CZĘŚĆ 4
…Natalia patrzyła na kopertę, jakby ktoś położył przed nią zapalony lont.
— Ja niczego nie podpisywałam — powiedziała.
Wysocki wyjął dokument i rozłożył go na stole między talerzami z ciastem a przewróconym kieliszkiem.
— Podpisywała pani. Trzeciego marca, w mojej kancelarii.
Natalia wyrwała kartkę z jego dłoni.
— To niemożliwe.
— Proszę spojrzeć na drugą stronę.
Odwróciła dokument. Podpis był wyraźny, nakreślony jej charakterystycznymi, pochyłymi literami. Pod nim widniała data, numer rachunku i kwota, o której wcześniej nie wiedziałam.
Nie tylko pieniądze ze sprzedaży działki trafiły do Natalii. Andrzej przelał jej także oszczędności przeznaczone na leczenie po mojej stracie ciąży. Pieniądze, które odkładaliśmy na badania i rehabilitację, zniknęły z konta trzy dni po tym, jak lekarz powiedział mi, że nasze dziecko nie przeżyło.
Przez chwilę nie słyszałam niczego.
Ani płaczu Mai.
Ani szeptów gości.
Ani muzyki, która nadal cicho grała z głośników.
Potem spojrzałam na Andrzeja.
— Powiedziałeś mi, że nie stać nas na dalsze leczenie.
Jego twarz stwardniała.
— To nie było takie proste.
— Dla mnie było. Straciłam dziecko, a ty powiedziałeś, że musimy oszczędzać.
— Natalia miała długi, które mogły ją zniszczyć.
— A ja co miałam stracić, żeby ją uratować?
Nie odpowiedział.
Maja stanęła przed nim. Była drobna, ale w tej chwili wyglądała tak, jakby to on był dzieckiem, któremu trzeba wytłumaczyć konsekwencje jego decyzji.
— Tato, czy kupiłeś cioci szczęście za pieniądze mamy?
Natalia odwróciła głowę.
— Maju, to nie tak.
— To jak?
— Twój ojciec chciał mi pomóc.
— A mamie nie chciał?
To pytanie rozcięło salę bardziej niż krzyk.
Andrzej podszedł do Mai, ale ja zasłoniłam ją własnym ciałem.
— Nie dotykaj jej.
— Anna, ona jest moją córką.
— Jest twoją córką, nie twoim alibi.
Wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Natalia zdjęła pierścionek zaręczynowy i położyła go na dokumencie.
— Odwołuję ślub — powiedziała.
Andrzej spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Natalia…
— Nie będę mieszkała w domu, który kupiłeś za pieniądze swoich dzieci.
— Nie masz dokąd pójść.
— Właśnie dlatego przez tyle lat pozwalałam ci mówić, że to miłość.
Jej głos się załamał, ale nie cofnęła dłoni.
— Wiedziałam o romansie. Wiedziałam, że zdradzasz Annę. Nie wiedziałam, że zabrałeś jej pieniądze po stracie dziecka. Gdybym wiedziała, nigdy bym ich nie przyjęła.
— Kłamiesz — syknął Andrzej.
Natalia spojrzała na gości.
— Nie. I mam coś jeszcze.
Wyjęła z torebki mały notes z popękanym grzbietem. Przez moment ściskała go tak mocno, że pobielały jej palce.
— Andrzej zapisywał w nim wszystkie przelewy. Myślał, że to dowody na spłatę jego prywatnych długów. Nie wiedział, że widziałam każdą stronę.
Wysocki poprosił o notes. Przeczytał kilka zapisów, a potem zamknął go z ciężkim westchnieniem.
— To wystarczy, żeby unieważnić jego oświadczenia dotyczące domu i rozpocząć odzyskiwanie pieniędzy. Ale nie przez pańską matkę — powiedział, patrząc na mnie. — Przez fundusz dzieci, który można utworzyć zgodnie z podpisanym zobowiązaniem.
Spojrzałam na czworo dzieci. Maja nadal trzymała moje palce. Najmłodszy syn wtulał się w Zofię, a starsi stali obok siebie, bladzi i nieruchomi. Wszyscy usłyszeli wystarczająco dużo.
— Chcę, żeby dom został zabezpieczony dla dzieci — powiedziałam. — Nie dla mnie.
Andrzej roześmiał się krótko, bez radości.
— Myślisz, że możesz mi go odebrać?
— Nie. Odebrałeś go sobie sam, kiedy podpisałeś dokument.
Podszedł do mnie tak blisko, że poczułam zapach jego wody kolońskiej. Przez trzynaście lat ten zapach oznaczał powrót do domu. Tego dnia oznaczał tylko wspomnienie człowieka, którego już nie było.
— Chcesz mnie zniszczyć? — zapytał.
— Nie. Chcę, żeby dzieci nie musiały płacić za twoje decyzje.
Wysocki przekazał mi kopię zobowiązania. Papier był ciepły od jego dłoni, ale mnie przebiegł po plecach dreszcz.
Moja matka podeszła powoli. Nie próbowała mnie obejmować.
— Aniu, przepraszam.
— Za co konkretnie?
— Za to, że nazwałam cię złą siostrą. Za to, że uwierzyłam, iż twoje cierpienie jest ceną za cudze szczęście.
Zacisnęłam usta.
— Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć.
— Nie proszę, żebyś zrobiła to dzisiaj.
To była pierwsza rzecz, którą powiedziała mi tego dnia i która nie brzmiała jak rozkaz.
Natalia podeszła do mnie z pierścionkiem w dłoni.
— Ten dom powinien należeć do dzieci. Oddam wszystko, co mogę. Sprzedam mieszkanie, samochód, biżuterię. Nie po to, żebyś mi uwierzyła. Po prostu nie chcę już żyć z cudzej krzywdy.
Spojrzałam na jej dłoń.
— Nie sprzedawaj tego, czego potrzebujesz do życia. Zwróć pieniądze według umowy. Reszta nie naprawi przeszłości.
Natalia skinęła głową. Płakała, ale nie zasłaniała twarzy.
Andrzej stał przy stole, obok własnego ślubnego tortu. Nikt nie podszedł, żeby go pocieszyć. Nawet mój ojciec, który przez cały czas milczał, odsunął się od niego o krok.
Ceremonia została odwołana. Goście wychodzili po cichu, mijając kwiaty, których nikt już nie chciał zabrać. Maja poprosiła, żebym nie wyrzucała fotografii.
— Dlaczego? — zapytałam.
— Bo na niej byliśmy prawdziwi.
Wieczorem, kiedy wróciliśmy do mieszkania, położyłam zdjęcie na stole. Na odwrocie widniały słowa Andrzeja sprzed pięciu lat: „Aniu, nasze dzieci zawsze będą miały bezpieczny dom. Nawet jeśli ja kiedyś zapomnę, kim dla mnie jesteście”.
Nie wiedział wtedy, że jego własne zdanie wróci do niego w dniu ślubu.
Maja wzięła ołówek i dopisała pod spodem jedno krótkie zdanie. Litery były nierówne, ale mocne.
„Tato, my pamiętamy.”






