CZĘŚĆ 4 — Powiedziałam teściowi, kto zjadł jego kiełbasę, a wtedy mój mąż nagle przestał patrzeć mi w oczy

CZĘŚĆ 4

…a nie naszego.

— Stas, co zrobiłeś? — zapytałam.

Jego twarz zmieniła się szybciej niż twarz ojca. Najpierw pojawiło się zdziwienie, potem złość, a na końcu coś, czego nie widziałam u niego od bardzo dawna: bezradność.

— Chciałem tylko zarezerwować lokal.

— Na moje nazwisko?

— Właścicielka nie chciała ze mną rozmawiać. Powiedziałem, że jesteś w pracy.

— Nie pracuję od czterech lat.

— Wiem.

To krótkie „wiem” uderzyło mnie mocniej niż krzyk.

W kuchni Giennadij Pawłowicz zaczął nerwowo układać dokumenty. Kartki zsuwały się z blatu, a jego sygnet zahaczał o papier.

— Wszyscy przesadzacie — powiedział. — Mieszkanie sprzedam, spłacę długi i każdy dostanie swoją część.

— Jaką część? — Stas odwrócił się do niego. — Mówiłeś, że całość pójdzie na mój warsztat.

— Warsztat? Najpierw trzeba cię nauczyć odpowiedzialności.

— To po co kazałeś mi namawiać Olesię, żeby podpisała wyprowadzkę?

Teść zacisnął usta.

Dopiero wtedy zrozumiałam, że Stas nie był wyłącznie przestraszonym synem. Pomagał ojcu. Może nie wymyślił całego planu, ale zgodził się, żebym została postawiona przed faktem dokonanym. Liczył, że będę zbyt zajęta szukaniem mieszkania, by pytać o pieniądze.

Sawa wyszedł z pokoju w piżamie. W ręku trzymał ciężarówkę, której brakowało jednego koła.

— Mamo, jedziemy gdzieś?

Kucnęłam przed nim.

— Tak. Do miejsca, które znalazłam dla nas.

— A tata jedzie?

Stas odwrócił wzrok.

— Jeszcze nie wiem — odpowiedziałam.

O ósmej pięćdziesiąt zadzwonił dzwonek. Giennadij Pawłowicz pobiegł do przedpokoju, lecz Tamara zastąpiła mu drogę.

— Niech pan niczego nie podpisuje, dopóki nie przeczyta tego syn — powiedziała.

W progu stał niski mężczyzna w granatowym płaszczu. Przedstawił się jako pan Wrona i trzymał skórzaną teczkę. Spojrzał na mnie, potem na Sawę.

— Miałem dziś sfinalizować zakup.

— Nie może pan tego zrobić — powiedziałam. — W umowie zapisano, że mieszkanie jest wolne od lokatorów. Nie jest.

Pan Wrona zerknął na Giennadija.

— Mówił pan, że mieszka tu tylko pan.

— Rodzina miała wyjechać.

— Rodzina tu mieszka — odparł mężczyzna. — I mam to na piśmie.

Wyjęłam kopię oświadczenia. Pan Wrona przeczytał ją, a potem złożył dokumenty z powrotem do teczki.

— Nie będę kupował lokalu obciążonego takim ryzykiem.

— Panie Wrono, proszę poczekać — rzucił Giennadij.

— Czekałem wystarczająco długo.

Mężczyzna odszedł. Dzwonek domofonu ucichł.

Giennadij Pawłowicz stał na środku przedpokoju, ściskając pustą teczkę.

Nie stracił jeszcze mieszkania. Stracił jednak sprzedaż, która miała rozwiązać wszystkie jego problemy. A teraz musiał wytłumaczyć, skąd wzięły się fałszywe informacje i przelewy.

— Olesia — powiedział Stas — możemy to naprawić.

— Co dokładnie?

— Wszystko. Oddam ci pieniądze. Znajdę pracę.

— Ile razy już to słyszałam?

— Tym razem mówię poważnie.

— Nie. Tym razem mówisz, bo ojciec nie ma już czym ci zapłacić.

Stas pobladł.

Nie krzyczał. Nie zaprzeczył.

O dziesiątej spakowałam rzeczy Sawy. Nie zabrałam mebli ani naczyń. Wzięłam dokumenty, ubrania, lekarstwa i czerwony notes. Samochodziki włożyłam do płóciennej torby Tamary.

Przy drzwiach Sawa odwrócił się do dziadka.

— Dziadku, mogę wziąć tę ciężarówkę?

Giennadij Pawłowicz spojrzał na zabawkę. Zderzak był porysowany, a jedno koło wisiało na cienkim druciku.

— To twoje — powiedział cicho.

— Ale kupiłeś ją za swoją emeryturę?

Teść zamknął oczy.

— Kupiłem ją dla ciebie.

Sawa przytulił ciężarówkę do piersi i wyszedł na klatkę.

Stas został za nami.

— Olesia, dokąd pojedziesz?

— Do mieszkania, które wynajęłam wczoraj.

— Wynajęłaś je?

— Tak. Z oszczędności, o których nie wiedziałeś.

— Skąd je miałaś?

— Z pracy przy rozliczeniach. Wieczorami, kiedy ty oglądałeś oferty pracy i czekałeś, aż ojciec da ci pieniądze.

Przełknął ślinę.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

— Bo chciałam, żebyś sam zaczął działać.

— I teraz mnie zostawiasz?

— Nie zostawiam cię. Przestaję mieszkać w układzie, w którym twoja rodzina liczy moje kotlety, a ty liczysz na cudze pieniądze.

Na schodach Sawa nacisnął przycisk windy. Drzwi rozsunęły się z metalicznym trzaskiem.

Stas podszedł do mnie.

— Mogę przyjechać wieczorem?

— Do mieszkania, które wynajęłam, możesz przyjechać tylko wtedy, kiedy wcześniej zadzwonisz i zapytasz Sawę, czy chce cię zobaczyć.

— A ty?

Spojrzałam na czerwony notes wystający z torby. Przez miesiące zapisywałam w nim każdą kromkę chleba, każdą opłaconą fakturę i każdą obietnicę, która nigdy nie została spełniona.

— Ja będę zajęta układaniem życia bez cudzych rachunków na lodówce.

Nie powiedziałam tego z triumfem. Byłam zmęczona. Tak zmęczona, że nawet zwycięstwo bolało w ramionach.

W nowym mieszkaniu pachniało farbą i mokrym drewnem. Sawa usiadł na podłodze, wysypał samochodziki z torby i ustawił je w szeregu.

— Mamo, tu mogę jeździć po korytarzu?

— Możesz.

— Nawet głośno?

— Nawet głośno.

O siedemnastej czterdzieści trzy Stas zadzwonił. Nie odebrałam od razu. Kiedy w końcu przesunęłam palcem po ekranie, przez chwilę słyszałam tylko jego oddech.

— Byłem w warsztacie na ulicy Kolejowej — powiedział. — Szukają mechanika. Jutro mam przyjść na próbę.

— To dobrze.

— Ojciec powiedział, że jeśli nie wrócisz, nie dostanę niczego.

— Wiem.

— Sprzedaż mieszkania odwołał. Będzie wynajmował lokal po siostrze, żeby spłacić długi. Sam pójdzie do mniejszego pokoju.

— A ty?

— Ja muszę zacząć od zera.

Nie odpowiedziałam.

— Olesia, Sawa pytał, czy przyjadę z ciężarówką.

— Jutro po pracy możesz przyjechać. Bez obietnic. Bez pieniędzy od ojca. Tylko ty i on.

— A jeśli nie dam rady?

Spojrzałam na Sawę. Ustawił ciężarówkę na środku korytarza, dokładnie pod lampą. Brakujące koło naprawił kawałkiem plasteliny, przez co pojazd przechylał się na jedną stronę, ale mimo to jechał.

— Wtedy przynajmniej będziesz wiedział, czego nie naprawiłeś.

Następnego dnia Stas rzeczywiście przyszedł. Miał na sobie tę samą roboczą koszulkę, ale bez klucza francuskiego przy nadgarstku. Przyniósł Sawi nowy zestaw kół do ciężarówki, jednak najpierw usiadł na podłodze i przez prawie godzinę próbował zamocować stare.

Sawa podawał mu części.

— To tutaj, tato.

— Wiem.

— Nie, tutaj. Inaczej nie pojedzie.

Stas skręcił małą śrubkę i postawił zabawkę na dywanie. Ciężarówka ruszyła prosto, minęła próg i zatrzymała się przy czerwonym notesie, który leżał na niskiej szafce.

Stas spojrzał na notes, potem na mnie.

— Zostawisz go?

— Tak. Muszę pamiętać, ile kosztował każdy przejazd, zanim dojechaliśmy tutaj.

Sawa podniósł ciężarówkę i przyłożył ją do piersi.

— Tato, jutro znowu przyjedziesz?

Stas przykucnął przed nim.

— Jeśli pozwolisz.

— Pozwolę. Tylko nie jedz mojej kiełbasy.

Przez moment Stasowi drgnęły usta, lecz nie zaśmiał się. Przytaknął poważnie, jakby syn właśnie powierzył mu najważniejszą zasadę świata.

A potem Sawa postawił ciężarówkę na pierwszym miejscu swojego nowego szeregu i powiedział:

— Teraz prowadź, tato. Ja pokażę ci drogę.

Оцените статью