CZĘŚĆ 4
Brakująca kartka nie leżała w kasetce.
Remedios przeszukała ją jeszcze raz, wysypując na stół rachunki, klucze i dwa zasuszone kwiaty jaśminu. Rodrigo stał przy kołysce, trzymając wiadomość od kuzyna tak mocno, że papier pękał pod jego palcami.
Mateo spał niespokojnie. Przy każdym ostrzejszym dźwięku zaciskał usta.
— Esteban przyjedzie przed południem — powiedział Rodrigo.
— Z dokumentem podpisanym przez Isabel? — spytałam.
— Tak twierdzi.
— A jeśli jest prawdziwy?
Rodrigo popatrzył na list żony.
— Wtedy nadal nie wyjaśnia, dlaczego brakująca kartka była zszyta z resztą.
Remedios nagle odwróciła się do mnie.
— Co pani trzyma w dłoni?
Spojrzałam na mosiężny medalion po Tomásie. Miałam go od pogrzebu. Przez całą noc ściskałam go tak mocno, że krawędź odcisnęła mi się w skórze.
— Pamiątkę po synu.
— Proszę go otworzyć.
— Jest już otwarty.
— Nie. Z boku jest zatrzask.
Przesunęła paznokciem po obwodzie. Metal ustąpił z cichym kliknięciem.
W środku, pod skrawkiem dziecięcej koszuli, tkwił zwinięty pasek papieru.
Zamarłam.
— Nie wiedziałam, że tam coś jest.
Remedios rozwinęła kartkę przy świecy. Atrament był wyblakły, lecz podpis dało się odczytać.
Isabel.
Nie był to list do męża. Była to instrukcja dla akuszerki, spisana trzy dni przed porodem. Isabel opisywała, że Gaspar próbował nakłonić ją do podpisania pełnomocnictwa dla Estebana, ponieważ Rodrigo był pogrążony w długach po nieudanych zbiorach. Odmówiła.
Na końcu napisała jedno zdanie: „Jeżeli umrę, prawdziwy dokument znajdzie się tam, gdzie matka nie pozwoli odebrać dziecku jego imienia”.
— To znaczyło medalion — szepnęła Remedios.
Na drugiej stronie widniała lista świadków i data.
Rodrigo usiadł ciężko.
— Ona zostawiła dowód.
— Nie tylko dowód — powiedziałam. — Zostawiła wybór.
W południe do pałacu wjechał Esteban de Villaseñor. Miał brązowy płaszcz, srebrną laskę i twarz człowieka, który uważał, że każda przeszkoda ma swoją cenę.
Za nim wszedł notariusz.
— Rodrigo — powiedział Esteban. — Przyszedłem przejąć opiekę nad chłopcem.
— Nie przejmiesz niczego.
— Masz dokument.
— Mam dokument mojej żony.
Esteban zerknął na mnie.
— I mamkę z ulicy, która udaje, że zna się na prawie?
— Nie udaję — odparłam. — Znam się na tym, co dzieje się z dzieckiem, kiedy dorośli liczą jego majątek.
Notariusz rozłożył pergamin.
— Podpis pani Isabel jest ważny.
Remedios położyła obok niego kartkę z medalionu.
— A ten podpis został złożony trzy dni później.
Notariusz przysunął okulary do oczu. Esteban pobladł.
— To fałszerstwo.
— W takim razie z przyjemnością wyjaśnisz, dlaczego twoje nazwisko figuruje na liście świadków — powiedział Rodrigo.
Esteban rzucił Gasparowi krótkie spojrzenie. Wystarczyło.
Gaspar cofnął się ku drzwiom.
— To on kazał mi przygotować drugi dokument — powiedział.
Esteban uderzył laską w podłogę.
— Milcz!
— Obiecałeś mi stanowisko zarządcy i połowę dochodów. Powiedziałeś, że dziecko nie przeżyje, jeśli nie znajdzie się odpowiednia mamka.
Rodrigo ruszył ku niemu, lecz Remedios zasłoniła mu drogę.
— Nie dotykaj go. Niech każdy słyszy każde słowo.
Tym razem nie było potrzeby przywoływać żadnych urzędników. Notariusz odmówił poświadczenia dokumentu, a doktor Valdés, przerażony własnymi rachunkami, podpisał oświadczenie, że syrop podawano w dawkach przekraczających jego zalecenia.
Gaspar próbował uciec, ale Lucía zamknęła drzwi od kuchni i zabrała mu klucze.
— Przez rok otwierałeś nimi każdy pokój — powiedziała. — Dziś nie otworzysz nawet spiżarni.
Esteban nie został wyprowadzony w kajdanach. Było gorzej dla człowieka takiego jak on. Rodrigo publicznie odwołał jego prawo do zarządzania majątkiem, a notariusz wysłał do wszystkich wierzycieli kopie prawdziwego testamentu Isabel. Esteban stracił możliwość przejęcia pieniędzy, zanim zdążył ich dotknąć.
Gaspar musiał oddać rachunki, klucze i pieniądze ukradzione mamkom. Został bez stanowiska, bez ochrony kuzyna i bez pałacowych drzwi, które dotąd otwierały się przed nim same.
Doktor Valdés odszedł jeszcze tego wieczoru. Nie dlatego, że go wyrzucono, lecz dlatego, że Rodrigo kazał mu podpisać listę wszystkich dzieci, którym przepisał podobne dawki. Nie mógł już ukryć się za tytułem.
Najtrudniejsza rozmowa czekała jednak mnie.
Stałam przy kołysce, gdy Rodrigo podszedł z małym woreczkiem.
— Pięć pesos — powiedział. — Za pierwszy miesiąc.
— Pracowałam jeden dzień.
— Uratowała pani mojego syna.
— Nie sprzedaję ocalenia. Karmię go.
Dodał do woreczka drugi.
— Na pierścień.
— To może być zaliczka. Nie dar.
— Zgoda.
— I chcę pokoju, w którym będę mogła sama decydować, kiedy Mateo potrzebuje odpoczynku.
— Dostanie go pani.
— Chcę też, żeby kamień na grobie Tomása miał jego imię. Nie nazwisko mojego męża, nie numer mogiły. Tomás Suárez.
Rodrigo skinął głową.
— Jutro pojedziemy razem do kamieniarza.
— Nie. Pojadę sama. Ale proszę zapłacić kamień z pieniędzy, które miały trafić do mnie.
Uśmiechnął się smutno.
— Pani naprawdę nie pozwala nikomu kupić swojej żałoby.
— Nie. Ale pozwalam, żeby ktoś pomógł mi ją nazwać.
W nocy Mateo znowu zapłakał. Tym razem nie dostał syropu. Wzięłam go na ręce, usiadłam przy wygaszonym kominku i pozwoliłam mu pić tak długo, jak potrzebował.
Rodrigo stał po drugiej stronie pokoju.
— Czy mogę? — zapytał.
— Usiąść może pan zawsze. Dotknąć go dopiero, gdy przestanie pan bać się własnego syna.
Usiadł na podłodze przy kołysce.
Mateo otworzył oczy. Jego dłoń wysunęła się spod koca i zacisnęła na palcu ojca.
Rodrigo pochylił głowę.
Nie płakał głośno. Po prostu pozwolił, by mała ręka trzymała go tak długo, aż przestała drżeć.
Rano Remedios wróciła z wiadomością, że kamień dla Tomása będzie gotowy za trzy dni. Lucía dostała pracę przy rachunkach i własny klucz do kancelarii. To ona miała prowadzić księgę pensji wszystkich mam, a każda z nich miała otrzymywać zapłatę przy świadku.
Kiedy wychodziłam z pokoju Mateo, zobaczyłam na stole mosiężny medalion.
Chciałam go schować do kieszeni, lecz Rodrigo zatrzymał mnie gestem.
— Niech zostanie przy kołysce — powiedział. — Nie jako amulet. Jako przypomnienie, że ten chłopiec przeżył dzięki matce, której nie wolno było nawet nazwać.
— Tomás nie był amuletem.
— Wiem.
Podeszłam do kołyski i zawiesiłam medalion na gwoździu przy ścianie. Skrawek pierwszej koszuli mojego syna dotknął drewna, a Mateo poruszył ustami przez sen.
Z korytarza dobiegł głos Remedios:
— Elena, kamieniarz przysłał pierwsze litery do zatwierdzenia.
Wzięłam kartkę i przeczytałam napis.
Tomás Suárez.
Położyłam palec na jego imieniu, a z pokoju za mną dobiegło spokojne westchnienie Mateo.
— Prawidłowo — powiedziałam. — Teraz niech nikt już go nie wymazuje.






