CZĘŚĆ 4
Nie wiedział jeszcze, że osoba czekająca za drzwiami przywiozła dokument, którego nie widział nawet jego własny prawnik.
Zamek zabrzęczał.
Do sali wszedł mężczyzna po sześćdziesiątce, w ciemnym płaszczu przewieszonym przez ramię. Rozpoznałam go dopiero po chwili. Stefan Wysocki był bratem mojego ojca i od jedenastu lat mieszkał poza Polską. Nie widziałam go od pogrzebu ojca.
Andrzej cofnął się.
— Co on tu robi?
Stefan położył na stole cienką teczkę.
— Przyszedłem jako pełnomocnik fundacji, która posiada trzydzieści jeden procent udziałów tej spółki.
Patrzyłam na niego, nie mogąc wydobyć głosu.
— Tata nigdy o tym nie mówił — powiedziałam.
— Mówił. Tylko nie tobie, bo bał się, że Andrzej dowie się o prawie pierwokupu. Po jego śmierci udziały trafiły do fundacji rodzinnej. Ja zarządzałem nimi do dnia, w którym rada poprosiła mnie o sprawdzenie sytuacji.
Andrzej podszedł do teczki.
— To niemożliwe. Wszystkie udziały są wykazane w rejestrze.
— Są wykazane — odparł Stefan. — Ale nie zostały sprzedane. Umowa, którą przygotowałeś, dotyczyła tylko części należącej do ciebie i twojego wspólnika. Nie mogłeś sprzedać całej firmy.
Marek otworzył usta.
— Czyli nabywca nie ma pełnej oferty?
— Nie ma nawet prawa do wejścia w zarządzanie — powiedział Stefan. — A ponieważ próbowano wykorzystać podpis Katarzyny do przeniesienia udziałów, fundacja wycofuje zgodę na jakiekolwiek negocjacje z obecnym zarządem.
Andrzej oparł dłonie o stół.
— To sabotaż.
— To konsekwencja dokumentów, które sam podpisałeś — powiedziałam.
Stefan spojrzał na mnie.
— Rada ma jeszcze jedną propozycję. Fundacja przekaże swoje głosy pani Katarzynie, jeśli obejmie pełną kontrolę operacyjną. Nie po to, by zemściła się na mężu. Po to, by firma nie została rozbita przez człowieka, który traktuje ją jak prywatny sejf.
Andrzej wyprostował się.
— Nie możesz tego zrobić. Ona nie ma doświadczenia na tym stanowisku.
— Ma dziesięć lat doświadczenia w ratowaniu twoich decyzji — odpowiedział Stefan. — Tylko nigdy nie pozwoliłeś jej podpisać się pod własną pracą.
Roman przesunął segregator w moją stronę.
— Jeśli pani dziś odmówi, przelewy zostaną zamrożone. Pensje nie wyjdą w piątek.
Spojrzałam na kartki. Na nazwiska ludzi z działu produkcji, których znałam z imienia. Na kierowców, którzy przywozili dokumenty do naszego domu, kiedy Andrzej nie miał czasu ich podpisać. Na młodą księgową, która wczoraj wysłała mi wiadomość: „Proszę nas nie zostawiać”.
Nie chciałam tej firmy.
Chciałam tylko, żeby mój mąż nie uczynił ze mnie osłony dla własnego kłamstwa.
— Przyjmuję — powiedziałam.
Andrzej roześmiał się krótko.
— Przyjmujesz? Myślisz, że to takie proste?
— Nie. Wiem, że od dziś każdy twój podpis będzie sprawdzany.
— Jestem prezesem.
— Byłeś.
To jedno słowo zmieniło jego twarz.
Oksana stała pod ścianą z opuszczonymi rękami. Bez zegarka wyglądała młodziej, ale nie niewinniej.
— Katarzyna — powiedziała cicho. — Ja naprawdę nie wiedziałam, że on zamierza cię zniszczyć.
— Wiedziałaś, że kłamie o naszym małżeństwie.
— Myślałam, że odejdziesz.
— A kiedy miałam odejść? Przed czy po tym, jak podpisałbyś za mnie wyprowadzenie pieniędzy?
Oksana zacisnęła usta.
— Chciałam tylko życia, które mi obiecał.
— W takim razie powinnaś była zapytać, ile cudzych nazwisk zamierza po drodze spalić.
Andrzej ruszył w moją stronę.
— Katarzyna, proszę. Porozmawiajmy jak małżeństwo.
— Małżeństwo skończyło się wcześniej niż dziś rano.
— Przez zegarek?
— Przez to, że kupiłeś go za pieniądze, które miały być zabezpieczeniem dla ludzi pracujących na twoje nazwisko. Przez to, że kazałeś Romanowi usuwać ślady. Przez to, że spojrzałeś na mnie w korytarzu i najpierw zapytałeś, co powie Oksana.
Andrzej spuścił wzrok na stół.
— Bałem się, że mnie usuną — powiedział.
To była pierwsza rzecz, która zabrzmiała prawdziwie.
Nie usprawiedliwiała go. Ale wyjaśniała, dlaczego przez wiele miesięcy wybierał coraz gorsze rozwiązania.
— Bałeś się utraty władzy — odpowiedziałam. — Nie utraty mnie.
— To nieprawda.
— Gdybyś bał się utraty mnie, przyszedłbyś do domu i powiedział, że firma tonie. Zamiast tego kupiłeś Oksanie zegarek i przygotowałeś moje nazwisko do roli winowajcy.
Marek podsunął mi uchwałę.
— Pani Katarzyno, potrzebujemy podpisu pod odwołaniem pana Andrzeja z funkcji prezesa. Rada zatwierdzi je przed południem.
Andrzej patrzył na długopis w mojej dłoni.
— Jeśli to zrobisz, wszystko stracisz — powiedział.
— Nie. Stracę ciebie.
Podpisałam.
Nikt nie zaklaskał. Nikt nie podniósł głosu. Słychać było tylko przesuwany po stole metalowy zegarek Oksany, który zatrzymał się na krawędzi dokumentów.
Andrzej patrzył na podpis, jakby nie rozumiał, że kilka czarnych liter może zamknąć drzwi, których przez lata uważał się za właściciela.
— Co będzie ze mną? — zapytał.
— Zatrzymasz swoje udziały, dopóki nie rozliczysz pieniędzy. Firma nie odbierze ci tego, co prawnie należy do ciebie. Ale nie będziesz już decydował o ludziach, których próbowałeś poświęcić.
— A my?
Spojrzałam na obrączkę. Przez chwilę czułam jej ciężar, choć była cienka i lekka.
— Prawnik prześle ci dokumenty rozwodowe. Bez publicznej wojny. Bez upokarzania. Wystarczy, że każdy z nas przestanie udawać.
Oksana podniosła zegarek.
— Co mam z nim zrobić?
Stefan wskazał na pudełko leżące obok teczki.
— Oddać osobie, dla której został kupiony.
Drzwi sali otworzyły się ponownie. W progu stała matka Andrzeja, Helena. Przyszła na posiedzenie, bo tego dnia miała odebrać prezent urodzinowy. Widziałam ją rano w wiadomości, kiedy pytała syna, czy zdąży na kolację.
Oksana podała jej zegarek.
— To pani własność.
Helena nie wyciągnęła ręki.
— Nie chcę rzeczy kupionych za cudzą krzywdę.
Andrzej zamknął oczy.
— Mamo…
— Nie mów do mnie, jakbyś był jeszcze chłopcem, którego trzeba wyciągać z kłopotów — powiedziała. — Twoja żona robiła to za mnie przez dziesięć lat. Wystarczy.
Helena odwróciła się do mnie.
— Katarzyno, przepraszam, że tak długo patrzyłam tylko na to, co mówił mój syn.
— Nie musi pani przepraszać za jego decyzje.
— Ale mogę przestać je chronić.
Wzięła zegarek i podeszła do okna, gdzie leżało pudełko z grawerowaną kartką. Otworzyła je. W środku była krótka wiadomość ode mnie, napisana miesiąc wcześniej: „Dla mamy, która nauczyła cię być odważnym człowiekiem”.
Helena przeczytała ją i zaczęła płakać.
Andrzej odwrócił twarz.
Marek poprosił mnie o rozpoczęcie posiedzenia. Usiadłam na miejscu, które przez lata zajmował mój mąż. Przed sobą miałam segregator Romana, uchwałę rady i biały zegarek leżący obok dłoni Heleny.
Pierwszą decyzją było przywrócenie wypłat i powołanie niezależnej księgowej do kontroli wszystkich rachunków.
Drugą — odwołanie Oksany z funkcji sekretarki. Nie dlatego, że nosiła cudzy prezent, lecz dlatego, że podpisała się pod planem, który miał zniszczyć niewinną osobę.
Trzecią decyzję podjął sam Roman. Zostawił segregator na stole i powiedział, że będzie zeznawał przed radą wspólników.
— Bałem się — wyznał.
— Wiem — odpowiedziałam. — Ale dziś pan przyszedł.
Kiedy wszyscy wyszli, zostałam jeszcze chwilę przy stole. Andrzej czekał w korytarzu na kierowcę. Nie próbował już mnie zatrzymać.
Helena zatrzymała się przy moim krześle.
— On naprawdę cię kochał — powiedziała.
Spojrzałam na podpis pod jego odwołaniem.
— Być może. Tylko miłość bez uczciwości zawsze każe komuś innemu płacić rachunek.
Helena skinęła głową i wyszła z zegarkiem zamkniętym w dłoni.
Za ścianą odezwał się dźwięk windy. Andrzej odjeżdżał z piętra, na którym jeszcze godzinę wcześniej był najważniejszym człowiekiem.
Na stole została jego jedwabna chustka. Podniosłam ją, starłam z niej zaschniętą zieloną plamę i przekazałam Romanowi razem z dokumentami.
— Proszę to wyrzucić — powiedziałam. — Od jutra sprzątamy firmę bez udawania, że brud pojawił się sam.
A w dłoni Heleny biały zegarek zaczął odmierzać godzinę, której Andrzej nie mógł już cofnąć.






