— Jeśli nie dasz mi pieniędzy na urlop, składam pozew o rozwód! — oznajmił Borys, stojąc pośrodku kuchni z miną człowieka, który właśnie wygrał najważniejszą batalię życia.
Odłożyłam ścierkę na parapet i spojrzałam na niego ponad parującym garnkiem z zupą.
— Dobrze — powiedziałam. — Tylko powiedz, dokąd jedziesz. Mam wyciągnąć sportową torbę czy od razu walizkę w kratkę?
Borys zamrugał.
— Lidio, ja mówię poważnie.
— Ja też. Jeśli jedziesz nad morze, spakuję ci kąpielówki. Jeśli się rozwodzisz, dokumenty są w szufladzie pod rachunkami.
Jego twarz poczerwieniała. Przez trzy miesiące siedział w domu, nie pracując ani dnia, a teraz próbował zamienić własne lenistwo w wielką rodzinną tragedię.
Wszystko zaczęło się w czerwcu, kiedy w zajezdni zmienił się dyrektor. Borys stracił pracę po piętnastu latach prowadzenia ciężarówek. Przez pierwszy tydzień oboje udawaliśmy, że to tylko przerwa. On naprawił kontakt w przedpokoju, zrobił półkę na przyprawy i parzył rano kawę. Wracałam ze szkolnej stołówki zmęczona, ale w domu pachniało świeżo mielonymi ziarnami.
Potem zabrakło usterek do naprawienia.
Borys przestał zaglądać do ogłoszeń. Jedna praca była za daleko, druga zaczynała się zbyt wcześnie, a przy trzeciej kierownik wydał mu się podejrzany. Ja brałam dodatkowe zmiany, odkładając pieniądze na remont łazienki. Z kranu kapało tak regularnie, że nocami słyszałam ten dźwięk nawet w sypialni.
Wczoraj wieczorem Borys usiadł przed telewizorem i udawał, że ogląda wiadomości.
— Chłopaki jadą we wrześniu nad morze — powiedział. — Potrzebuję pieniędzy na tydzień odpoczynku.
— Nie pojedziesz za moje oszczędności.
— Jestem bez pracy, nie bez godności!
— Godność nie płaci za przeciekającą wannę.
Rano urządził przedstawienie. Włożył kurtkę, choć na dworze było ciepło, wrzucił do sportowej torby dwie koszulki i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Przez wizjer zobaczyłam, jak przy windzie spotkał Fiodora, naszego sąsiada, kierowcę z piekarni.
— Urlop? — zapytał Fiodor, patrząc na torbę.
— Jadę do matki — burknął Borys.
— Czyli wycieczka z pełnym wyżywieniem. Szczęśliwej podróży.
Kilka minut później Fiodor zapukał do mnie z gorącym bochenkiem chleba pod pachą.
— Lidio, co on wyprawia?
Opowiedziałam mu wszystko. Fiodor słuchał, odrywając chrupiącą skórkę.
— Przecież proponowałem mu pracę u nas — powiedział. — Wyjazdy o piątej trzydzieści, dobra ciężarówka, regularna wypłata.
— I co odpowiedział?
— Że o tej porze normalny człowiek jeszcze śpi.
Wieczorem zadzwoniła teściowa. Tamara Iwanowna nie pytała, czy może przyjechać. Oznajmiła tylko, że będzie za dziesięć minut. Kiedy weszła, postawiła na stole trzylitrowy słoik malinowego dżemu.
— Twój mąż siedzi u mnie i zjada drugą porcję pierogów — powiedziała. — A teraz posłuchaj uważnie, bo chyba oboje nie wiecie o nim wszystkiego.
Poczułam, jak ściska mi się żołądek.
Tamara wyjęła z torebki małą, mosiężną kasetkę, której wcześniej nigdy u niej nie widziałam. Położyła ją obok słoika i wsunęła klucz do zamka.
— Znalazłam to w jego torbie. I zanim ją otworzę, muszę cię zapytać, czy rozpoznajesz ten podpis na kopercie…
CZĘŚĆ 2
— Jaki podpis? — zapytałam.
Tamara nie odpowiedziała od razu. Siedziałyśmy przy kuchennym stole, a metalowy klucz obracał się między jej palcami. Za ścianą ktoś przesuwał krzesło po podłodze. Ten zwyczajny hałas sprawił, że cała sytuacja wydała mi się jeszcze bardziej niepokojąca.
— Twój — odparła w końcu.
Poczułam chłód pod łopatkami.
— Borys podrobił mój podpis?
— Tego jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że na kopercie widnieje twoje imię i numer dowodu. A koperta była w jego torbie.
— Skąd ją masz?
— Sam ją wyjął, kiedy szukał pieniędzy na papierosy. Myślał, że śpię. Zobaczyłam, że coś chowa, więc rano zabrałam mu torbę, kiedy poszedł pod prysznic.
Tamara pochyliła się nade mną.
— Nie otworzyłam. Czekałam na ciebie.
— A Borys?
— Je przy stole i twierdzi, że żona go wyrzuciła z domu. Mało brakowało, a podałabym mu cedzak zamiast talerza.
Mimo strachu prawie się uśmiechnęłam. Tamara zawsze mówiła ostro, ale teraz w jej głosie słyszałam coś jeszcze: wstyd za syna.
— Otwórzmy — powiedziałam.
Kluczyk zgrzytnął w zamku. W kasetce leżała koperta, złożony formularz i mały metalowy żeton z numerem skrytki. Na kopercie rzeczywiście widniało moje imię. Pod nim ktoś napisał mój numer dokumentu.
— Ja tego nie podpisywałam — wyszeptałam.
— Wiem — odparła Tamara. — Twój podpis znam. Zawsze robisz wysoką literę „L”, jakbyś chciała, żeby wszyscy widzieli, że się nie boisz.
Na formularzu widniał wniosek o pożyczkę. Kwota nie była ogromna, ale wystarczająca, by zniknęły wszystkie nasze oszczędności. Przy rubryce dotyczącej współmałżonka znalazła się imitacja mojego podpisu.
Zabrakło mi powietrza.
— Po co mu pożyczka?
Tamara odwróciła kartkę. Z tyłu zapisano adres pensjonatu nad morzem i nazwiska trzech mężczyzn.
— San Sanych i reszta — powiedziała. — To nie miał być zwykły wyjazd. Chcieli wpłacić zaliczkę na wynajem łodzi rybackiej. Borys miał zostać wspólnikiem, choć nie ma na to pieniędzy.
W tej samej chwili z korytarza dobiegł trzask. Borys stał w drzwiach kuchni. Musiał wrócić po telefon. Na widok otwartej kasetki pobladł.
— Mamo, odłóż to.
— Podejdź — rozkazała Tamara.
— Nie będę rozmawiał przy niej.
— To przy kim chcesz? Przy świętym Mikołaju?
Borys spojrzał na mnie.
— To tylko formalność. Chciałem pożyczyć pieniądze, żeby zacząć coś własnego.
— Na moje nazwisko?
— Przecież spłaciłbym.
— Z czego? Z połowu makreli?
Jego palce zacisnęły się na pasku torby. Wtedy z kieszeni kurtki wypadł telefon. Na ekranie pojawiła się wiadomość od San Sanycha: „Jeśli dziś nie wpłacisz, miejsce bierze ktoś inny. I pamiętaj, że to ty obiecałeś podpisać za wszystkich”.
Tamara przeczytała ją pierwsza.
— Podpisać za wszystkich? — powtórzyła.
Borys rzucił się po telefon, lecz Fiodor wszedł do mieszkania dokładnie w tej chwili. Przyniósł chleb, ale kiedy zobaczył zamieszanie, położył go na szafce i zablokował sobą przejście.
— Spokojnie, Borys — powiedział. — Najpierw wyjaśnisz, dlaczego wczoraj odrzuciłeś uczciwą pracę, a dzisiaj próbujesz zadłużyć żonę.
Borys otworzył usta. Zamiast odpowiedzi spojrzał na matkę.
— Mamo, powiedz jej, że to nie tak.
Tamara podniosła formularz i odwróciła go ku światłu.
— Zanim cokolwiek powiem, zadzwonimy do człowieka, którego nazwisko jest na dole. Bo on właśnie może wiedzieć, kto naprawdę złożył ten wniosek…
CZĘŚĆ 3
— Nie dzwoń — powiedział Borys.
To jedno zdanie wystarczyło, żeby wszystko stało się jasne.
Tamara odsunęła telefon, ale nie opuściła formularza.
— Dlaczego nie?
— Bo to sprawa między mną a Lidią.
— Nie, synu. Stała się sprawą firmy pożyczkowej w chwili, kiedy wpisałeś jej dane.
Fiodor podniósł z podłogi kopertę. Na pieczęci widniała nazwa biura pośrednictwa, w którym pracował jego kuzyn, Wacław.
— Znam to miejsce — powiedział. — Wacław od lat sprawdza podpisy przy umowach. Zadzwońmy do niego.
Borys cofnął się o krok.
— Nie mieszaj się.
— Sam mnie do tego zaprosiłeś, kiedy próbowałeś wykorzystać moją żonę — odparłam.
Słowo „żonę” zabrzmiało dziwnie. Jakby nagle dotyczyło kogoś obcego, kogo powinnam chronić przed człowiekiem stojącym przede mną.
Fiodor wybrał numer. Wacław odebrał po trzecim sygnale. Tamara włączyła głośnik.
— Wacław, tu Tamara Iwanowna. Masz przed sobą wniosek z numerem siedemset czternaście?
— Mam — odpowiedział męski głos. — Miałem go wysłać jutro do centrali, ale brakuje potwierdzenia współmałżonka.
— Kto go przyniósł?
Po drugiej stronie zapadła krótka przerwa.
— Borys. Powiedział, że żona podpisze później, bo jest w pracy. Później jednak przyniósł już podpisaną kartkę.
Poczułam, jak zaciskam dłonie na krawędzi stołu.
— Czy widział pan, jak podpisuję?
— Nie. Ale pamiętam, że Borys sam powiedział, iż musiał ćwiczyć pani podpis na odwrocie rachunku. Myślałem, że żartuje.
Tamara zamknęła oczy. Fiodor zaklął pod nosem.
Borys oparł się o framugę.
— Chciałem tylko dostać szansę — powiedział. — Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym był skończony. Straciłem pracę, a wy zachowywaliście się, jakbym był ciężarem.
— Nikt nie nazwał cię ciężarem — odpowiedziałam. — Ale ty uznałeś, że łatwiej będzie ukryć pieniądze i wcisnąć mi dług, niż przyznać, że nie masz planu.
Z kieszeni Borysa wypadła koperta z banku. Tamara podniosła ją i otworzyła. W środku znajdowało się potwierdzenie odprawy po zwolnieniu. Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
— Ty dostałeś te pieniądze trzy miesiące temu? — zapytałam.
Borys spuścił wzrok.
— Bałem się, że każesz mi je oddać na remont.
— To były nasze pieniądze.
— Wpłaciłem zaliczkę San Sanychowi. Resztę wydałem.
— Na co?
— Na sprzęt. Na przygotowania. Mieliśmy otworzyć przewozy dla wędkarzy. Miałem być kimś.
W kuchni zrobiło się ciasno od cudzej porażki. Za oknem przejechał autobus, a jego hamulce zapiszczały tak samo jak stary autobus, którym Borys jeździł przed zwolnieniem.
Nagle zadzwonił telefon Fiodora. Spojrzał na ekran, odebrał i zbladł.
— Wacław mówi, że centrala już znalazła wniosek — powiedział.
— I co? — zapytałam.
Fiodor przełknął ślinę.
— Podpis nie jest jedynym problemem. Borys podał ich numer rachunku, ale jako zabezpieczenie wpisał mieszkanie.
Borys odsunął się od ściany.
— To niemożliwe. Nie mogłem wpisać mieszkania bez aktu.
— Wacław twierdzi, że ktoś przyniósł kopię aktu własności — powiedział Fiodor. — I ta kopia ma pieczątkę z kancelarii.
Spojrzałam na Borysa. On patrzył już nie na mnie, lecz na kasetkę.
Wtedy Tamara wyjęła z niej jeszcze jeden papier, schowany pod dnem. Przeczytała pierwsze zdanie i ścisnęła kartkę tak mocno, że zagięła róg.
— Lidio — powiedziała cicho. — Ten dokument nie dotyczy naszego mieszkania.
— Czego więc?
Tamara uniosła wzrok.
— Działki po twoim ojcu. Tej, o której Borys twierdził, że dawno ją sprzedałaś…
Dokument dotyczący działki miał jeszcze jedną stronę…
Myślałam, że chodziło tylko o pieniądze i jego urażoną dumę. Ostatni papier pokazał, że Borys ukrył przede mną znacznie więcej.
„Tego nazwiska nie napisała Lidia.”
Borys pobiegł do szuflady, w której trzymał kluczyki.
👇 Finał historii jest już otwarty






