CZĘŚĆ 4 — W noc po ślubie teść wcisnął mi ogromną sumę i kazał uciekać, a gdy spojrzał przez okno, pobladł

CZĘŚĆ 4

…— Da się — powiedziała notariuszka. — Jeśli właściciel pojawi się osobiście przed realizacją przelewu.

Spojrzałam na zegar.

Siedem minut po ósmej.

— Jedziemy — powiedziałam.

Marek natychmiast pokręcił głową.

— To właśnie na to liczy Stefan.

— Liczy też na to, że będę się bała.

Wstałam. Kolana miałam miękkie, ale głos zabrzmiał spokojnie.

— Jeśli nie pojadę, ukradnie nie tylko pieniądze. Ukradnie nazwisko mojego ojca i wszystko, co zostawił.

Irena wzięła z biurka kopię aktu, a notariuszka schowała oryginał do metalowej kasety.

— Nie dam ci jej do ręki — powiedziała. — Pojadę z tobą.

Marek patrzył na mnie długo.

— Wiesz, co zrobiłem twojej rodzinie?

— Wiem, że milczałeś.

— To nie wszystko.

— Powiesz mi po drodze.

Do rezydencji wracaliśmy samochodem Ireny. Na siedzeniu obok mnie leżała zielona koperta, a w torbie spoczywało osiemset tysięcy dolarów. Pieniądze, które miały być ceną mojego zniknięcia, nagle stały się dowodem, że Marek naprawdę próbował mnie ocalić.

Przy bramie nie było już samochodów. Żwir był rozjeżdżony, a jedna z lamp wisiała na kablu. Na schodach leżał przewrócony srebrny półmisek z wczorajszych przekąsek.

— Zostań w aucie — powiedział Marek.

— Nie.

— Bello…

— To mój dom przez jedną noc. Wejdę do niego sama.

Irena ścisnęła moje ramię.

— Nie samotnie.

Weszłyśmy razem. W holu pachniało spalenizną. Na marmurowej posadzce leżały kawałki szkła, a przy ścianie stał Adrian. Miał podkrążone oczy i rozpiętą koszulę. W ręku trzymał metalową puszkę z benzyną.

— Wiedziałem, że wrócisz — powiedział.

— Gdzie jest Marek?

— Na górze. Jeszcze oddycha.

Zza drzwi biblioteki dobiegł stłumiony jęk. Ruszyłam, ale Adrian zastąpił mi drogę.

— Podpiszesz dokument. Potem wszystko się skończy.

— To twoje słowa z wczoraj?

— Wczoraj byłaś moją żoną.

— Wczoraj byłam dla ciebie kluczem do firmy.

Jego szczęka drgnęła.

— Nie rozumiesz, co się stanie, jeśli Stefan nie dostanie pieniędzy.

— Rozumiem. Dlatego chcę, żebyś powiedział to przy świadkach.

Adrian roześmiał się krótko.

— Jakich świadkach?

Irena podniosła telefon.

— Przy mnie, przy notariuszce i przy twoim ojcu, który właśnie schodzi po schodach.

Marek pojawił się na półpiętrze. Jedną ręką trzymał się poręczy. Na skroni miał zaschniętą krew.

Adrian cofnął się.

— Ty miałeś leżeć w piwnicy.

— Przez dwadzieścia sześć lat leżałem pod ciężarem własnego tchórzostwa — odpowiedział Marek. — Dość.

Adrian rzucił puszkę na podłogę.

— To ty ją tu sprowadziłeś? Ty powiedziałeś jej o udziałach?

— Tak.

— Zniszczyłeś naszą rodzinę.

— Nie. Zniszczył ją Stefan, kiedy zabił Tomasza. Ja tylko przestałem go osłaniać.

Adrian pobladł.

— Nie mów o tym.

— Powiedz jej — naciskał Marek. — Powiedz, kto prowadził samochód tamtej nocy.

— Zamknij się!

Krzyk odbił się od wysokiego sufitu. Adrian kopnął puszkę, a benzyna rozlała się po podłodze. Z kieszeni wyjął zapalniczkę.

Irena stanęła przede mną.

— Odłóż ją.

— Nikt nie dostanie tej księgi.

— Gdzie jest? — zapytałam.

Adrian spojrzał na mnie z nienawiścią.

— Twój ojciec ukrył ją w pokoju, w którym dziś spałaś. W szufladzie pod lustrem. Stefan kazał mi ją spalić, zanim przyjedzie po resztę.

Poczułam, że coś ściska mi gardło. Za tym lustrem znajdowało się tajne przejście. Marek nie uratował mnie przypadkiem. Wiedział, że ludzie Stefana przeszukają każdy pokój.

Na zewnątrz zawyły syreny. Nie były to jednak radiowozy. To straż pożarna wezwana przez kierowcę ciężarówki, który zawiózł mnie do miasteczka. Zostawiłam mu numer Zofii, a on, widząc rano dym nad rezydencją, zadzwonił po pomoc.

Adrian odwrócił się ku schodom.

— Jeśli mnie zabiorą, Stefan dopadnie ją później.

— Nie dopadnie — powiedziałam.

Wyjęłam z torby klucz z cyfrą siedem i położyłam go na marmurowej posadzce.

— Bo księga nie jest już w domu.

Marek spojrzał na mnie gwałtownie.

— Co zrobiłaś?

— Kiedy Irena otworzyła kopertę, zadzwoniłam do banku i do zarządcy archiwum. Oryginał dokumentów trafił do skrytki, do której ten klucz prowadzi. Kopia jest już u notariuszki. A bank wie, że pełnomocnictwo jest fałszywe.

Adrian wpatrywał się w klucz, jakby to był nóż.

— Nie miałaś prawa.

— To moje nazwisko.

Strażacy wbiegli do holu. Jeden z nich odsunął Adriana od rozlanej benzyny, drugi ugasił tlący się dywan. Stefan nie pojawił się po pieniądze. Zamiast tego jego wspólnik przyjechał pod bank i został zatrzymany, gdy próbował odebrać przelew. Później znaleziono przy nim listę nazwisk, w tym moje.

Adrian nie próbował już uciekać. Kiedy wyprowadzano go z domu, zatrzymał się przy mnie.

— Kochałem cię — powiedział.

Spojrzałam na jego obrączkę.

— Kochałeś to, co mogłeś dzięki mnie dostać.

Nie odpowiedział. Po raz pierwszy jego twarz nie pasowała do człowieka, którego poślubiłam.

Marek został w holu. Kiedy wszyscy wyszli, usiadł na stopniu i zakrył twarz dłońmi.

— Twój ojciec prosił mnie, żebym zabrał cię z miasta, jeśli coś mu się stanie — powiedział. — Nie zrobiłem tego. Bałem się Stefana. Potem bałem się własnego syna. Przez lata wysyłałem twojej matce pieniądze pod innym nazwiskiem, ale nigdy nie miałem odwagi powiedzieć prawdy.

— Dlaczego teraz?

— Bo zobaczyłem, jak Adrian składa ci przysięgę, i zrozumiałem, że pomagam powtórzyć tę samą zbrodnię.

Położyłam przed nim torbę z pieniędzmi.

— Nie mogę tego przyjąć.

— To nie zapłata za przebaczenie.

— Wiem. Ale te pieniądze zabrałyby mi możliwość wyboru.

Marek skinął głową.

— Co z nimi zrobisz?

— Część oddam rodzinom ludzi, których firma skrzywdziła. Reszta pójdzie na fundusz imienia mojego ojca. Dla księgowych, którzy znajdą się w takiej sytuacji i nie będą mieli dokąd uciec.

Marek spojrzał na mnie mokrymi oczami.

— A dla mnie?

To pytanie bolało bardziej niż wszystko, co powiedział Adrian.

— Dla pana będzie prawda. Nic więcej nie mogę obiecać.

Tydzień później siedziałam w kancelarii, gdy notariuszka odczytała nowy statut firmy. Stefan został pozbawiony udziałów, a zarząd przejęli ludzie wskazani przez pracowników i rodziny pokrzywdzonych. Marek przekazał swoje akcje funduszowi, a potem podpisał zeznanie dotyczące śmierci Tomasza. Nie prosił mnie, żebym mu wybaczyła.

To było jedyne uczciwe zachowanie, na jakie było go stać.

Adrian podpisał rozwiązanie małżeństwa. Nie zabrał niczego poza zegarkiem, który dostał od ojca. Nasza obrączka została u mnie, nie jako pamiątka, lecz jako dowód, że dokumenty i przysięgi nie mają wartości, jeśli człowiek stojący naprzeciwko ciebie zna tylko cenę.

Miesiąc później wróciłam do starej szklarni. Wśród przewróconych donic znalazłam płócienną torbę, tę samą, z którą uciekłam w noc ślubu. W środku nie było pieniędzy. Została tylko mosiężna broszka w kształcie jaskółki.

Przypięłam ją do aktówki, w której niosłam kopię księgi Tomasza.

Przy wejściu czekała Irena.

— Gotowa? — zapytała.

Spojrzałam na budynek, w którym miałam zostać żoną Adriana, a zostałam świadkiem rozpadu całej jego rodziny.

— Nie — odpowiedziałam. — Ale wiem, po co idę.

Irena podała mi pierwszą teczkę z nazwiskami poszkodowanych pracowników.

Na jej okładce widniało jedno zdanie napisane ręką mojego ojca: Nie pozwól, żeby strach decydował za ciebie.

Przycisnęłam broszkę do papieru, a metalowa jaskółka zabrzęczała cicho nad podpisem Tomasza.

Оцените статью