CZĘŚĆ 4
…Roman zakończył rozmowę dopiero po kilku sekundach.
W kuchni nikt się nie poruszał.
Na stole leżała koperta z czerwonym stemplem, a obok niej filiżanka Igora, wyszczerbiona na brzegu po porannym upadku. Alina nadal trzymała moją dłoń. Jej palce były lodowate.
— Co może jej odebrać ten dokument? — zapytałam.
Roman przełknął ślinę.
— Prawo do domu po pani śmierci. Pani matka ustanowiła Alinę spadkobierczynią warunkową. Igor złożył oświadczenie, że zgadza się pani na zmianę tego zapisu.
— Ale ja niczego takiego nie podpisywałam.
— Wiem. Problem w tym, że dokument został poświadczony przez osobę, która już nie pracuje w kancelarii. Potrzebujemy oryginału i grafologa. Bez tego Igor będzie twierdził, że podpis złożyła pani dobrowolnie.
Igor odsunął krzesło.
— To nie tak wygląda.
— Więc jak? — zapytałam.
— Chciałem zabezpieczyć przyszłość.
— Czyją?
Zinaida Pawłowna nagle zaczęła kaszleć. Nie był to jej zwykły, przesadny kaszel. Tym razem naprawdę zabrakło jej powietrza. Oparła się o stół, a aparat do mierzenia ciśnienia zsunął się na podłogę i roztrzaskał.
Alina pobiegła po wodę.
— Mamo, ona źle wygląda.
Igor rzucił mi gniewne spojrzenie.
— Wezwij pomoc.
— Najpierw powiedz, gdzie jest drugi dokument.
— Lena!
— Gdzie?
Jego twarz drgnęła.
Roman podszedł do teściowej.
— Proszę usiąść. Czy brała pani dzisiaj leki?
Zinaida zacisnęła usta.
— Są w mojej torebce.
Alina podała jej szklankę. Dziewczyna miała łzy w oczach, ale nie odsunęła się od kobiety, która jeszcze rano nazywała ją ciężarem.
Igor stał przy spiżarni. Widziałam, że patrzy na górną półkę, tę za słoikami z kaszą.
Podeszłam tam.
— Nie dotykaj tego — powiedział.
W jego głosie nie było już złości. Był strach.
Odchyliłam słoiki i znalazłam płaskie pudełko po herbacie. W środku leżała druga koperta, ta sama, o której mówił Roman. Na jej rogu widniał ślad fioletowego lakieru do paznokci. Zinaida miała taki kolor.
— To nie ja — wyszeptała.
— Odebrałaś dokument mojej matki.
— Igor mnie o to poprosił.
— A podpisałaś potwierdzenie.
— Nie wiedziałam, co tam jest.
Igor ruszył w jej stronę.
— Mamo, przestań.
— Nie! — syknęła. — Dość już zrobiłam za ciebie.
Wtedy zobaczyłam coś, czego nie spodziewałam się po niej nigdy. Zinaida wyjęła z kieszeni mały klucz i położyła go na stole.
— Skrytka w dworcu. Numer sto czternaście. Tam jest koperta, którą kazałeś mi przechowywać. I jeszcze list od Heleny.
Igor rzucił się po klucz, ale Roman zastąpił mu drogę.
— Proszę się cofnąć.
— To moja matka!
— I moja córka — powiedziałam. — A ty próbowałeś sprzedać jej przyszłość.
Igor oparł dłonie na blacie. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który nagle zrozumiał, że wszystkie przygotowane wyjścia zostały zamknięte.
— Miałem długi — powiedział. — Brat zainwestował pieniądze firmy, wszystko przepadło. Bank miał zabrać mieszkanie, a ja nie chciałem, żebyś się dowiedziała.
— Więc postanowiłeś zabrać je Alinie.
— Chciałem odzyskać pieniądze i zacząć od nowa.
— Kosztem mojego podpisu?
— Myślałem, że kiedy sprzedamy dom, kupimy coś mniejszego.
— A Alina?
Igor spuścił wzrok.
— Mogła zamieszkać u Marty.
Alina stała przy krześle Zinaidy, trzymając w dłoni szklankę. Słyszała wszystko.
— Chciałeś mnie wyrzucić, żeby sprzedać dom, w którym pochowano prochy mojej babci? — zapytała.
— Nie rozumiesz spraw dorosłych.
— Rozumiem, że moje rzeczy były przeszkodą w twoim planie.
To zdanie uderzyło go mocniej niż krzyk.
Pojechaliśmy do dworca jeszcze tego samego popołudnia. Skrytka numer sto czternaście znajdowała się w podziemnym korytarzu pachnącym metalem i wilgocią. Zinaida szła za nami wolno, podpierając się parasolem.
— Dlaczego pomogłaś mu przez tyle lat? — zapytałam.
— Bo był moim synem.
— A ja?
Zatrzymała się.
— Ty płaciłaś za moje leczenie. Ty woziłaś mnie do lekarzy. Ale on mówił, że jeśli mu nie pomogę, skończy na ulicy.
— I uwierzyłaś?
— Wierzyłam, że matka może uratować syna. Nie wiedziałam, że topię przy tym ciebie.
W skrytce znaleźliśmy list Heleny, oryginał oświadczenia i wydruk przelewu na konto firmy brata Igora. Były tam również kopie wiadomości, w których Igor pytał kancelarię, jak obejść warunek dotyczący Aliny.
Nie potrzebowaliśmy domysłów.
Potrzebowaliśmy tylko odwagi, żeby nie odwrócić wzroku.
Następnego ranka spotkaliśmy się u notariusza. Na stole leżały dokumenty, a w powietrzu unosił się zapach pasty do drewna. Igor przyszedł sam. Bez bordowego szlafroka, bez pewnego kroku. Miał na sobie tę samą koszulę, w której kiedyś podpisywał ze mną umowę ślubną.
— Podpiszę odwołanie pełnomocnictwa — powiedział.
— I złożysz oświadczenie, że dokument był sfałszowany.
— Wtedy stracę wszystko.
— Już zdecydowałeś, co poświęcisz.
— Lena, proszę.
— Nie proszę cię o skruchę. Proszę cię o podpis.
Długo patrzył na kartki. Potem wziął pióro.
Zrobił to.
Sprzedaż została zablokowana, a fałszywe pełnomocnictwo unieważnione. Igor musiał sprzedać samochód i udział w firmie, żeby spłacić część długów. Resztę zobowiązań przejął razem z bratem. Nie trafił do więzienia, bo współpracował przy wyjaśnianiu oszustwa i sam wskazał kancelarię, która przyjęła podrobiony dokument. To nie naprawiło tego, co zrobił, ale po raz pierwszy konsekwencje spadły na właściwe osoby.
Zinaida wyprowadziła się do małego mieszkania niedaleko przychodni. Nie zabrałam jej ze sobą. Nie z nienawiści. Po prostu opieka nie może być zapłatą za cudze posłuszeństwo.
Przed wyjściem przyszła do Aliny.
— Nie umiem cofnąć tego, co powiedziałam — szepnęła.
Alina długo milczała.
— Nie musisz tego cofać. Musisz już nigdy nie mówić tak do kogoś, kto nie może się obronić.
Zinaida skinęła głową i wręczyła jej małe drewniane pudełko po herbacie. W środku była spinka w kształcie jaskółki, którą Alina zgubiła podczas pakowania.
— Znalazłam ją pod kanapą — powiedziała.
Alina przypięła ją do włosów.
Igor odszedł tego samego dnia. Nie zabrał niczego z kuchni poza filiżanką z wyszczerbionym brzegiem. Powiedział, że to jedyna rzecz, którą dostał ode mnie i której nie chce oddać.
Nie zapytałam, czy ją zatrzyma.
Wieczorem usiadłam z Aliną przy stole. Przed nami leżał list Heleny, rozłożony na płasko, żeby nie zawijały się rogi.
„Nie pozwól, by ktoś wmówił ci, że ochrona dziecka jest słabością” — napisała moja matka. „Najbardziej niebezpieczni ludzie zawsze proszą, żebyś podpisała coś w imię spokoju”.
Alina przeczytała zdanie dwa razy.
— Babcia wiedziała — powiedziała.
— Bała się, ale wiedziała.
— A ty?
— Ja zbyt długo wierzyłam, że miłość wystarczy, żeby człowiek nie zrobił ci krzywdy.
Dziewczyna przesunęła po stole swoją granatową spinkę.
— Co teraz będzie z domem?
— Zostaje z tobą, kiedy skończysz osiemnaście lat. Tak chciała babcia.
— A z tobą?
Spojrzałam na list, podpisany drżącym charakterem pisma Heleny.
— Ze mną będzie prawda. I dużo rachunków za naprawę tego, co inni próbowali zniszczyć.
Alina parsknęła cichym śmiechem.
— Mogę pomóc.
— Wiem.
Następnego ranka zawiozłam ją do szkoły. Na korytarzu czekał nauczyciel matematyki, pan Wysocki, który od tygodni namawiał ją do udziału w olimpiadzie.
— Alino, wysłałem twoje zgłoszenie — powiedział. — Termin mija dziś o piętnastej.
— Nie wiem, czy dam radę.
— Dałaś radę rozwiązać trudniejsze zadania.
Spojrzała na mnie.
— Mamo?
— Jedź. Dom może poczekać. Twoje życie nie musi.
Wyjęła z plecaka formularz i położyła go na parapecie. Podpisała własne imię, równo i mocno, bez żadnego drżenia.
Kiedy wyszła na lekcję, zostałam sama przy gablocie z pucharami. W odbiciu szkła zobaczyłam małą jaskółkę we włosach Aliny, która znikała za zakrętem korytarza.
A na formularzu, pod jej podpisem, widniało jedno pytanie: „Czy kandydatka ma zgodę opiekuna?”
Dopisałam pod spodem: „Ma coś więcej. Ma własny głos”.
Przegapiłeś początek?






