CZĘŚĆ 4 — W czasie badania mojego wymarzonego dziecka lekarz nagle poprosił męża, żeby wyszedł, a jego twarz straciła kolor

CZĘŚĆ 4

Helena chce przyjechać natychmiast. Powiedziała, że odnalazła drugi dokument Anny, ale ktoś właśnie próbuje dostać się do jej mieszkania…

Marta zakończyła rozmowę i przez kilka sekund trzymała telefon przy uchu, jakby nie potrafiła uwierzyć w to, co usłyszała.

— Gdzie ona mieszka? — zapytał Robert.

— Na ulicy Brzozowej, siedem minut stąd. Ale nie możemy tam jechać wszyscy. Jeśli Sowa obserwuje klinikę, zobaczy nas.

Doktor Wysocki podniósł się z krzesła.

— Pojadę po Helenę.

— Nie — powiedziałam.

Spojrzał na mnie.

— Pani Linda…

— Przez trzy lata siedział pan na tej prawdzie i pozwolił, żeby moja córka pozostała dla was tylko numerem fiolki. Nigdzie pan sam nie jedzie.

Wysocki przyjął to bez protestu. Jego twarz wyglądała starzej niż pół godziny wcześniej.

O 12:22 wyszliśmy tylnym wyjściem kliniki. Robert niósł moją torbę, Marta prowadziła, a ja szłam powoli, z jedną ręką na brzuchu. Każdy krok przypominał mi, że w moim ciele rośnie nie tylko dziecko, na które czekałam, lecz także ostatnia wiadomość od Anny.

Samochód Marty stał przy rampie dostawczej. Na masce leżał mokry liść klonu. Wsiadłam z tyłu, a Robert usiadł obok mnie.

— Nie musisz tego wszystkiego unieść sama — powiedział.

— Nie wiem, czy umiem unieść cokolwiek.

— Umiałaś przeżyć śmierć Anny.

— Nie przeżyłam jej. Nauczyłam się oddychać obok tej pustki.

Marta ruszyła. O 12:29 minęliśmy czerwone światła na skrzyżowaniu. Wtedy zadzwonił Sowa.

Robert odebrał na głośniku.

— Chcę rozmawiać z Lindą — powiedział dyrektor.

— Rozmawia pan ze mną — odparłam.

— Pani nie rozumie, w jakiej sytuacji się znalazła. Ten zarodek nie miał prawa zostać użyty.

— To ciekawe, że przypomniał pan sobie o prawie dopiero wtedy, gdy prawda wyszła na jaw.

— Jeśli wywołacie skandal, ciąża będzie prowadzona pod ogromną presją. Pani wiek już teraz czyni ją niebezpieczną.

Robert zacisnął pięści.

— Grozi nam pan?

— Ostrzegam. Mogę sprawić, że dziecko zostanie odebrane klinice, dopóki nie ustali się opiekunów genetycznych.

— Nie jest pan jego ojcem — powiedziałam. — Nie jest pan nawet człowiekiem, który ma prawo wymawiać jego imię.

Rozłączył się.

Na ulicy Brzozowej zobaczyliśmy zaparkowany samochód przed kamienicą Heleny. Drzwi kierowcy były otwarte. Marta zahamowała tak gwałtownie, że uderzyłam ramieniem w pas bezpieczeństwa.

Robert wysiadł pierwszy.

— Zostań w samochodzie.

— Nie.

Weszliśmy do klatki schodowej. Na drugim piętrze panował zapach gotowanej kapusty i kurzu. Drzwi mieszkania Heleny były uchylone.

Marta krzyknęła:

— Pani Kowal?

Odpowiedziało nam przesunięcie krzesła.

Helena siedziała przy kuchennym stole, z rozciętym łukiem brwiowym. Miała siedemdziesiąt dwa lata, siwe włosy spięte metalową klamrą i teczkę przyciśniętą do piersi.

— Nie dotknęli dokumentów — powiedziała. — Szukali ich, ale schowałam je tam, gdzie Anna chowała swoje dziecięce rysunki.

— Gdzie? — zapytałam.

Helena wskazała piec.

Robert ruszył w tamtą stronę, lecz staruszka zatrzymała go gestem.

— Najpierw musicie wiedzieć, dlaczego Anna chciała oddać dziecko wam.

Usiadłam naprzeciwko niej.

— Proszę mówić.

Helena wyjęła z teczki kopertę w kolorze ochry. Nie była zaadresowana do kliniki. Na przedniej stronie Anna napisała niepewnym pismem: „Dla mamy, jeśli zabraknie mi odwagi”.

— Anna przyszła do mnie sześć tygodni przed wypadkiem — powiedziała Helena. — Wiedziała, że jest w ciąży, ale bała się, że nie poradzi sobie sama. Robert nie wiedział, bo chciała powiedzieć mu po jego urodzinach.

Robert zasłonił usta dłonią.

— Ona była w ciąży?

— Krótko. Poroniła. Potem dowiedziała się, że część materiału można zabezpieczyć. Powiedziała mi: „Jeśli kiedyś będę miała dziecko, chcę, żeby mama je wychowała, gdyby mnie zabrakło”.

Poczułam, jak coś pęka mi pod żebrami. Przypomniałam sobie ostatnią rozmowę z Anną. Stała wtedy przy zlewie i wycierała kubek w żółtą ścierkę.

„Mamo, gdybym poprosiła cię kiedyś o coś trudnego, zrobiłabyś to?”

Odpowiedziałam, że dla niej wszystko.

Nie wiedziałam, że to była obietnica.

Helena podała mi list.

— Sowa znalazł go w dokumentacji i zatrzymał. Wysłałam kopię do siebie, zanim oddział zamknięto. Bałam się, że pewnego dnia będzie potrzebny.

Otworzyłam kopertę. Papier pachniał lawendą, dokładnie tak jak szuflada Anny.

„Mamo”, zaczynał się list. „Jeśli czytasz te słowa, nie zdążyłam ci powiedzieć, że mam w sobie coś, co może stać się człowiekiem. Nie chcę, żebyś traktowała moje dziecko jak pamiątkę po mnie. Chcę, żebyś dała mu zwyczajne życie, z bałaganem, śmiechem i kimś, kto będzie mu przypominał, że nie jest sam”.

Dalej Anna napisała, że Robert jest ojcem biologicznym i że pragnie, by poznał prawdę, kiedy będzie gotowy. Na końcu znajdowało się zdanie, które odebrało mi siłę w nogach:

„Jeśli zobaczysz go kiedyś na ekranie, mamo, poznasz go po tym, że będzie zaciskał lewą dłoń, kiedy się przestraszy. Ja robiłam tak samo”.

Spojrzałam na monitor telefonu z nagraniem badania. Na stopklatce maleńka dłoń naszego syna była zaciśnięta.

Robert uklęknął przede mną.

— Linda, to nasz wnuk.

— Nasz syn — poprawiłam go, choć łzy spływały mi po twarzy. — I wnuk. Obie rzeczy są prawdziwe.

O 13:05 wróciliśmy do kliniki. Sowa czekał w holu, w czarnym płaszczu, z dokumentami pod pachą. Obok niego stała prawniczka, lecz nie pozwoliłam, żeby ich obecność odebrała mi głos.

— Chcę zobaczyć oryginał pańskiej zgody — powiedziałam.

— Nie ma pani prawa żądać akt kliniki.

Helena wyszła zza mnie.

— A ja mam prawo zeznać, że podpisał pan zmianę oznaczenia zarodka.

Sowa spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Pani jest stara i zdezorientowana.

— Byłam przy narodzinach pańskiego syna, kiedy bał się pan przyznać, że pomylił dokumenty. Wtedy też próbował pan powiedzieć, że jestem zdezorientowana.

Marta położyła na ladzie kopię formularza Anny. Wysocki dołączył do niej wyniki badań.

Sowa rozejrzał się po holu. Na ścianie wisiały zdjęcia uśmiechniętych niemowląt. Każde miało pod spodem nazwisko lekarza.

— Chciałem tylko ochronić klinikę — powiedział.

— Nie — odpowiedziałam. — Chciał pan ochronić siebie.

Prawniczka nachyliła się do niego.

— Proszę przestać mówić.

Ale było już za późno. Sowa sam potwierdził, że widział dokument Anny, że zmienił etykietę i że wiedział, iż dziecko trafi do mnie. Nie musieliśmy odtwarzać żadnych nagrań. Jego własne słowa wystarczyły, by twarz prawniczki stwardniała.

Tego samego popołudnia klinika przekazała nam pełną dokumentację. Robert podpisał zgodę na badania potwierdzające ojcostwo, a ja podpisałam, że jako matka dziecka wychowam je razem z nim. Nie oddałam jednak listu Anny do archiwum. Włożyłam go do kieszeni przy sercu.

Doktor Wysocki przyszedł do nas wieczorem.

— Przepraszam — powiedział. — Wiedziałem o niezgodności, ale bałem się stracić pracę.

— Stracił pan coś ważniejszego — odpowiedział Robert. — Prawo do nazywania siebie lekarzem bez wstydu.

Wysocki skinął głową i odszedł.

Sowa musiał zamknąć klinikę. Nie dlatego, że ktoś urządził widowiskową zemstę, lecz dlatego, że nikt nie chciał już powierzyć mu ani jednej fiolki, ani jednego podpisu, ani jednego dziecka. Marta zeznała wszystko, a Helena przekazała oryginalny list rodzinie. Sprawa trafiła do odpowiednich instytucji, lecz ja nie czekałam na ich decyzje, żeby zacząć być matką.

Wróciłam do domu o 19:40. Robert położył na stole małe białe skarpetki z haftowaną gwiazdką. Obok nich umieścił list Anny.

— Jak go nazwiemy? — zapytał.

Przez chwilę słuchałam ruchów dziecka. Potem poczułam pod dłonią mocne kopnięcie.

— Daniel — powiedziałam. — Anna zawsze lubiła to imię.

Robert zapłakał.

— A jeśli kiedyś zapyta, kim była jego matka?

— Powiemy mu prawdę. Że była odważniejsza, niż sama wierzyła. I że zostawiła mu nie tylko geny, ale wybór.

Nazajutrz rano pojechaliśmy na kontrolę. Marta przygotowała nowy wydruk badania. Na obrazie Daniel znów zaciskał lewą dłoń.

Tym razem nie pomyślałam o strachu.

Pomyślałam o Annie, która wreszcie znalazła drogę do domu.

A kiedy Robert położył palec na ekranie, maleńka dłoń poruszyła się dokładnie pod jego dotykiem.

— Cześć, synku — wyszeptał.

Z monitora wróciło ciche, rytmiczne bicie serca, a ja odpowiedziałam mu słowami, których Anna nie zdążyła usłyszeć:

— Już cię znalazłam.

Przegapiłeś początek?

← Czytaj historię od pierwszej części

Оцените статью