CZĘŚĆ 4 — Wsiadłam przez pomyłkę do samochodu wpływowego szejka, a gdy usłyszałam jego rozkaz, kierowca nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

…Przeczytałam wiadomość dwa razy, zanim podałam telefon Karimowi.

Jego twarz stężała.

— Kto to wysłał? — zapytał Samir.

— Nie do ciebie — odpowiedział Karim.

Nawal spróbowała usiąść. Salma podłożyła jej pod plecy poduszkę, a ja sprawdziłam źrenice, oddech i tętno. Była słaba, ale stabilna.

— Nie możemy zostawić archiwum — powiedziałam.

— Nie pojedziesz tam — odparł Karim.

— W archiwum jest dokument, przez który prawie zabito pańską matkę.

— Właśnie dlatego nie pojedziesz.

— A jeśli jest tam dowód, kto wydał polecenie?

Karim spojrzał na mnie uważnie.

— Wtedy pojedziemy razem.

Samir roześmiał się krótko.

— Naprawdę jej posłuchasz? Kobiety, która pomyliła twój samochód z taksówką?

— To ona zauważyła lek, którego ty nie zauważyłeś przez cały dzień.

— Ona jest pielęgniarką, nie śledczą.

— A ty jesteś moim bratem, nie właścicielem matki.

Samir pobladł, ale nie cofnął się. W jego prawej dłoni zobaczyłam czarny osad, ten sam, który zostawał na palcach po dotknięciu starego zamka w archiwum. Nie powiedziałam nic. Wzięłam tylko z kieszeni małe metalowe nożyczki.

— Po co ci to? — spytał.

— Do przecięcia bandaża, jeśli ktoś jest ranny.

— W archiwum?

— Wszędzie może być ktoś ranny.

Karim rozkazał kierowcy przygotować samochód. Nawal chwyciła mnie za rękę.

— Nie jedź sama — wyszeptała. — Farid nie działał sam.

— Wiem.

— Nie. Nie wiesz wszystkiego.

Wyjęła spod materaca drugą kartkę, znacznie mniejszą od pierwszej. Na jej odwrocie znajdowała się pieczęć fundacji medycznej. Nawal wskazała palcem podpis.

— To nie Samir namówił mnie do zmiany testamentu. To ja poprosiłam Karima, żeby przepisał wszystko na fundację. Samir dowiedział się o tym i spanikował.

Spojrzałam na Karima.

— Chciał pan odziedziczyć majątek?

— Nie — odpowiedział. — Moja matka chciała oddać go na leczenie dzieci. Zgodziłem się. Samir miał przejąć ziemię, którą obiecała mu wcześniej. Kiedy dowiedział się, że nie dostanie firmy, zaczął naciskać na Farida.

— A pan zatrzymał mnie w samochodzie.

Karim opuścił wzrok.

— Bałem się, że jeśli cię wypuszczę, dopadną cię wcześniej niż ja zdążę cię ochronić.

— To nie była ochrona. To było porwanie.

— Wiem.

Ta odpowiedź zaskoczyła mnie bardziej niż zaprzeczenie.

— Jeśli przeżyjemy tę noc, sam to zgłoszę. Ale teraz muszę ocalić dokumenty i ludzi, którzy są w nich zapisani.

Wyszliśmy z domu. Niebo nad zatoką było czerwone od łuny, chociaż klinika znajdowała się kilka kilometrów dalej. Gdy samochód ruszył, Karim zadzwonił do zarządcy budynku.

— Otwórz tylne wejście i wyprowadź wszystkich — powiedział. — Nikogo nie wpuszczaj do archiwum.

Po drugiej stronie usłyszał odpowiedź, która sprawiła, że zamilkł na moment.

— Co się stało? — spytałam.

— Zarządca jest zamknięty w kotłowni. Ktoś odciął zasilanie.

Klinika była pogrążona w ciemności. Tylko czerwone światło alarmu pulsowało nad wejściem. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego plastiku.

Wbiegliśmy na drugie piętro. Drzwi do archiwum były uchylone, a spod nich sączył się dym.

— Zostań za mną — powiedział Karim.

— Jeśli znajdziemy pacjentów, ja idę pierwsza.

— Nie będę z tobą dyskutował.

— A ja nie będę czekać, aż zdecydujesz za mnie.

Weszłam do środka.

Płomienie zajmowały już półkę z kartami. Na podłodze leżał mężczyzna w granatowym fartuchu. Oddychał, ale miał rozciętą skroń. Przy nim znalazłam pęk kluczy oraz metalową skrzynkę z dokumentami.

Karim podniósł mężczyznę, a ja przycisnęłam gazę do jego rany.

— To zarządca — powiedziałam. — Potrzebuje powietrza.

— Najpierw skrzynka.

— Najpierw człowiek.

Karim spojrzał na mnie, po czym zarzucił sobie rannego na ramię. Wyniósł go na korytarz, podczas gdy ja chwyciłam skrzynkę. Dym szczypał mnie w oczy. Na samym dnie, pod teczkami pacjentów, leżała koperta z podpisem doktora Farida.

W środku znajdował się rachunek za przelew oraz lista nazwisk.

Pierwsze należało do Farida.

Drugie do Samira.

Trzecie do człowieka, którego znałam z kliniki jako spokojnego nocnego portiera: Hamida.

To on otworzył drzwi archiwum.

To on wysłał wiadomość.

I to on stał teraz na końcu korytarza z kanistrem w dłoni.

— Oddaj skrzynkę — powiedział.

Karim stanął przede mną.

— Hamid, odłóż to.

— Twój brat zapłacił za jedną noc. Ja zapłaciłem za całe życie w cudzym strachu.

— Nie masz dokąd uciec.

— Mam. Za tobą.

Hamid cisnął kanister. Płyn rozlał się po podłodze, a płomienie przeskoczyły na drewnianą framugę. Karim rzucił się w jego stronę. Zderzyli się przy schodach. Kanister potoczył się pod ścianę.

Nie myślałam. Owinęłam dłoń mokrym ręcznikiem, który wisiał przy gaśnicy, i przecięłam metalowe zabezpieczenie. Strumień piany uderzył w ogień.

Hamid próbował uciec, lecz potknął się o własną torbę. Wypadły z niej klucze, rękawiczki i biała koperta z logo fundacji Nawal.

Karim podniósł ją z podłogi.

— Skąd to masz?

Hamid patrzył na mnie.

— To nie Samir kazał mi podpalić archiwum — powiedział. — On kazał tylko zabrać testament. Człowiek z fundacji zapłacił za resztę.

— Kto? — spytałam.

Hamid przełknął ślinę.

— Wiceprzewodniczący zarządu. Miał stracić stanowisko, kiedy pieniądze trafiłyby do szpitali. To on powiedział, że Karim znajdzie winnego w rodzinie i nie będzie szukał dalej.

Karim zacisnął palce na kopercie.

W tej chwili na korytarzu pojawili się strażacy i ratownicy wezwani przez Salmę. Hamida zabrano, zanim zdążył ruszyć do schodów. Nikt nie robił z tego widowiska. Dym, poparzona ściana i ranny zarządca mówiły wystarczająco dużo.

Później, o świcie, siedzieliśmy w pokoju Nawal. Jej ręka spoczywała na białym prześcieradle. Farid oddał wszystkie klucze i podpisał zeznanie. Samir przyszedł bez ochrony.

— Matko — powiedział.

Nawal nie odwróciła głowy.

— Nie nazywaj mnie tak, dopóki nadal myślisz o pieniądzach.

Samir zaczął płakać.

— Bałem się, że nic mi nie zostanie.

— Zostawiłam ci ziemię przy południowej drodze — odpowiedziała. — Ale po tym, co zrobiłeś, nie dostaniesz jej. Przekażę ją fundacji razem z całą firmą.

— A Karim?

— Karim dostanie to, czego nie potrafił kupić: obowiązek naprawienia szkód.

Karim spojrzał na mnie.

— Leila, jeśli zechcesz odejść, zapłacę ci za noc i odwiozę cię do matki.

— Nie chcę zapłaty za to, że zostałam uprowadzona.

— Wiem.

— Chcę, żeby klinika stworzyła oddział dla osób, które nie mogą zapłacić za leczenie. Z twojego majątku.

Nawal uśmiechnęła się słabo.

— To właśnie chciałam usłyszeć.

Karim skinął głową.

— Powstanie.

— I żadnych zamkniętych drzwi przede mną. Jeśli mam pracować przy tym projekcie, będę znała każdy rachunek.

— Każdy.

— Wtedy mogę zostać.

Nie zostałam dlatego, że bałam się Karima. Zostałam, bo zobaczyłam, że potrafił oddać władzę tam, gdzie wcześniej trzymał ją kurczowo. Samir stracił to, dla czego zdradził rodzinę. Farid stracił stanowisko i możliwość leczenia ludzi. Hamid stracił ochronę pieniędzy, które obiecano mu za milczenie. A Nawal zachowała własny głos.

Przed wyjściem z pokoju przypięłam do fartucha moją porysowaną mosiężną plakietkę. Karim podał mi kopertę z rachunkiem znalezionym w archiwum.

— To powinno należeć do ciebie — powiedział.

— Nie. Powinno należeć do tych, których próbowali uciszyć.

Złożyłam dokument i schowałam go do teczki fundacji.

Nawal wyciągnęła do mnie rękę.

— Leila, jutro podpiszemy pierwszy przelew.

— Jutro?

— Po tym, co wydarzyło się tej nocy, nie będę czekać na pozwolenie żadnego mężczyzny.

Zaśmiałam się, choć oczy wciąż piekły mnie od dymu.

Karim zatrzymał się przy łóżku matki.

— A ja po raz pierwszy poproszę o zgodę.

Nawal wskazała mu krzesło.

— Usiądź. Będziesz czytał wszystkie umowy od początku.

Usiadł.

Ja natomiast wróciłam na korytarz, gdzie na podłodze wciąż widniała biała smuga po pianie gaśniczej, przecinająca ślady sadzy jak wyraźna linia. Na jej końcu leżał mój telefon. Podniosłam go i zobaczyłam nieodebraną wiadomość od matki: „Czy wrócisz dziś przed śniadaniem?”

Odpisałam: „Tak. Mam ci coś opowiedzieć”.

A potem spod mosiężnej plakietki wyjęłam małe metalowe nożyczki, które wciąż ściskałam w dłoni, i wróciłam do pokoju Nawal.

— Zaczynamy od pierwszej strony — powiedziałam.

Nawal podała mi pióro, a Karim przesunął ku mnie dokumenty, jakby po raz pierwszy naprawdę bał się, że ominie go choćby jedno słowo.

Оцените статью