CZĘŚĆ 4
Adres prowadził do małego warsztatu stolarskiego na obrzeżach miasta. Nazwisko nad drzwiami brzmiało: „Piotr Wysocki”.
Nie był martwy.
Był ojcem Agnieszki i dziadkiem dzieci, choć Marek od lat powtarzał im, że dziadek nie chce ich znać.
Dowiedzieliśmy się o tym następnego ranka, kiedy doktor Wysocka zadzwoniła ponownie i powiedziała, że znalazła w swojej starej kartotece numer kontaktowy do Piotra. Agnieszka zostawiła go jako osobę awaryjną, ale Marek nigdy nie pozwolił jej zadzwonić.
Kuba był w szpitalu na sali zabiegowej. Kolczyk usunięto, ranę zszyto, a lekarz powiedział, że słuch powinien zostać zachowany. To zdanie miało być pocieszeniem.
Nie potrafiło nim zostać.
Siedziałam na plastikowym krześle pod gabinetem, ściskając różowy ręcznik z żółtą gwiazdą. Na jego brzegu zaschła cienka brązowa smuga. Nie chciałam go wyrzucić. Nie dlatego, że był ważny, lecz dlatego, że przez kilka minut to on oddzielał skórę Kuby od szczypiec.
Lena siedziała obok mnie. Wciąż obracała srebrny brelok w kształcie klucza.
— Czy mama naprawdę chciała, żebym mieszkała z tobą? — zapytała.
— Tak napisała.
— A jeśli tylko tak mówiła, bo była zła na tatę?
— Wtedy też miała prawo być zła.
Dziewczynka przygryzła wargę.
— Pomagałam mu.
— Wiem.
— Podawałam mu rzeczy. Ręcznik. Paski. Czasem mówiłam Kubie, żeby nie płakał.
Nie próbowałam jej uspokajać pustym zdaniem. Dziecko, które przez lata miało przetrwać w cudzym strachu, nie potrzebuje prostego zapewnienia, że wszystko jest dobrze.
— Robiłaś to, żeby nie skierował złości na ciebie — powiedziałam.
— To nie znaczy, że Kuba nie cierpiał.
— Nie. Ale znaczy, że ty też byłaś dzieckiem.
W korytarzu pojawił się funkcjonariusz. Poinformował nas, że Marek nie może zbliżać się do dzieci i że tymczasowo zostaną ze mną. Nie używał wielkich słów. Przedstawił konkretne decyzje, godziny i nazwiska osób, które miały sprawdzać, gdzie będziemy mieszkać.
— A co z nim? — zapytała Lena.
— Będzie musiał odpowiadać za to, co zrobił.
Dziewczynka spuściła wzrok.
— On powiedział, że jeśli odejdziemy, umrze.
— To nie jest wasza odpowiedzialność — odparłam.
Zatrzymałam się, zanim dodałam coś więcej. Ta myśl nie była prostą pociechą. Była ciężarem, który Marek przywiązywał do dzieci od dawna.
Po południu przyjechał Piotr Wysocki. Miał spracowane dłonie i małą drewnianą laskę. Stanął kilka kroków od Leny, jakby bał się, że zbyt szybki ruch ją spłoszy.
— Pamiętasz mnie? — zapytał.
Lena patrzyła na niego długo.
— Zrobiłeś mi kiedyś konika z drewna.
Piotr zamknął oczy.
— Myślałem, że go wyrzuciłaś.
— Tato wyrzucił. Powiedział, że takie rzeczy są od ludzi, którzy nas zostawili.
Piotr usiadł na krześle naprzeciwko niej.
— To ja was zostawiłem — powiedział. — Pokłóciłem się z Agnieszką, bo uważałem, że powinna odejść od Marka szybciej. Byłem dumny. Czekałem, aż sama zadzwoni. Nie wiedziałem, że bała się zadzwonić.
Lena przesunęła brelok po kolanie.
— Mama dzwoniła raz.
Piotr zamarł.
— Kiedy?
— W noc przed tym, jak umarła. Marek odebrał telefon i powiedział, że pomyliła numer. Potem zabrał jej komórkę.
Piotr zacisnął palce na lasce.
— Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej?
— Bo tata powiedział, że jeśli będę kłamać, zabierze Kubę i nikt go nie znajdzie.
Marek wykorzystał śmierć Agnieszki nie tylko do odcięcia dzieci od dziadka. Wykorzystał ją również do przejęcia pieniędzy z jej ubezpieczenia. Pieniądze wpłynęły na konto dzieci, ale zniknęły dzień przed próbą wyjazdu. Nie chodziło o spontaniczną ucieczkę. Marek kupił bilety, wynajął pokój na fałszywe nazwisko i przygotował dokumenty, w których twierdził, że zabiera dzieci na „krótki odpoczynek”.
Chciał zniknąć, zanim zeszyt trafi do cudzych rąk.
Nie spodziewał się tylko Leny.
Dwa dni wcześniej dziewczynka weszła do gabinetu pedagoga szkolnego i powiedziała, że boi się wrócić do domu. Nie opowiedziała wszystkiego. Powiedziała tylko, że jeśli nie wróci do piątku, trzeba zadzwonić do doktor Wysockiej. Nauczycielka znalazła nazwisko w szkolnej dokumentacji, a lekarka połączyła je z numerem Piotra.
Dlatego funkcjonariusze wiedzieli o biletach, zanim Marek zdążył wsadzić dzieci do pociągu.
Wieczorem pojechałam z Leną do domu po ubrania. Nie weszłyśmy same. Na stole nadal leżały kawałki telefonu, a pod miską znaleziono szczypce. Marek siedział w drugim pokoju i czekał na rozmowę.
— Karolina — powiedział. — Powiedz im, że to był jeden błąd.
— To nie był jeden błąd.
— Wychowywałem te dzieci sam.
— Nie sam. Lena wychowywała Kubę, kiedy ty go karałeś.
Jego twarz napięła się.
— Agnieszka była słaba. Nie rozumiała, że dzieci potrzebują twardej ręki.
— Twarda ręka nie zostawia ran po szczypcach.
— Nie chciałem go skrzywdzić.
— A jednak trzymałeś narzędzie przy jego uchu.
Marek spojrzał na ręcznik, który trzymałam w dłoni.
— To wszystko przez ten przeklęty telefon.
Lena stała za mną. Jej głos był cichy, ale wyraźny.
— Nie. Telefon tylko sprawił, że ciocia przyjechała.
Marek odwrócił się do niej.
— Po tym wszystkim nadal jesteś moją córką.
— Jestem dzieckiem, które kazałeś milczeć.
To było najcięższe zdanie, jakie wypowiedziała tego dnia. Nie dlatego, że go zraniło. Dlatego, że nie próbowała już go pocieszyć.
Marek osunął się na krzesło.
Nie przeprosił. Nie poprosił o wybaczenie. Zapytał tylko, czy dzieci będą mogły wrócić.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — O tym zdecydują ludzie, którzy sprawdzą, czy potrafisz ich nie krzywdzić.
— A ty będziesz przeciwko mnie?
— Będę po stronie dzieci.
W następnych tygodniach Kuba dochodził do siebie. Bał się dotykania ucha, metalowych przedmiotów i dźwięku szczypiec przy przyborach kuchennych. Lena zaczęła spotykać się z psycholożką, ale za każdym razem zabierała ze sobą granatowy zeszyt. Nie pozwalała nikomu go wyrzucić.
Piotr naprawił dla niej drewnianego konika. Nie zrobił nowego. Odtworzył tego samego, którego Marek wyrzucił, korzystając ze zdjęcia zachowanego w telefonie Agnieszki.
Kiedy przyniósł go do mojego mieszkania, Lena nie rzuciła mu się na szyję. Usiadła naprzeciwko i powiedziała:
— Możesz zostać, ale nie obiecuj, że wszystko naprawisz.
Piotr skinął głową.
— Nie obiecam. Mogę tylko przychodzić, kiedy będziesz chciała.
Tym razem dziewczynka podała mu brelok w kształcie klucza.
— To nie otwiera żadnych drzwi — wyjaśniła. — Tato dał mi go, żebym pamiętała, że tylko on ma prawo decydować.
Piotr położył brelok na stole.
— Możesz zdecydować, co z nim zrobimy.
Lena popatrzyła na Kubę. Chłopiec miał mały plaster przy uchu i trzymał w ręce drewnianego konika. Potem podeszła do szuflady, wyjęła granatowy zeszyt i wsunęła brelok między jego kartki.
— Zostanie tutaj — powiedziała. — Przy tym, co naprawdę się wydarzyło.
Kuba dotknął opatrunku i zapytał:
— A ręcznik?
— Wypierzemy go — odpowiedziałam.
— Nie. Zostawmy gwiazdę.
Położył różowy ręcznik obok zeszytu. Żółta gwiazda była pomarszczona, lecz nadal miała wszystkie nitki.
Na stole leżały obok siebie rzeczy, które miały służyć do ukrywania: klucz bez zamka, zeszyt pełen dat i ręcznik, który zatrzymał krew.
Lena dotknęła okładki granatowego zeszytu i powiedziała do Kuby:
— Już nie musisz przepraszać, kiedy ktoś robi ci krzywdę.
Przegapiłeś początek?






