CZĘŚĆ 4
Wiadomość przeczytałam trzy razy, zanim zrozumiałam jej sens.
— Prawdziwą matkę? — zapytałam.
Lorenzo wyrwał telefon strażnikowi.
— To niemożliwe.
— Ktoś znał nazwisko twojego brata — powiedziałam. — I wie, gdzie pracowałam.
— Matteo zginął w pożarze magazynu.
— Tak mówiły gazety? — spytałam.
Lorenzo spojrzał na Crane’a.
Lekarz przełknął ślinę.
— Matteo miał syna — powiedział. — O ile pamiętam.
— Nie pytałem o jego syna.
— Pytałeś o Nico.
W pralni zrobiło się duszno. Rosa oparła się o stół, a Violetta podeszła do ściany, jakby nagle zabrakło jej siły w nogach.
Nico zaczął płakać na górze.
Płakał krótko, ale ten dźwięk przeciął wszystkich ostrzej niż krzyk.
— Jedziemy do kliniki — powiedział Lorenzo.
— Nie — odparłam. — Najpierw zabieramy dziecko do miejsca, którego nie zna ani Crane, ani osoba wysyłająca wiadomości.
— Mam lekarzy.
— Masz ludzi, którzy przez dwanaście nocy patrzyli, jak twój syn cierpi.
Crane wykonał gwałtowny ruch, lecz strażnik przycisnął mu ramię do stołu.
— Niech pani uważa — syknął lekarz.
— Uważałam od chwili, gdy zobaczyłam nakrętkę.
Wzięłam z kieszeni notes Rosy i wskazałam ostatnią stronę.
— Tu jest jeszcze jedna rzecz. Data sprzed narodzin Nico.
Lorenzo podniósł wzrok.
— To niemożliwe.
— Rosa zapisała, że pięć dni przed porodem pani Violetta przyniosła dokumenty do kliniki. Przy nazwisku dziecka widnieją dwa numery kartotek.
Rosa zaczęła płakać.
— Nie wiedziałam, co to znaczy. Widziałam tylko, że Crane kazał przenieść jedną teczkę do archiwum zamkniętego.
Lorenzo odwrócił się do żony.
— Powiedz mi, kim jest Nico.
Violetta dotknęła medalionu. Otworzyła go drżącą ręką. W środku nie było zdjęcia, lecz mały, pożółkły skrawek papieru.
— Matteo miał dziecko z kobietą, która pracowała w klinice — powiedziała. — Kobieta zmarła po porodzie. Dziecko miało zostać oddane do adopcji.
— A ja? — zapytał Lorenzo.
— Ty nie mogłeś mieć dzieci. Twoja rodzina potrzebowała następcy. Matteo chciał zabrać chłopca, ale zginął, zanim zdążył to zrobić.
— Nico nie jest moim synem?
— Jest synem twojego brata.
Słowa spadły między nami jak ciężkie przedmioty.
Lorenzo oparł dłonie o stół. Nie wyglądał już jak człowiek, który chce kogoś zabić. Wyglądał jak ktoś, komu właśnie zabrano całe dzieciństwo dziecka, które kochał.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Bałam się, że zabierzesz go wszystkim. Że twoi wrogowie dowiedzą się, że nie jest Bellaro z krwi. Chciałam mieć nad nim kontrolę.
— Więc zaczęłaś go truć.
Violetta zamknęła oczy.
— Crane powiedział, że jeśli będzie słaby, pozostanie w domu. Jeśli odziedziczy wszystko, nikt go nie ruszy.
— Kłamiesz — powiedział lekarz.
Violetta odwróciła się do niego.
— To ty powiedziałeś, że wystarczy kilka tygodni.
— To ty zwiększyłaś dawkę.
Lorenzo spojrzał na nich oboje.
— Dość.
O 1:42 przenieśliśmy Nico do samochodu z opancerzonym nadwoziem. Nie pojechaliśmy do kliniki wskazanej w wiadomości. Zadzwoniłam do ordynatorki oddziału dziecięcego w szpitalu świętego Kalena, doktor Helen Morris, kobiety, z którą pracowałam przed odejściem.
Przyjęła nas tylnym wejściem o 2:06.
W poczekalni pachniało środkiem do dezynfekcji, a automat z napojami buczał przy pustej ścianie. Helen zbadała nakrętkę, krew Nico i próbki z mleka. Po godzinie wyszła z laboratorium z kopertą w dłoni.
— Substancja wywołuje sztuczną reakcję zapalną — powiedziała. — Przy kolejnej dawce chłopiec mógłby umrzeć w ciągu kilku minut.
Lorenzo zamknął oczy.
— A wyniki o chorobie odpornościowej?
— Zostały sfałszowane. Nico nie ma tej choroby.
— Czy jest zdrowy?
— Będzie, jeśli przestaniecie pozwalać ludziom używać go do swoich rozgrywek.
Jej wzrok spoczął na mnie.
— Maya, musisz zobaczyć jeszcze jedno.
Podała mi drugi dokument. Była to karta przyjęcia sprzed ośmiu miesięcy. Przy nazwisku matki widniało: „nieustalona”. Podpis pod zgodą na przekazanie dziecka należał do Victora Crane’a.
Na odwrocie ktoś dopisał ołówkiem adres małego mieszkania na południu miasta.
— Ten adres znaleźliśmy w archiwum — powiedziała Helen. — Kobieta, która tam mieszkała, zmarła podczas porodu. Miała siostrę. Siostra od miesięcy szuka dziecka.
Lorenzo podniósł głowę.
— Czy ona wie, że Nico żyje?
— Nie. Ale ktoś wysłał jej kopię aktu urodzenia dzisiejszej nocy.
— Kto?
Helen podała mu telefon.
Na ekranie pojawiła się fotografia młodej kobiety trzymającej starą kartę pacjenta. Miała oczy identyczne jak Nico.
Pod zdjęciem widniało nazwisko: Elena Marquez.
Lorenzo długo patrzył na fotografię.
— To siostra jego matki — powiedziałam.
— I jedyna osoba, która może potwierdzić, kim naprawdę była matka Nico — dodała Helen.
W tym momencie do poczekalni wszedł starszy mężczyzna w granatowym płaszczu. Nie miał broni ani ochrony. Trzymał tylko płaską kopertę z pieczęcią szpitala.
— Pan Bellaro? — zapytał.
Lorenzo wstał.
— Kim pan jest?
— Notariuszem, który sześć lat temu otrzymał list od pańskiego brata. Miałem go doręczyć, kiedy dziecko skończy osiemnaście lat, chyba że Matteo umrze wcześniej i ktoś spróbuje ukryć jego pochodzenie.
— Dlaczego przyszedł pan teraz?
Mężczyzna spojrzał na mnie.
— Bo dziś wieczorem dostałem dowód, że ktoś próbuje zabić chłopca.
Podał Lorenzo kopertę.
— W środku jest testament Matteo i dokument, który pańska żona ukrywała przez osiem miesięcy.
Violetta, siedząca pod ścianą, poderwała się.
— Nie otwieraj tego.
To był jej największy błąd.
Lorenzo rozerwał kopertę.
Na pierwszej stronie widniało imię Nico. Na drugiej — zapis, że cały majątek Matteo przechodzi na jego syna, ale do chwili pełnoletności zarządzać nim może wyłącznie osoba niezwiązana z rodziną Bellaro.
Crane zaczął się cofać.
Violetta patrzyła na dokument, jakby dopiero teraz zrozumiała, dlaczego jej własny mąż musiał być przekonany, że dziecko umiera.
— Nie chciałaś pieniędzy — powiedziałam. — Chciałaś zostać opiekunką majątku.
— Chciałam ochronić Nico.
— Przed kim?
— Przed Lorenzo.
Lorenzo spojrzał na nią bez gniewu.
— Przed człowiekiem, który kołysał go każdej nocy, kiedy płakał?
— Przed twoim światem.
To była jedyna prawdziwa rzecz, którą powiedziała tej nocy.
Lorenzo opuścił wzrok na małego Nico, śpiącego pod przezroczystym kocem.
— Mój świat rzeczywiście mógł go zabić — powiedział.
Violetta wyciągnęła do niego rękę.
— Lorenzo, posłuchaj mnie.
— Słuchałem cię przez osiem miesięcy.
— Nie rozumiesz, co się stanie, jeśli dowiedzą się, że nie jest Bellaro.
— Rozumiesz, co się stanie, jeśli mu się przyznamy?
Nie odpowiedziała.
— Będzie miał nazwisko Matteo — ciągnął. — A ja będę musiał wybrać, czy wychować go jak brata mojego brata, czy jak syna, którym był dla mnie od dnia narodzin.
— Nie masz prawa go zatrzymać — powiedział notariusz.
Lorenzo spojrzał na niego.
— Wiem.
Potem zwrócił się do mnie.
— Maya, chcę, żebyś została przy Nico.
— Jako pielęgniarka?
— Jako osoba, która zauważyła prawdę, kiedy wszyscy inni patrzyli na podpisy.
— Nie mogę być częścią twojego układu.
— Nie proszę o lojalność wobec mnie. Proszę o lojalność wobec niego.
Rano Crane przekazał hasła do kont i nazwiska ludzi, którzy pomagali mu zmieniać wyniki. Nie zrobił tego z wyrzutów sumienia. Zrobił to, kiedy dowiedział się, że Matteo zostawił osobny zapis: każdy, kto spróbuje skrzywdzić Nico, zostanie pozbawiony dostępu do majątku i ujawniony wszystkim udziałowcom.
Violetta nie została zamknięta w celi ani postawiona przed sądem tej samej nocy. Lorenzo zabrał jej klucze, telefony i dostęp do domu, a potem sam zawiózł ją do mieszkania jej siostry. Przed wyjazdem poprosiła, żeby zobaczyć dziecko.
Stała przy łóżeczku w sali obserwacyjnej. Nico spał, oddychając spokojnie.
— Czy on kiedyś mnie pokocha? — zapytała.
Nie odpowiedziałam za niego.
Lorenzo też milczał.
Violetta położyła dłoń na szybie inkubatora, ale jej nie dotknęła.
— Nie powinnam była zwiększać dawki — powiedziała.
— Nie — odparł Lorenzo. — Nie powinnaś była podać nawet pierwszej.
Odwróciła się do niego.
— A ty? Powiesz mu, że nie jesteś jego ojcem?
Lorenzo patrzył na śpiącego Nico.
— Powiem mu wszystko, kiedy będzie mógł to zrozumieć. Nie będę budował jego życia na kolejnym kłamstwie.
Później Elena Marquez przyszła do szpitala. Była drobna, miała czerwone od płaczu oczy i ściskała w ręku kopertę z aktem urodzenia. Kiedy zobaczyła Nico, nie próbowała go zabrać. Usiadła przy łóżeczku i zaczęła opowiadać o swojej siostrze: o jej śmiechu, o zamiłowaniu do żółtych skarpetek, o tym, że zawsze nuciła tę samą kołysankę.
Nico poruszył ustami przez sen.
Elena pochyliła się bliżej.
— To on — wyszeptała.
Lorenzo stał po drugiej stronie łóżeczka.
— Nie wiem, jak być jego ojcem — powiedział.
Elena otarła policzek.
— A ja nie wiem, jak być ciotką dziecka, którego odebrano mojej siostrze. Możemy nie wiedzieć razem.
Lorenzo skinął głową.
Ja trzymałam w dłoni oryginalną nakrętkę. Helen kazała ją zachować jako dowód. Jej cienki plastik był porysowany od mojego kciuka, jakby nawet przedmiot pamiętał, ile czasu zostało do tragedii.
Kiedy później wróciłam do sali, Nico nie płakał. Elena nuciła mu cicho melodię, której nie znałam. Lorenzo stał obok i próbował powtórzyć ją bez słów.
Nie wychodziło mu.
Nico otworzył oczy, spojrzał na niego i zacisnął maleńką dłoń na jego palcu.
Lorenzo pochylił się nad nim.
— Nie musisz nosić mojego nazwiska, żeby znać mój głos — powiedział.
A potem po raz pierwszy trzymał go nie ostrożnie, lecz pewnie, jak ojciec, który wreszcie zrozumiał, że prawda nie odbiera dziecku rodziny — tylko zmusza wszystkich dorosłych, by zasłużyli na miejsce przy jego łóżeczku.
Przegapiłeś początek?






