdążyłam powiedzieć „Vanessy”, z góry rozległ się trzask drzwi samochodu. Wszyscy mężczyźni odwrócili głowy. Nad urwiskiem zatrzymały się dwa czarne samochody, a ich reflektory przecięły deszcz jak białe noże.
— Zabierzcie ją do rezydencji — powiedział Dante.
— A pan?
— Ja też jadę.
— Powinien pan trafić do lekarza.
Dante podniósł się z trudem. Kiedy stanął, zachwiał się, ale nie pozwolił nikomu się podtrzymać. Na jego dłoni pojawiła się świeża krew z przeciętych palców.
— Lekarz może poczekać. Odpowiedź nie.
O drugiej siedziałam na tylnym siedzeniu samochodu, między mężczyzną z blizną a kierowcą, którego dłonie ani razu nie zadrżały. Za szybą góra znikała w ulewie. Wciąż widziałam drzewo, które pękało pod ciężarem wraku.
W Bellini pracowałam po dwanaście godzin i nauczyłam się, że bogaci ludzie potrafią mówić o tragediach tak, jak inni mówią o deserze. Tego wieczoru myłam kieliszki przy prywatnej sali, kiedy usłyszałam śmiech Vanessy.
— Jesteś pewna, że wszystko zostało przygotowane? — zapytał mężczyzna.
— Przewody są przecięte. Na górskiej drodze straci hamowanie.
— A jeśli przeżyje?
— Dante nie przeżyje. O północy będę wdową.
To właśnie wtedy upuściłam tacę. Nie słyszałam już brzęku szkła. Słyszałam tylko własne serce.
Samochód zatrzymał się przed posiadłością Morretich. Brama otworzyła się bez dźwięku. W środku pachniało mokrym kamieniem, dymem i drogimi cygarami. Na marmurowej posadzce zostawiłam ślady błota.
— Nie patrz na podłogę — powiedział Dante. — Patrz na ludzi.
Zaprowadzono mnie do biblioteki. Na stole leżała moja torebka, mokra serwetka z Bellini i metalowa plakietka z moim imieniem. Obok ktoś położył cienką, czarną teczkę.
Dante zamknął za sobą drzwi.
— Powiesz mi wszystko — oznajmił. — Albo dowiem się sam.
— Nie kłamię.
— Wszyscy tak mówią.
Podszedł do stołu i położył palce na teczce. Z korytarza dobiegł odległy odgłos kroków.
Dante powoli wyciągnął rękę do zamka, a ja zobaczyłam, że na jego mankiecie tkwiła ta sama kropla krwi, którą zostawiłam na rozbitym oknie samochodu. Jego palce dotknęły teczki i zaczęły ją otwierać…
CZĘŚĆ 2
Zamek ustąpił z cichym kliknięciem.
W teczce nie było pieniędzy ani broni. Leżała tam fotografia przedstawiająca mnie przed Bellini, z tacą w dłoniach, oraz wydruk z moim adresem.
Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w twardy węzeł.
— Śledziliście mnie? — zapytałam.
— Od chwili, gdy pobiegłaś za samochodem szefa — odparł mężczyzna z blizną.
— Jak się nazywasz?
— Rocco.
— Nie pytałem cię o imię — przerwał mu Dante. — Pytałem ją.
Spojrzałam na fotografię. Było na niej moje mieszkanie, wejście do restauracji i stara niebieska skrzynka na listy, którą odziedziczyłam po matce. Ktoś musiał stać naprzeciwko mojego domu przez wiele dni.
— Jestem Kara Fields. Mam dwadzieścia siedem lat. Pracuję w Bellini, wynajmuję mieszkanie przy ulicy Kestrel i nie należę do żadnej waszej wojny.
— A jednak wbiegłaś pod mój samochód.
— Nie pod samochód. Za nim.
— Dlaczego?
Zacisnęłam dłonie na mokrym materiale spódnicy. Pod paznokciami wciąż miałam czarne drobiny kory.
— Bo słyszałam twoją żonę.
W bibliotece zrobiło się tak cicho, że słyszałam kapanie wody z mojego płaszcza na marmur.
— Vanessa? — zapytał Dante.
— Tak.
Rocco sięgnął po broń.
— Szefie, to może być próba skłócenia was.
— Nie ruszaj się — powiedział Dante.
Nie spojrzał na Rocco. Patrzył tylko na mnie.
— Kto był z nią?
— Mężczyzna. Nie widziałam twarzy. Mówił o hamulcach, a ona się śmiała. Powiedziała, że przed północą będzie wdową.
Dante odwrócił się do kominka. Przez sekundę wyglądał jak człowiek, który zapomniał, gdzie jest. Potem wyjął z kieszeni telefon.
— Dzwoń do pani Morreti — rozkazał.
Rocco wybrał numer. Po chwili włączył głośnik.
— Dante? — odezwała się Vanessa miękkim głosem. — Gdzie jesteś? Próbowałam się dodzwonić.
Dante milczał.
— Kochanie?
— Wracam do domu — powiedział.
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
— Do domu? Przecież miałeś pojechać prosto do magazynu.
Dante spojrzał na mnie.
— Zmieniłem plany.
Vanessa zaczęła płakać. Brzmiało to tak przekonująco, że poczułam mdłości.
— Boże, Dante, coś się stało?
— Niedługo się zobaczymy.
Rozłączył się.
— Dlaczego jej nie powiedział pan, że żyje? — zapytałam.
— Chcę zobaczyć, co zrobi, kiedy pomyśli, że nie żyję.
— A jeśli ma innych ludzi?
— Ma.
Wtedy drzwi biblioteki otworzyły się gwałtownie. Do środka wbiegł młody mężczyzna z mokrymi włosami i rozciętym łukiem brwiowym.
— Szefie, znalazłem coś przy warsztacie — powiedział. — Mechanik uciekł.
Dante wyciągnął rękę.
Młody mężczyzna podał mu mały mosiężny element, cały pokryty olejem.
— To zawór z pańskiego układu hamulcowego — wyjaśnił. — Nie został przecięty. Został wyjęty i założony z powrotem tak, żeby rozpaść się dopiero na zakrętach.
Dante zacisnął szczękę.
— Kto miał dostęp do samochodu?
— Mechanik i pański brat Luca.
Imię zawisło między nami jak wyrok.
W tej samej chwili na korytarzu rozległy się obcasy. Vanessa nie czekała na zaproszenie. Wpadła do biblioteki w jasnym płaszczu, z mokrym parasolem w dłoni.
Zatrzymała się, gdy zobaczyła Dantego.
Jej twarz zmieniła się szybciej niż światło na górskiej drodze.
— Ty żyjesz — wyszeptała.
Dante przesunął się tak, żebym znalazła się za jego ramieniem.
— A ty wyglądasz na rozczarowaną…
❤️ Dziękuję, że czytacie do końca! Jeśli chcecie poznać finał, zostawcie polubienie i napiszcie „Tak” 👇
CZĘŚĆ 3
Vanessa cofnęła się o krok, a jej parasol upadł na posadzkę. Z końcówki materiału spłynęła woda i utworzyła ciemną plamę między nami.
— Dante, ja… myślałam, że miałeś wypadek.
— Miałaś rację.
— Kto to jest?
— Kobieta, która słyszała, jak planujesz moją śmierć.
Vanessa spojrzała na mnie. Na jej ustach pojawił się uśmiech, ale oczy pozostały zimne.
— Ta dziewczyna pracuje w restauracji. Może ktoś jej zapłacił.
— Nikt mi nie zapłacił — powiedziałam. — Słyszałam cię za zasłoną w prywatnej sali. Powiedziałaś, że przewody są przecięte.
— To absurd.
— Powiedziałaś też, że przed północą będziesz wdową.
Dante podniósł mosiężny zawór.
— Mechanik uciekł. Twój kochanek nie zdążył. A teraz możesz zacząć mówić.
Vanessa pobladła.
— Nie mam kochanka.
— Marco Bellini? — zapytałem, zanim zdążyłam się powstrzymać. — Mężczyzna, który pytał, czy na pewno wszystko gotowe?
Vanessa wpatrywała się we mnie.
— Skąd znasz jego nazwisko?
— Nie znałam. Powiedziałeś je kilka razy w restauracji — odparłam. — Miałeś sygnet z herbem Bellinich.
Rocco przyniósł do biblioteki starszego, siwego mężczyznę. Rozpoznałam go. Tomas był pomocnikiem kuchennym w Bellini. Zawsze pracował przy zmywaku i prawie nigdy nie mówił.
— Znalazłem go na zapleczu — powiedział Rocco. — Chciał wyjechać autobusem.
Tomas trzymał pod pachą księgę rachunkową owiniętą w folię.
— Powiedz — rozkazał Dante.
Mężczyzna przełknął ślinę.
— Pani Vanessa spotykała się z Marcem w magazynie w każdy czwartek. Wczoraj dała mu kopertę. Widziałem ją przez uchylone drzwi.
— Co było w środku? — zapytała Vanessa.
Tomas otworzył księgę. Między stronami ukryto kilka kart.
— Przelewy. Na konto warsztatu. I na konto pana Luki.
Dante wyrwał mu dokumenty. Na dole każdego przelewu widniał podpis Vanessy.
— To nie mój podpis — syknęła.
Tomas wyjął z kieszeni metalowe pudełko po pastylkach.
— Pani podpisała przy mnie. Długopisem z pękniętą skuwką. Rozpoznałem, bo później zostawiła go przy kasie.
Vanessa rzuciła się na księgę. Rocco złapał ją za ramiona.
— Puść mnie! — krzyknęła. — Dante, to nie był mój plan!
Dante podszedł do niej.
— Czyj?
Vanessa zaczęła płakać, ale tym razem nie brzmiało to jak przedstawienie.
— Luca powiedział, że jeśli nie pomogę, zabierze mi wszystko. Długi Marcо rosły. Obiecał, że po twojej śmierci uciekniemy.
— Mój brat zlecił zabójstwo?
— Chciał twojego udziału w rodzinie. Ja chciałam tylko pieniędzy.
Dante długo patrzył na podpisy. Potem odezwał się telefon Rocco.
— Szefie, Luca jest w porcie. Ma przy sobie paszporty i walizki. Ale to nie wszystko. W jego samochodzie znaleźliśmy listę nazwisk.
— Czyje nazwiska? — zapytał Dante.
Rocco spojrzał na mnie.
— Ludzi, którzy mają zginąć, jeśli plan się nie powiedzie.
Wśród nich było nazwisko Tomasza. I moje.
Dante podniósł wzrok.
— Luca wie, że żyję.
Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem na ekranie pojawił się nieznany numer.
Dante odebrał.
— Jeśli chcesz, żeby Kara Fields dożyła świtu, przyjedź sam do starej przystani — powiedział głos Luki. — I przywieź żonę.
Połączenie się urwało.
Vanessa zaczęła drżeć. Dante spojrzał na mnie, a potem na kartkę z moim nazwiskiem.
— To nie jest już tylko moja rodzina — powiedział.
Na zewnątrz rozległ się huk silnika. Ktoś właśnie zatrzymał się przed bramą, a strażnik krzyknął, że z lasu nadchodzą uzbrojeni ludzie…
Dante odkrył, kto naprawdę kontrolował ucieczkę Luki…
Myślałam, że najgorsze skończyło się w chwili, gdy Luca został schwytany. Dopiero wtedy zrozumiałam, że jego plan sięgał znacznie dalej.
„Nie mam już imperium. Mam rachunki do zapłacenia.”
Nikt w sali nie odważył się przerwać ciszy.
👇 Finał historii jest już otwarty.






