Kiedy poczułem dym w miejscu, gdzie nie powinno być nawet śladu ludzkiego ogniska, od razu zdjąłem strzelbę z ramienia.
Było późne popołudnie. Słońce wisiało nisko nad czarnymi sosnami, a ciężki plecak wbijał mi się w obojczyk. Do miejsca noclegu zostało najwyżej pół godziny. Marzyłem o herbacie, suchej koszuli i ogniu tak małym, żeby nie zdradził mojej obecności.
Ale dym w tej części lasu oznaczał kłopoty.
Wyciągnąłem mapę, przytrzymałem ją dłonią przed podmuchem wiatru i sprawdziłem kompas. Nie było tu żadnej leśniczówki, schroniska ani dawnej osady. Tylko mokradła, urwisko i kilka kilometrów gęstego boru.
Zapach stał się mocniejszy.
Odłożyłem mapę i zszedłem ze ścieżki. Pod butami trzaskały suche gałązki, więc poruszałem się wolniej, pochylony, z palcami zaciśniętymi na pasku broni. Las nagle ucichł. Nie śpiewały ptaki. Nie odzywały się nawet owady.
Po kilku minutach między sosnami pojawił się jasny prześwit.
Przywarłem plecami do pnia i wychyliłem głowę.
Na polanie stały trzy ziemianki.
Nie prowizoryczne szałasy, lecz solidne, zadbane budynki z drewnianymi drzwiami. Obok leżały równo ułożone polana, rosły grządki z kapustą i cebulą, a za niskim płotem chodziły kury. Z komórki dobiegało ciche gdakanie.
Ktoś mieszkał tu od dawna.
Poczułem niepokój, którego nie umiałem uzasadnić. Najgorsze było to, że widok tej polany wydawał mi się dziwnie znajomy. Nie potrafiłem wskazać dlaczego, lecz serce zaczęło bić mi szybciej.
Drzwi środkowej ziemianki otworzyły się i wyszła z nich ciemnowłosa kobieta z dwoma metalowymi wiadrami. Miała około czterdziestu lat. Zrobiła kilka kroków, po czym spojrzała prosto na mnie.
Spodziewałem się krzyku.
Ona tylko odwróciła wzrok w stronę drzew za moimi plecami.
Wtedy coś twardego dotknęło miejsca między łopatkami.
— Nie ruszaj się — powiedział kobiecy głos.
Podniosłem ręce.
— Jestem strażnikiem leśnym. Odłóż to i porozmawiajmy.
— Najpierw strzelba na ziemię.
— Nie musisz mnie celować.
— A jednak muszę.
Powoli położyłem broń na igliwiu. Chwilę później zabrała mi radio. Młoda rudowłosa kobieta związała mi nadgarstki grubym sznurem. Węzeł zacisnął się boleśnie.
— Zbyt mocno — syknąłem.
— Właśnie tak ma być — odpowiedziała.
Na polanie były trzy kobiety. Najstarsza patrzyła na mnie spokojnie. Rudowłosa trzymała drewnianą tyczkę, a najmłodsza stała przy płocie i ściskała nóż przy pasie.
Żadna nie wyglądała na przestraszoną.
— Jeśli mieszkacie tu bez pozwolenia, zgłoszę to i odejdę — powiedziałem. — Nie musicie robić z tego napadu.
Ciemnowłosa uśmiechnęła się bez cienia radości.
— Napadu?
— Wypuśćcie mnie, a zapomnimy o sprawie.
— Po siedmiu latach nadal tak łatwo obiecujesz zapomnienie?
Zamarłem.
— O czym pani mówi?
Podeszła bliżej. Miała małą bliznę pod lewym okiem i srebrną spinkę w kształcie liścia wpiętą we włosy.
— Dokąd się wybierasz, strażniku?
— Do obozu.
— Nie. Przybyłeś tutaj.
— Nigdy wcześniej nie widziałem tego miejsca.
Rudowłosa prychnęła.
— Naprawdę niczego nie pamiętasz?
— Czego miałbym nie pamiętać?
Najstarsza podeszła do mojego plecaka i rozpięła klamrę. Metalowy zatrzask uderzył o skórę z głuchym dźwiękiem.
— Hej! Nie dotykaj moich rzeczy!
— Tutaj nie wydajesz rozkazów.
Wyjęła mapę i rozłożyła ją na stole przed ziemianką. Potem wskazała miejsce zaznaczone przeze mnie rano ołówkiem.
— Przyszedłeś dokładnie tam, gdzie trzeba.
Spojrzałem na mapę.
Obok mojego znaku widniały trzy krótkie kreski oraz data sprzed siedmiu lat. Nie pamiętałem, żebym je tam narysował.
— Skąd to się wzięło?
Kobieta dotknęła srebrnej spinki.
— Zostawiłyśmy to dla ciebie.
W oddali zatrzeszczała gałąź.
Najmłodsza kobieta natychmiast uniosła nóż.
Najstarsza nachyliła się nad stołem i wyciągnęła spod niego cienką, owiniętą płótnem teczkę. Jej palce zatrzymały się na wiązaniu, a ja poczułem, że coś w mojej głowie rozpaczliwie próbuje wrócić…
CZĘŚĆ 2
Jej palce zacisnęły się na płóciennym wiązaniu, lecz zanim rozwiązała supeł, najmłodsza kobieta syknęła:
— Ktoś idzie.
Wszystkie trzy spojrzały w stronę lasu. Ja również próbowałem coś usłyszeć, ale w uszach dudniła mi własna krew. Na polanie pachniało dymem, mokrą ziemią i metalem z mojego radia.
— Ilu? — zapytała rudowłosa.
— Nie wiem. Wiatr zmienił kierunek.
Najstarsza szybko schowała teczkę pod deskę stołu.
— Zabierzcie go do środka.
— Chwileczkę — zaprotestowałem. — Jeśli ktoś nadchodzi, powinniśmy wezwać pomoc.
— Twoje radio nie działa — odparła.
— Skąd wiesz?
— Bo wyjęłam baterię.
Rudowłosa pociągnęła mnie za ramię. W środku ziemianki było nisko i ciemno. Uderzyłem głową o belkę, a przed oczami zatańczyły mi białe plamy. Na ścianie wisiały suszone zioła, żelazna lampa i trzy dziecięce rysunki przedstawiające las.
Jeden z nich pokazywał mężczyznę w zielonej kurtce.
Na piersi miał naszytą małą mosiężną plakietkę.
Taką samą jak ta, którą nosiłem pod kołnierzem.
— To ja? — zapytałem.
Najmłodsza odsunęła się ode mnie.
— Sam powinieneś wiedzieć.
— Nie mam pojęcia, kto to narysował.
— Dziewczynka, której przestałeś szukać — powiedziała.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż drewniana belka. Poczułem ucisk w skroniach. Przed oczami pojawił się krótki obraz: pomarańczowe światło, śnieg na rękawie i czyjś głos mówiący, żebym biegł w stronę rzeki.
Mrugnąłem.
Obraz zniknął.
— Kim jesteście? — zapytałem.
Najstarsza usiadła naprzeciwko mnie.
— Mam na imię Anna. To Marta, a ona nazywa się Lena.
— I skąd mnie znacie?
Anna spojrzała na moje związane dłonie.
— Siedem lat temu przyszedłeś tutaj nocą. Miałeś rozcięte czoło, mokre buty i tę samą mosiężną plakietkę przy kieszeni.
— To niemożliwe.
— Powiedziałeś, że pracujesz dla nadleśnictwa i że musisz ukryć nas przed ludźmi, którzy palą wsie, żeby przejąć ziemię.
— Nigdy nie prowadziłem żadnej takiej sprawy.
— Prowadziłeś. Nazywałeś ich ludźmi Wiktora Radeckiego.
Nazwisko uderzyło we mnie jak zimna woda.
Wiktor Radecki był moim dawnym przełożonym. To on załatwił mi pracę po szkole. To on trzy lata temu odszedł z nadleśnictwa, twierdząc, że moja pamięć po wypadku jest zbyt słaba do pracy w terenie.
— Powiedzcie, co się stało — zażądałem.
Marta położyła tyczkę na stole.
— Nie tak szybko. Najpierw musimy wiedzieć, po której jesteś stronie.
— Po swojej. I chcę odzyskać broń.
— Właśnie tego bałyśmy się najbardziej — szepnęła Lena. — Że przyjdziesz taki sam.
— Jaki?
Anna wyjąwszy z kieszeni mały mosiężny gwizdek. Zobaczyłem na nim trzy nacięcia, identyczne jak znak na mapie.
— Mieliśmy umowę — powiedziała. — Trzy gwizdki oznaczały, że możesz wejść na polanę. Jeden oznaczał niebezpieczeństwo. Dwa — uciekaj.
— Nie pamiętam żadnej umowy.
— Wiem.
Za ścianą ziemianki coś zaszeleściło. Lena zgasiła lampę. W ciemności słyszałem tylko przyspieszony oddech Marty i krople wody spadające z mokrego płaszcza na podłogę.
Po chwili rozległ się trzask gałęzi.
Potem drugi.
Ktoś zatrzymał się tuż przy ogrodzeniu.
Anna przyłożyła palec do ust. Wyjęła spod łóżka krótki łuk i wskazała na moje radio leżące przy wejściu.
Na jego obudowie zapaliła się zielona lampka.
Nie włączałem go.
Ktoś próbował połączyć się ze mną z zewnątrz.
Anna nachyliła się nad urządzeniem, a z głośnika dobiegł zniekształcony, lecz znajomy głos:
— Siergiej, jeśli jesteś na polanie, odpowiedz. Tym razem nie zdążysz uciec…
CZĘŚĆ 3
Głos ucichł, lecz zielona lampka nadal pulsowała na radiu.
Rozpoznałem go.
Wiktor Radecki.
Marta zakryła urządzenie kawałkiem koca, ale było już za późno. Wszyscy usłyszeli jego słowa. Poczułem, że sznur na nadgarstkach nagle przestał być najważniejszym problemem.
— On wie, że tu jesteście — powiedziałem.
Anna spojrzała na mnie z gniewem.
— Wiedział od dawna.
— Dlaczego więc żyjecie?
— Bo przez siedem lat myślał, że zginęłyśmy razem z tobą.
Anna uklękła przy podłodze i podważyła deskę cienkim nożem. Wyjęła z ukrycia metalową puszkę po herbacie. Na wieku widniała rdza i trzy wyryte kreski.
— Otwórz ją — powiedziała.
— Dlaczego ja?
— Bo tylko ty miałeś prawo zobaczyć, co jest w środku.
Marta przecięła sznur na moich rękach, lecz nie oddała mi broni. Drżącymi palcami podniosłem wieko.
W puszce leżał notes, kilka pożółkłych fotografii i dokument z pieczęcią nadleśnictwa. Na pierwszej stronie notesu rozpoznałem swoje pismo.
„Jeśli nie wrócę, Anna ma zaprowadzić pozostałe na polanę. Nie ufać Radeckiemu. Dowodem jest księga transportów.”
Zrobiło mi się niedobrze.
— To nie może być moje.
Anna wyrwała mi notes.
— Sam go pisałeś. Każdego wieczoru.
— Nigdy nie prowadziłem takiego śledztwa.
— Bo ktoś uderzył cię w głowę i zostawił przy spalonej przeprawie — powiedziała Marta. — Znaleźli cię drwale. Miałeś przy sobie pustą mapę i nie wiedziałeś, jak się nazywasz.
Wspomnienie wróciło nagle. Ostry zapach benzyny. Ciężar czyjejś dłoni na karku. Wiktor mówiący: „Jeśli przeżyjesz, i tak nikt ci nie uwierzy”.
Osunąłem się na ławkę.
— Co było w księdze?
Anna wyjęła ostatnią fotografię. Przedstawiała ciężarówki stojące nocą przy granicy rezerwatu. Na pierwszym pojeździe widniał znak firmy Radeckiego.
— Nielegalne wycinki, podpalenia i wywóz drewna. Wiktor chciał przejąć całą dolinę pod kamieniołom. My byłyśmy świadkami, a ty zebrałeś dowody.
— Dlaczego nie zgłosiłyście tego?
Lena położyła na stole złożony dokument.
— Zgłosiłyśmy. Wtedy dowiedziałyśmy się, że podpisano za nas zeznania, według których uciekłyśmy za granicę.
Dokument miał trzy podpisy. Wszystkie były fałszywe.
W tym momencie na zewnątrz rozległ się silnik.
Marta zbladła.
— Nie przyjechał sam.
Anna spojrzała na mnie, potem na fotografię.
— Jeśli Wiktor znajdzie księgę, zniszczy ją. Jeśli znajdzie ciebie, wmówi wszystkim, że wróciłeś po pieniądze.
— Gdzie jest księga?
Anna nie odpowiedziała od razu. Otworzyła notes na ostatniej stronie. Pod moim pismem znajdowało się jedno zdanie, którego wcześniej nie zauważyłem:
„Prawdziwy dowód oddałem człowiekowi, któremu Wiktor ufa najbardziej.”
Nagle radio zaskrzeczało ponownie.
— Siergiej — powiedział Wiktor. — Pamiętasz starego Pawła? On już tu jedzie. I wie, gdzie ukryliście księgę.
Anna ścisnęła srebrną spinkę.
— Paweł nie żyje od sześciu lat — wyszeptała.
Silnik zatrzymał się przy skraju polany. Ktoś wysiadł z samochodu. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi ziemianki.
Trzy powolne uderzenia.
Anna spojrzała na mnie tak, jakby właśnie zobaczyła ducha.
— To nie Paweł — powiedziała. — To ktoś, kto zna nasz znak…
Joanna wyszła z lasu z teczką — i powiedziała jego imię…
Myślałem, że znam już najgorszą prawdę o tamtej polanie. Nie wiedziałem, że ktoś przywiózł tam jeszcze jedno życie.
„Wiktor zabrał mojego syna.”
Anna opuściła łuk.
👇 Finał tej historii jest już otwarty






