CZĘŚĆ 4 — Mąż zażądał pieniędzy na wyjazd i zagroził rozwodem, lecz gdy zapytałam o bagaż, jego pewność siebie nagle zgasła

CZĘŚĆ 4

Tamara trzymała dokument obiema rękami.

— To nie jest akt własności — powiedziała. — To pełnomocnictwo do sprzedaży działki.

— Mojej działki — odpowiedziałam.

Borys ruszył do niej, ale Fiodor zastąpił mu drogę.

— Zostań tam.

— Oddaj to, mamo.

— Nie oddam niczego, dopóki Lidia nie przeczyta.

Kartka pachniała kurzem i tuszem. Rozpoznałam pieczęć kancelarii notarialnej, do której mój ojciec chodził przed śmiercią. Działka leżała za miastem, przy starym sadzie. Ojciec zostawił ją mnie, bo wiedział, że kiedyś będę chciała wybudować tam mały dom z kuchnią dla dzieci.

Nigdy jej nie sprzedałam.

Borys przez lata powtarzał, że to bezwartościowy kawałek ziemi. Kiedy pytałam o dokumenty, mówił, że wszystko jest w urzędzie.

— Tu jest napisane, że pełnomocnikiem zostałem ja — szepnął Borys. — Tylko na czas załatwienia formalności.

— A mój podpis?

Tamara odwróciła stronę.

Pod pełnomocnictwem widniało moje imię.

Podrobione.

Nie poczułam gniewu od razu. Najpierw zobaczyłam sad. Jabłonie posadzone przez ojca, każda z białą tabliczką przywiązaną do pnia. Pamiętałam, jak wbijał je młotkiem, a potem zapisywał odmiany w małym zeszycie.

Borys wiedział, ile ta działka dla mnie znaczy.

Właśnie dlatego wybrał ją jako zabezpieczenie.

— Kiedy to zrobiłeś? — zapytałam.

— Nie chciałem cię okraść.

— Podpisałeś za mnie sprzedaż ziemi.

— Chciałem tylko użyć jej jako gwarancji. Miałem pomysł.

— Miałeś cudzą własność i cudzy podpis.

— Gdybym zaczął zarabiać, wszystko bym spłacił.

Fiodor wyjął telefon.

— Wacław czeka na odpowiedź. Mówi, że dokument z kancelarii został przyniesiony przez Borysa w zeszłym tygodniu.

Spojrzałam na męża.

— Zeszłym tygodniu powiedziałeś mi, że jedziesz tylko po zakupy.

— Bo nie chciałem cię martwić.

— Nie martwiłeś mnie. Decydowałeś za mnie.

Tamara usiadła ciężko na krześle. Słoik malinowego dżemu stał między nami jak niepasujący przedmiot z zupełnie innego życia.

— Synu — powiedziała — gdzie jest oryginał pełnomocnictwa?

Borys nie odpowiedział.

— Gdzie?

Jego twarz zmieniła kolor.

— U San Sanycha.

— Po co?

— Miał znaleźć kupca.

Tamara uderzyła dłonią w stół. Słoik zadrżał.

— Sprzedawałeś działkę, żeby kupić łódź?

— To miało być przedsiębiorstwo!

— To miała być ziemia Lidii!

Borys nagle odwrócił się i sięgnął po kluczyki leżące na szafce.

— Muszę tam jechać.

— Dokąd? — zapytałam.

— Do San Sanycha. Zatrzymam to.

— Sam nie zatrzymasz. Najpierw powiesz mi całą prawdę.

Borys zacisnął palce na kluczach. Na metalowym kółku wisiała mała plastikowa zawieszka z numerem starej zajezdni. Dostał ją ode mnie w dniu, kiedy obchodziliśmy dziesiątą rocznicę ślubu. Przez lata nosił ją przy kluczach, choć twierdził, że nie przywiązuje wagi do drobiazgów.

— Wydałem odprawę — powiedział. — Prawie całą. Wpłaciłem pieniądze za łódź i sprzęt. Chciałem wrócić do domu z czymś własnym. Bez szefa, bez grafiku, bez ludzi mówiących mi, że jestem za stary na nowe rzeczy.

— Mogłeś mi powiedzieć.

— A ty byś się zgodziła?

— Nie wiem. Ale miałbyś szansę usłyszeć prawdę, zanim zacząłeś fałszować dokumenty.

Zadzwonił mój telefon. Numer był nieznany.

— Pani Lidia? — zapytał mężczyzna. — Nazywam się Wacław. Muszę pani powiedzieć, że kupiec jest już w drodze do kancelarii. Borys przekazał mu kopię pełnomocnictwa i powiedział, że ma pani zgodę.

Borys zamknął oczy.

— O której? — zapytałam.

— Za czterdzieści minut.

— Wyślij mi adres kancelarii.

— Pani sama tam pojedzie?

Spojrzałam na Fiodora.

— Nie sama.

Wyszliśmy przed mieszkanie. Na klatce schodowej pachniało mokrym tynkiem i świeżym chlebem, który Fiodor nadal trzymał pod pachą. Borys szedł za nami bez torby. Zostawił ją przy stole Tamary, obok otwartej kasetki.

W samochodzie Fiodora nikt się nie odzywał. Borys siedział z tyłu, przyciskając dłonie do kolan. Ja trzymałam dokumenty w plastikowej teczce, którą zwykle zabierałam do szkoły na zebrania.

— Lidio — odezwał się po kilku minutach — jeśli wszystko odkręcę, dasz mi wrócić?

— Nie pytaj mnie teraz o powrót.

— Kocham cię.

— Możliwe. Ale miłość nie daje prawa do podpisywania mojego nazwiska.

Przed kancelarią czekał niski mężczyzna w jasnym płaszczu. Obok niego stał San Sanych, czerwony na twarzy, z teczką pod pachą.

— Borys, co to ma znaczyć? — krzyknął. — Kupiec przyjechał, dokumenty są gotowe, a ty przywozisz żonę?

— Nie jestem twoją żoną — odpowiedziałam. — Jestem właścicielką działki.

Mężczyzna w jasnym płaszczu spojrzał na mnie, potem na pełnomocnictwo.

— Pan Borys zapewniał, że wszystko jest uzgodnione.

— Pan Borys zapewniał wiele rzeczy — powiedziała Tamara, która dogoniła nas taksówką. — Na przykład, że rano wstaje do pracy.

San Sanych podszedł do Borysa.

— Przecież mówiłeś, że żona jest po twojej stronie.

— Powiedziałem, że będzie.

— I że podpisze.

— Powiedziałem, że podpisze.

— A pieniądze?

— Będą.

Każde kolejne zdanie odbierało Borysowi kawałek twarzy, jakby ktoś zdzierał z niej warstwę farby.

Notariusz zaprosił nas do środka. Położyłam mój dowód na biurku, a potem dokument ojca. Notariusz porównał podpisy. Nie potrzebował wielu słów.

— To nie jest podpis pani — oznajmił.

— Wiem.

Borys usiadł ciężko na krześle.

— Chciałem tylko, żeby ktoś jeszcze we mnie uwierzył.

— Uwierzyłabym, gdybyś przyszedł z prawdą — odpowiedziałam. — Nie z moją działką w teczce.

Notariusz anulował przygotowaną czynność i sporządził oświadczenie, że nie wyrażam zgody na sprzedaż ani obciążenie nieruchomości. San Sanych wyszedł pierwszy, przeklinając pod nosem. Kupiec przeprosił i odjechał.

Borys został na chodniku.

— Co teraz? — zapytał.

— Oddasz mi wszystkie dokumenty.

— Oddam.

— Jutro zgłosisz się do pracy u Fiodora.

Fiodor spojrzał na niego z ukosa.

— Miejsce nadal jest. Ale wyjazd o piątej trzydzieści.

Borys skinął głową.

— Przyjdę.

— I przez rok każda złotówka z twojej pensji pójdzie na zwrot odprawy, którą wydałeś, oraz na remont łazienki. Nie dlatego, że cię ukarzę. Dlatego, że to były pieniądze naszego życia.

— A my?

Pytanie zawisło między nami.

Spojrzałam na jego twarz. Nie widziałam już mężczyzny, który groził rozwodem, żeby pojechać nad morze. Widziałam człowieka, który ze strachu przed własną porażką próbował spalić wszystko, co jeszcze miał.

Ale zrozumienie nie jest tym samym co zgoda.

— Przez jakiś czas zamieszkasz u matki — powiedziałam.

Tamara westchnęła.

— Dostaniesz pokój i budzik. O szóstej rano będziesz kroił chleb, zanim zaczniesz prowadzić.

Borys próbował się uśmiechnąć, lecz nie potrafił.

— A jeśli kiedyś mi wybaczy?

— Nie pytaj jej o to dzisiaj — przerwała Tamara. — Najpierw naucz się nie kłamać przy stole.

Następnego ranka o piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Borys stał przed piekarnią w pomarańczowej kamizelce, a Fiodor podawał mu kluczyki do ciężarówki.

— Lidio — powiedział przez telefon — nie wiem, czy dam radę.

— Wiem.

— Ale przyjechałem.

— To zacznij od tego.

Tego samego dnia zabrałam z kancelarii oryginał pełnomocnictwa. Przywiozłam go na działkę i włożyłam do zeszytu ojca, między listę odmian jabłoni a rachunek za studnię.

Potem zadzwoniłam do Fiodora.

— Kiedy będzie miał wolne?

— W sobotę po południu.

— Dobrze. Przywieziecie deski?

— Po co?

— Zbudujemy ogrodzenie wokół sadu. Skoro Borys chciał zostać właścicielem czegoś własnego, zacznie od naprawienia tego, co próbował sprzedać.

W sobotę przyjechali obaj. Borys nie przyniósł kwiatów ani wielkich obietnic. Przywiózł rękawice, młotek i listę rat, które miał spłacić.

Pracowaliśmy do zmroku. Fiodor mierzył deski, Tamara siedziała na składanym krześle i pilnowała, żeby syn nie skracał sobie roboty, a ja trzymałam zeszyt ojca na kolanach.

Kiedy Borys wbijał ostatni gwóźdź, zapytał:

— Lidio, jak nazwiesz to miejsce?

Spojrzałam na rząd jabłoni i na krzywo przybitą tabliczkę z imieniem starej odmiany.

— Tak jak zapisał tata.

— Czyli?

Przeczytałam napis z zeszytu.

— „Sad, którego nie wolno oddać za obietnicę”.

Borys opuścił młotek.

A potem, po raz pierwszy tego dnia, wbił gwóźdź prosto.

Оцените статью