CZĘŚĆ 4
…Wszyscy spojrzeli na starszego mężczyznę siedzącego przy kaloryferze.
Do tej pory prawie się nie odzywał. Miał na sobie zielony sweter, z kieszeni wystawał złożony rachunek za paliwo, a na jego kolanie leżały rękawiczki z popękaną skórą.
Dmitrij wskazał go palcem.
— Nie waż się wciągać w to Piotra.
Mężczyzna podniósł głowę.
— Już mnie wciągnąłeś.
Jan spojrzał na niego gwałtownie.
— Piotrze, powiedziałeś, że niczego nie widziałeś.
— Powiedziałem tak, bo bałem się twojego ojca.
W kuchni rozległo się ciche skrzypienie kaloryfera.
Piotr wstał. Był chudy, przygarbiony i starszy od pozostałych o dobre dwadzieścia lat. Z kieszeni swetra wyjął mały notes z gumką.
— Wczoraj o czwartej po południu byłem z Dmitrijem na działce Romana. Miałem zawieźć drewno. Zobaczyłem, jak Dmitrij przecina ogrodzenie, a Jan ładuje zwierzę do samochodu.
Dmitrij rzucił się ku niemu.
— Kłamiesz!
Wiktor zasłonił Piotra własnym ramieniem.
— Dosyć.
— On ma długi — wrzasnął Dmitrij. — Zrobi wszystko dla pieniędzy.
Piotr wyprostował się z trudem.
— Właśnie dlatego niczego od ciebie nie przyjąłem.
Wyjął z notesu kartkę. Była na niej godzina, numer samochodu i krótki opis zdarzenia. Pismo drżało, ale było wyraźne.
— Zapisałem to, kiedy jeszcze byłem na działce. Nie chciałem, żebyś później wmówił mi, że pomyliłem dzień.
Jan zasłonił oczy.
Roman zabrał kartkę i przez chwilę ją czytał.
— To wystarczy, żeby wszyscy wiedzieli, co się stało. Nie będę dziś zabierał tuszy. Jutro przyjadą po nią ludzie z lecznicy, a mięso zostanie zniszczone.
— Nie! — krzyknął Dmitrij. — To moja zdobycz.
— Nie. To moje zwierzę.
Teść odwrócił się do Jana.
— Powiedz im, że to ty strzelałeś. Powiedz, że wszystko było twoim pomysłem.
Jan podniósł wzrok.
— Tato…
— Masz powiedzieć!
— Nie będę kłamał po raz kolejny.
Dmitrij uderzył pięścią w stół. Słoik z borowikami przewrócił się, a zalewa spłynęła po obrusie jak cienka, bursztynowa smuga.
Patrzyłam na ten słoik i pomyślałam o mojej mamie. O tym, jak rano miała otworzyć koszyk, zobaczyć pieczeń zawiniętą w folię i powiedzieć, że niepotrzebnie się trudziłam.
Jan zauważył mój wzrok.
— Kupię jej wszystko — powiedział.
— Nie chodzi o grzyby.
— Wiem.
— Nie, Jan. Ty niczego nie wiesz. Przez trzy lata myślałeś, że skoro mieszkasz w moim domu, możesz udawać jego gospodarza. Dziś sprowadziłeś ludzi, żeby pomogli ci odebrać mi własność.
— Nie chciałem ci jej odebrać.
— Podpisałeś za mnie.
— Chciałem zyskać czas.
— Czas dla kogo?
Nie odpowiedział.
Wiktor wyjął z kieszeni telefon i pokazał mi zdjęcie wiadomości, którą wcześniej wysłał Jan. Widniało na nim: „O siódmej będzie podpis. Ojciec zapewni świadków. Olga po nocnej awanturze zrobi wszystko, żeby mieć spokój”.
Jan zamknął oczy.
To był drugi zwrot, którego się nie spodziewałam. Nie chodziło tylko o pieniądze i długi. Jan wiedział, że jestem zmęczona, że rano muszę pracować, że przy obcych ludziach będę chciała uniknąć skandalu. Planowali zmusić mnie do podpisu właśnie dlatego, że zawsze próbowałam łagodzić konflikty.
Wyjęłam z kieszeni telefon.
— Kierowniczka już wie o fałszywej pieczęci — powiedziałam. — A właściciel hodowli ma świadków. Nie będę niczego podpisywać.
Jan podszedł do mnie.
— Olu, pozwól mi to naprawić.
— Jak?
— Pojadę rano z tobą do banku. Przyznam się do wszystkiego.
— A potem?
— Sprzedam samochód. Oddam pieniądze.
— Samochód jest już zastawiony?
Milczenie odpowiedziało za niego.
Usiadłam na taborecie, bo nogi nagle odmówiły mi posłuszeństwa. Przez cały wieczór myślałam, że walczę z bezczelnym teściem i słabym mężem. Teraz zobaczyłam coś gorszego: Jan nie był bezradny. Był dorosłym człowiekiem, który za każdym razem wybierał łatwiejsze kłamstwo.
Dmitrij wstał i skierował się do kotłowni.
— Zabieram dokumenty.
— Nie wejdziesz tam — powiedziałam.
— To mój dom.
Wyjęłam z breloczka klucz z mosiężnym młotkiem i ścisnęłam go w dłoni.
— Nie. To dom po moich rodzicach.
Dmitrij szarpnął klamkę kotłowni. Zamek nie puścił.
— Otwieraj!
— Nie.
— W środku jest piec. Jeśli zamarznie instalacja, poniesiesz koszty.
— Płacę za ten piec od pięciu lat. Ty go tylko próbowałeś zepsuć.
Wiktor stanął przy drzwiach.
— Dmitrij, odsuń się.
Teść popatrzył na niego z niedowierzaniem.
— Ty też przeciwko mnie?
— Nie przeciwko tobie. Przeciwko temu, co zrobiłeś.
O szóstej rano nikt już nie pił. Mężczyźni siedzieli w milczeniu, a nietknięte butelki stały na stole jak dowody czyjejś głupoty. Roman zadzwonił do lecznicy. Kierowniczka piekarni wysłała mi zdjęcie dokumentu z podrobioną pieczęcią. Piotr podpisał swoje zeznanie.
Marek, który miał przyjechać o siódmej, nie pojawił się. Zostawił tylko wiadomość, że „doszło do nieporozumienia”.
— To on przygotował papiery — powiedział Jan.
— Skąd wiesz?
— Ojciec mu zapłacił.
Dmitrij poderwał głowę.
— Zamknij się.
— Nie. Wystarczy.
Jan wyjął z kieszeni portfel i położył na stole kartę bankową.
— Marek miał dostać pieniądze po podpisaniu. Ja miałem zostać wspólnikiem w firmie przewozowej ojca. Dom miał być zabezpieczeniem, a pieniądze miały spłacić moje długi.
— I dlatego zorganizowałeś polowanie? — zapytałam.
— Ojciec powiedział, że jeśli nie zdobędziemy pieniędzy, ludzie, którym jestem winien, przyjdą do ciebie.
Dmitrij odwrócił głowę.
To była jego prawdziwa broń. Nie krzyk. Strach.
— To prawda? — spytałam.
Teść długo patrzył na stół.
— Chciałem ochronić syna.
— Zmuszając mnie do oddania domu?
— Nie rozumiesz, co to znaczy odpowiadać za rodzinę.
— Rozumiem aż za dobrze. Dlatego nie pozwolę, żebyście nazwali kradzież ochroną.
Jan rozpłakał się cicho. Nie objęłam go. Nie dlatego, że nie czułam żalu. Właśnie dlatego, że czułam go zbyt mocno.
O ósmej rano pojechałam do mamy. Koszyk był lżejszy o słoik borowików, ale pieczeń ocalała. Opowiedziałam jej wszystko w samochodzie, zanim zdążyła zapytać, dlaczego wyglądam tak, jakbym nie spała od tygodnia.
Słuchała w milczeniu, a potem dotknęła mojego policzka.
— Córeczko, możesz mu wybaczyć, jeśli kiedyś na to zasłuży. Ale nie oddawaj mu prawa do nazywania twojego lęku miłością.
Tego samego dnia Jan zabrał swoje rzeczy. Nie wyrzuciłam go z krzykiem. Podałam mu karton po mące i powiedziałam, żeby zostawił klucze na stole.
Dmitrij nie pojechał z nim. Roman zażądał od niego pisemnego zwrotu kosztów ogrodzenia, a Piotr odmówił dalszej pracy w jego firmie. Myśliwi rozjechali się przed południem, każdy z własnym wstydem i pustym żołądkiem.
Jan oddał mi klucze.
— Wiem, że nie masz powodu mi wierzyć — powiedział.
— Nie mam.
— Ale chcę naprawić chociaż część szkód.
— Zacznij od prawdy. Zgłoś, co zrobiłeś, i oddaj dokumenty.
Drżał, lecz skinął głową.
Nie wiedziałam, czy naprawdę się zmieni. Nie obiecywałam sobie, że wróci. Wiedziałam tylko, że pierwszy raz od dawna jego decyzja nie miała być moim ciężarem.
Wieczorem zadzwoniła mama. Powiedziała, że borowiki były pyszne, choć przecież słoik rozlał się na obrusie. Zaśmiałam się przez łzy.
W kuchni nadal czułam zapach mokrej sierści. Na podłodze zostało kilka grudek błota, których nie zdążyłam zmyć. Spojrzałam na zamkniętą kotłownię, potem na klucz z mosiężnym młotkiem leżący obok aktu własności.
Nie był już tylko kluczem do pieca.
Był dowodem, że nawet w środku nocy potrafiłam zamknąć drzwi przed ludźmi, którzy pomylili mój dom z nagrodą za własne kłamstwa.
A kiedy mama następnego dnia zapytała, co życzę sobie na urodziny za rok, odpowiedziałam:
— Żebyś znowu dostała swoje borowiki. Tym razem wszystkie.
Przegapiłeś początek?






