CZĘŚĆ 4
Huk silnika powtórzył się przed posiadłością.
Potem drugi.
Rocco zgasił światła w bibliotece, a wszyscy zamilkli. W ciemności widziałam jedynie czerwone diody na panelu alarmowym i białą twarz Vanessy.
— Ilu ich jest? — zapytał Dante.
— Sześciu przy bramie. Może więcej w lesie — odpowiedział Rocco przez radio.
— Luca nie czekał w porcie.
— Nie — powiedział Dante. — Chciał, żebym tam pojechał, żeby mieć czas na wejście tutaj.
Spojrzał na mnie.
— Zostań przy Tomasie.
— Nie będę siedzieć bezczynnie.
— Kara, ludzie mojego brata są uzbrojeni.
— A ja wiem, jak działają. Najpierw ktoś odwraca uwagę, potem druga osoba wchodzi tyłem. W Bellini tak kradną dostawy. Kierowca robi awanturę przy bramie, a wspólnik zabiera skrzynki od strony kuchni.
Rocco prychnął.
— To nie jest restauracja.
— Właśnie dlatego możecie tego nie zauważyć.
Dante przez chwilę mierzył mnie wzrokiem. Potem skinął głową.
— Pokaż mi tylny korytarz.
— Znam tylko bibliotekę.
— Ty znasz sposoby, nie budynek.
To był dziwny komplement, ale nie miałam czasu się nad nim zastanawiać.
Wyszliśmy przez boczne drzwi. Kamienna ściana była zimna pod moimi palcami. Poprowadziłam ich do spiżarni, gdzie znajdowało się wąskie przejście dla służby. Tomas znał drugie wyjście, ukryte za półką z beczkami.
— Tędy dostarczają wino — wyszeptał.
Na zewnątrz uderzył nas wiatr. Deszcz smagał twarz, a trawa kleiła się do butów. Z daleka dobiegł krzyk i trzask tłuczonego szkła.
— Zaczęli od frontu — powiedziałam.
Dante wyjął broń, ale trzymał ją nisko.
— Nie chcę strzelaniny.
— To pański świat.
— Nie musi być twój.
Przy murze znaleźliśmy pierwszego człowieka Luki. Leżał ogłuszony obok przewróconej latarni. Rocco zabrał mu broń.
— Są już w środku — szepnął.
Wróciliśmy do biblioteki inną drogą. Vanessa stała przy kominku, a Tomas trzymał księgę pod koszulą. Z korytarza dochodziły szybkie kroki.
Dante podszedł do żony.
— Powiedziałaś, że Luca cię zmusił. Ile razy spotkałaś się z nim?
— Nie wiem.
— Wiesz.
— Siedem.
— I przez siedem spotkań ani razu nie próbowałaś mnie ostrzec?
Vanessa spuściła wzrok.
— Bałam się.
— Bałaś się o siebie.
— Tak.
Jej szczerość była bardziej bolesna niż kłamstwo. Dante odwrócił się, jakby dostał cios.
Wtedy drzwi biblioteki otworzyły się i wszedł Luca. Trzymał jedną rękę wysoko, drugą ściskał pistolet przy żebrach Tomasza. Miał ten sam kształt oczu co Dante, ale jego twarz była miękka i prawie przyjazna.
— Bracie — powiedział. — Zawsze musisz komplikować proste rozwiązania.
Dante wycelował w niego.
— Puść Tomasza.
— Najpierw oddaj broń.
— Nie.
Luca przycisnął lufę do pleców starego mężczyzny.
— W takim razie zginie człowiek, który widział za dużo. Potem dziewczyna.
Zrobiłam krok do przodu.
— Nie zabijesz mnie.
Luca uśmiechnął się.
— Dlaczego jesteś taka pewna?
— Bo gdybyś chciał mnie zabić, nie podałbyś mojego nazwiska przez telefon. Chcesz, żebym przestraszyła Dantego. Potrzebujesz go żywego, dopóki nie podpisze udziałów.
Dante spojrzał na mnie.
Luca przestał się uśmiechać.
— Nie udawaj mądrzejszej, niż jesteś.
— Nie jestem mądrzejsza. Po prostu pracuję z ludźmi, którzy myślą, że nikt ich nie słucha.
Rocco przesunął się o krok. Luca od razu obrócił broń w jego stronę.
— Ani drgnij.
Vanessa nagle chwyciła stojący obok kominka ciężki pogrzebacz i uderzyła nim w rękę Luki. Pistolet upadł na dywan. Tomas odsunął się, a Rocco rzucił się na Luki.
Wszystko wydarzyło się naraz.
Krzyk.
Łoskot przewróconego krzesła.
Odłamek szkła wbijający się w moją dłoń.
Dante dopadł brata i przycisnął go do regału. Luca szarpał się, ale Rocco skrępował mu nadgarstki paskiem.
— Zabiłbyś mnie dla pieniędzy? — zapytał Dante.
— Nie dla pieniędzy. Dla miejsca, które zawsze mi odbierałeś.
— Miałeś swoje miejsce.
— Przy twoim stole. Nigdy na jego końcu.
Dante zacisnął palce na jego kołnierzu, lecz po chwili puścił.
— Właśnie dlatego przegrałeś. Chciałeś tronu, ale nie potrafiłeś nawet usiąść przy nim bez cudzej krwi.
Vanessa stała nieruchomo z pogrzebaczem w dłoni. Na jej nadgarstku pojawiła się cienka, czerwona smuga.
— Dante — powiedziała. — Oddaj mnie ludziom, jeśli musisz. Ale nie pozwól mu zabić Tomasza. Ani jej.
Dante spojrzał na nią.
— Nie oddam cię jego ludziom. Oddam cię tym, którym winna jesteś prawdę.
— Policji?
— Nie tylko. Właścicielom restauracji, którym płaciłaś za przewóz pieniędzy. Rodzinom ludzi, których nazwiska są na tej liście. Wszystkim.
Vanessa zamknęła oczy.
— Co mi zostanie?
— Możliwość powiedzenia prawdy, zanim ktoś powie ją za ciebie.
Luca roześmiał się krótko.
— Myślisz, że możesz zakończyć to jednym gestem? Masz dziesiątki ludzi, którzy zrobią wszystko, żeby utrzymać twoje imperium.
— Nie mam już imperium — odpowiedział Dante. — Mam rachunki do zapłacenia.
Następnego ranka w małej sali nad Bellini siedzieli ludzie, którzy przez lata bali się nawet wymówić nazwisko Morreti. Byli dostawcy, kierownicy magazynów, dwóch mechaników i wdowa po kierowcy, który zginął w wypadku przypominającym mój.
Dante przyniósł księgę Tomasza i wszystkie dokumenty znalezione u Luki.
Nie próbował się wybielać.
— Przez lata pozwalałem, żeby strach wykonywał za mnie pracę — powiedział. — Od dziś te pieniądze wracają do ludzi, którym je zabrano.
Jeden z mężczyzn splunął na podłogę.
— A jeśli odmówimy?
Dante położył na stole kluczyki do magazynów, podpisane umowy i listę kont.
— Wtedy zabierzecie je sami. Ja nie będę was zatrzymywał.
To był jego najdziwniejszy ruch. Nie kara dla Luki. Nie zemsta na Vanessie. Rezygnacja z części władzy, którą przez całe życie uważał za jedyną ochronę.
Luca został wyprowadzony z posiadłości przez ludzi, którzy jeszcze dzień wcześniej byli jego podwładnymi. Vanessa sama przekazała Tomasowi kopię przelewów. Potem usiadła naprzeciwko mnie w pustej garderobie Bellini.
— Mogłaś pozwolić, żebym umarła razem z nim — powiedziała.
— Mogłam.
— Dlaczego tego nie zrobiłaś?
Spojrzałam na jej rękę. Nadal miała na palcu pierścionek, który błyszczał w świetle kuchennej lampy.
— Bo chciałam, żebyś przeżyła wystarczająco długo, by usłyszeć, jak ludzie wypowiadają twoje imię bez strachu.
Vanessa zdjęła pierścionek i położyła go na stole.
— Nie wiem, czy potrafię to naprawić.
— Nie naprawisz tego jednym gestem.
— Wiem.
Po raz pierwszy jej odpowiedź nie brzmiała jak gra.
Dante czekał na mnie przed restauracją. Nie przyjechał czarnym samochodem. Stał obok starego samochodu dostawczego, z bandażem na skroni i plikiem dokumentów pod pachą.
— To dla ciebie — powiedział.
— Nie chcę pieniędzy.
— To nie pieniądze. Umowa o pracę. Bellini zostanie otwarte, ale nie jako miejsce do prania pieniędzy. Tomas będzie wspólnikiem. Ty dostaniesz dział zarządzania salą, jeśli zechcesz.
— Dlaczego ja?
— Bo jako jedyna zauważyłaś, że ludzie kłamią, kiedy myślą, że są niewidzialni.
Nie podpisałam od razu.
Najpierw przeczytałam każdą stronę. Potem zapytałam, kto będzie miał dostęp do rachunków, kto odpowiada za dostawy i czy żadna decyzja nie może zostać podjęta bez drugiego podpisu.
Dante skinął głową przy każdym pytaniu.
— Twój ojciec był mechanikiem? — zapytał nagle.
— Skąd wiesz?
— Wczoraj, przy wraku, sprawdziłaś przewód szybciej niż mój kierowca. Tomas powiedział, że nauczył cię rozpoznawać zapach spalonego płynu hamulcowego.
— Ojciec mówił, że samochód zawsze ostrzega przed wypadkiem. Trzeba tylko słuchać.
Dante zerknął na mosiężną plakietkę z moim imieniem. Była porysowana i nadal miała ślad krwi przy zapięciu.
— Zatrzymaj ją — powiedział.
— Nie zamierzam wracać do niewidzialności.
— Nie wrócisz.
Tego samego wieczoru weszłam do sali Bellini, gdzie kelnerzy ustawiali kieliszki, a Tomas po raz pierwszy siedział przy głównym stole, nie za zmywakiem. Na ścianie wisiała nowa tablica z nazwiskami osób odpowiedzialnych za każdy rachunek.
Przy miejscu Vanessy nie było już nazwiska.
Na końcu sali Dante rozmawiał z wdową po kierowcy. Nie próbował jej dotykać ani tłumaczyć, że nie wiedział. Po prostu słuchał, a ona mówiła przez zaciśnięte zęby.
Kiedy skończyła, położyła przed nim zdjęcie swojego męża.
Dante wziął je obiema rękami.
Nie odwrócił wzroku.
Podszedł do mnie dopiero później.
— Jutro przyjedzie audytor — powiedział.
— Nie boję się rachunków.
— Powinnaś. Są gorsze od kul.
— Nie dla kogoś, kto wie, gdzie szukać.
Uśmiechnął się słabo.
Za oknem górska droga wciąż lśniła po burzy. W kieszeni miałam mosiężną plakietkę, a na stole leżała pierwsza uczciwa lista płac Bellini.
Tomas podniósł z kuchni srebrną tacę i przypiął do niej kartkę z nową nazwą lokalu.
Nie była to już restauracja Morretich.
Nazywała się „Ostatni Zakręt”.
— Dlaczego tak? — zapytałam.
Tomas spojrzał na mnie i po raz pierwszy się uśmiechnął.
— Bo właśnie tam wszyscy przestali udawać, że nie słyszą ostrzeżenia.
Przegapiłeś początek?






