CZĘŚĆ 4 — Gdy mała Emma wyrwała mi z ręki kromkę chleba, moja narzeczona nagle przestała się uśmiechać

CZĘŚĆ 4

— Na kogo? — spytałem.

Matteo spojrzał na Victorię.

— Na nią.

Victoria cofnęła się, jakby ktoś uderzył ją w pierś.

Przez chwilę słyszałem tylko deszcz bębniący o szklany dach oranżerii. Potem Bruno wyrwał Matteo kluczyki z kieszeni.

— Gdzie są księgi?

— W starej kaplicy przy południowej bramie.

— Jedziemy.

— Nie — powiedziałem. — Najpierw do Zofii i Emmy.

Victoria patrzyła na mnie nieruchomo.

— Nie musisz mnie zabierać.

— Muszę.

— Żeby mnie ukarać?

— Żebyś zobaczyła, kogo prawie zabiłaś.

Pojechaliśmy trzema samochodami. Matteo został zamknięty w magazynie pod strażą dwóch ludzi Bruna, a ja usiadłem za kierownicą. Victoria zajęła miejsce obok mnie. Trzymała na kolanach list swojego ojca, zmięty od ciągłego składania i rozkładania.

Nie odzywała się przez całą drogę.

Przed kliniką znaleźliśmy Zofię na kamiennych schodach. Emma spała w jej ramionach, blada, z kroplówką przyklejoną do nadgarstka. Doktor Ricchi wybiegł z korytarza.

— Stan jest stabilny — powiedział. — Ale potrzebuje obserwacji.

Victoria zrobiła krok do przodu.

— Emmo…

Zofia zasłoniła córkę własnym ciałem.

— Nie zbliżaj się.

— Chcę tylko…

— Chciałaś, żeby mój mąż umarł przy stole. Moja córka tylko przypadkiem zjadła to, co przygotowałaś dla niego.

Victoria zamknęła oczy.

— To nie miało tak wyglądać.

— Trucizna nigdy nie wygląda tak, jak planuje człowiek, który jej używa — odpowiedziałem.

Emma poruszyła się w ramionach matki. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie.

— Pan nie zjadł chleba?

— Nie.

— Obiecał pan.

— Dotrzymałem obietnicy.

Dziewczynka uśmiechnęła się słabo, a potem zasnęła. Ten mały uśmiech zabolał mnie bardziej niż wszystkie oskarżenia Victorii.

Wieczorem wróciliśmy do kaplicy. Była pusta, zimna i pełna zapachu wilgotnego kamienia. Za ołtarzem znaleźliśmy metalową kasetę. W środku leżały księgi rachunkowe, kopie przelewów i trzy listy Matteo.

Pieniądze nie trafiały do niego.

Trafiały do człowieka o nazwisku Enzo Moretti — mojego młodszego kuzyna, którego od lat uważałem za tchórza mieszkającego za granicą.

Bruno pobladł.

— To on finansował Matteo.

— I on kupił dług Zofii — dodałem.

W ostatnim liście Enzo pisał, że po mojej śmierci zamierza przejąć rodzinne magazyny, a Victorię wykorzystać jako zasłonę dla swoich kradzieży. Gdyby trucizna zadziałała, wszyscy uwierzyliby, że narzeczona zabiła mnie z zemsty. Enzo pozostałby czysty.

Victoria usiadła na ławce.

— Byłam narzędziem.

— Tak — powiedziałem. — Ale narzędzie też może zranić.

Bruno położył przede mną ostatni dokument. Był to testament mojego ojca. Wynikało z niego, że część majątku została przeznaczona na fundusz dla rodzin pracowników, a kontrolę nad nim miałem przekazać po ślubie Victorii.

— Twój ojciec wiedział, że kiedyś będziesz chciał naprawić jego błędy — powiedział Bruno. — Dlatego wszystko ukrył.

— A ty też to ukryłeś.

— Bałem się, że prawda rozbije rodzinę.

— Więc pozwoliłeś, by trucizna usiadła przy moim stole.

Bruno spuścił głowę.

Nie kazałem go aresztować. Zabroniłem mu jednak zbliżać się do posiadłości i odebrałem wszystkie rodzinne rachunki. Dla człowieka takiego jak on utrata zaufania była cięższa niż kajdany.

Enzo znaleziono następnego ranka w prywatnym porcie. Próbował odpłynąć z walizką pełną dokumentów. Tym razem nie miał już nikogo, kto mógłby podpisać za niego cudzą winę. Oddałem wszystkie księgi władzom, ale nie pozwoliłem, by sprawa Victorii została sprowadzona do prostego wyroku.

Ona sama przyszła do kliniki trzy dni później.

Emma siedziała wtedy przy stole i układała drewniane ptaszki w rządku. Jej włosy były związane żółtą wstążką, a na policzku miała ślad po maści.

Victoria zatrzymała się przy wejściu.

— Mogę usiąść?

Emma spojrzała na mnie.

— To nie jest mój dom — powiedziałem. — Nie musisz pytać mnie.

Dziewczynka przez chwilę milczała.

— Możesz usiąść na krześle — powiedziała.

Victoria usiadła, ale nie próbowała jej dotknąć.

— Przepraszam — szepnęła.

— Za chleb? — zapytała Emma.

— Za wszystko.

— Mama mówi, że przeprosiny trzeba udowodnić.

Victoria skinęła głową.

— Twoja mama ma rację.

Podała mi dokumenty dotyczące majątku. Wszystkie prawa, które mogła odziedziczyć po naszym ślubie, zostały przez nią anulowane. Dołączyła też własne zeznanie opisujące rozmowy z Matteo i Enzem.

— Nie chcę twoich pieniędzy — powiedziała. — Chcę, żeby rodziny ludzi, których skrzywdził mój ojciec, dostały pomoc. Także rodzina Zofii.

— A ty?

— Wyjadę do klasztoru w Belluno. Nie jako ofiara. Jako świadek.

— To nie wymaże tego, co zrobiłaś.

— Wiem.

Położyła na stole pierścionek zaręczynowy. Kamień odbił światło i rzucił na drewniane ptaszki jasną smugę.

— Chciałam nosić twoje nazwisko, żeby nikt już nie mógł odebrać mi tego, co należało do mojego ojca — powiedziała. — A prawie odebrałam życie człowiekowi, który nie był winny.

— Byłem winny jednej rzeczy.

Podniosła wzrok.

— Jakiej?

— Zbyt długo wierzyłem, że milczenie Bruna chroniło mnie przed przeszłością.

Victoria zacisnęła palce na pierścionku.

— Czy możesz mi kiedyś wybaczyć?

Spojrzałem na Emmę. Dziewczynka przestała układać ptaszki i słuchała nas z powagą.

— Nie wiem — odpowiedziałem. — Ale możesz zrobić coś, czego nie zrobił nikt z naszych rodzin. Możesz powiedzieć całą prawdę, nawet jeśli nie przyniesie ci niczego.

Victoria wstała.

— Powiem.

Zostawiła pierścionek na stole i wyszła z kliniki bez eskorty. Zofia obserwowała ją przez szybę, dopóki nie zniknęła za rogiem.

Emma przesunęła po stole najmniejszego drewnianego ptaszka.

— Ten powinien stać przy panu — powiedziała.

— Dlaczego?

— Bo pilnował chleba.

Uśmiechnąłem się i postawiłem ptaszka obok pustego talerza, który doktor Ricchi przyniósł z kuchni, żeby Emma mogła zjeść zupę.

Na jego brzegu ktoś położył kromkę świeżego pieczywa. Przez sekundę poczułem dawny chłód pod żebrami, lecz Emma wyciągnęła rękę, posmarowała ją masłem i podała mi pierwszy kęs.

— Teraz może pan jeść, panie Moretti.

A ja po raz pierwszy pozwoliłem, by mała dłoń wskazała mi, co naprawdę powinienem przyjąć.

Оцените статью