CZĘŚĆ 4 — Zobaczyłam męża z obcą kobietą podczas świątecznych zakupów, lecz reakcja jego matki sprawiła, że Andrzej nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

…Człowieka znaleźliśmy tego samego popołudnia.

Miał na imię Stefan i pracował w dziale rozliczeń kliniki przy ulicy Słonecznej. Halina znała jego żonę z chóru, a ja wcześniej nie rozumiałam, dlaczego po telefonie z kliniki od razu poprosiła Romana, żeby nikogo nie zawiadamiać.

Pojechaliśmy tam w czwórkę: ja, Halina, Marina i Roman.

Andrzej został w kancelarii z Piotrem. Jego ojciec zabrał mu kluczyki do samochodu i powiedział tylko:

— Sam wrócisz. Ale już nie do mojego domu.

W klinice było jasno i zbyt ciepło. Na ścianach wisiały papierowe gwiazdy, a zza drzwi sali zabiegowej dochodziło ciche brzęczenie aparatury. Marina trzymała w dłoniach czerwoną czapkę syna. Czapka miała nauszniki w kształcie lisich uszu.

— Jak ma na imię? — zapytałam.

— Nikodem.

— Ile ma lat?

— Siedem.

— I co dokładnie zrobił Andrzej?

Marina zamknęła oczy.

— Powiedział, że ma znajomości. Że wystarczy przepisać odpowiedzialność za koszty na osobę z dobrym ubezpieczeniem. Bałam się, że jeśli odmówię, Nikodem nie dostanie zabiegu.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

— Bo myślałam, że jesteś kobietą, która chce mnie zniszczyć.

Nie miałam siły jej za to potępiać. Andrzej starannie zbudował między nami mur, a każdej z nas wręczył inną cegłę.

Stefan czekał w małym pokoju przy archiwum. Był blady, z czerwonymi śladami od okularów na nosie.

— Dokument wpłynął wczoraj wieczorem — powiedział. — Pani nazwisko znajdowało się w rubryce osoby odpowiedzialnej za płatność.

— Czy mój podpis był na oryginale?

— Nie. Była tylko kopia przesłana pocztą elektroniczną.

Roman pochylił się nad stołem.

— Kto ją wysłał?

Stefan przełknął ślinę.

— Konto należało do firmy Andrzeja. Ale w załączniku był jeszcze jeden plik. Potwierdzenie przelewu, którego nikt nie powinien był zobaczyć.

Podał mi wydruk.

Na dole widniał numer rachunku firmy Andrzeja, a obok kwota większa niż wszystkie wydatki związane z leczeniem Nikodema. Pieniądze przelano z konta kredytowego na rachunek należący do jego wspólnika, Wiktora.

— On nie zamierzał zapłacić za operację — powiedziała Marina.

— Zamierzał użyć twojego syna jako powodu, żeby zdobyć pieniądze — odpowiedziałam.

W tej samej chwili telefon Mariny zawibrował. Wiadomość od Andrzeja była krótka: „Jeśli powiesz komukolwiek o Wiktorze, Nikodem nie dostanie zgody na zabieg”.

Marina zadrżała.

— On nadal myśli, że może mnie zastraszać.

— Może próbować — powiedział Roman. — Ale teraz mamy ślad przelewu.

Stefan podpisał oświadczenie, że dokument z moim nazwiskiem otrzymał z firmowej skrzynki Andrzeja. Nie robił tego chętnie. Zrobił to dopiero wtedy, gdy Halina położyła przed nim kopię pełnomocnictwa z kancelarii.

— Jeśli dziś milczysz, jutro ktoś może powiedzieć, że sam to wymyśliłeś — powiedziała. — Jeśli powiesz prawdę, przynajmniej raz będziesz miał wybór.

Stefan podniósł wzrok.

— Wiktor przychodził do kliniki razem z Andrzejem. To on naciskał, żeby wpisano nazwisko żony.

Tego wieczoru spotkaliśmy się wszyscy w domu Piotra i Haliny. Na stole stała nietknięta kolacja: barszcz, pierogi i makowiec, który zdążył stwardnieć. Andrzej siedział pod lampą. Wyglądał na starszego niż rano.

— Pieniądze są na rachunku Wiktora — powiedziałam. — A mój podpis podrobiono.

— Chciałem tylko kupić czas.

— Dla siebie.

— Dla firmy.

Piotr odsunął talerz.

— Firma jest zadłużona, bo przez rok wypłacałeś sobie pieniądze, których nie zarobiła.

Andrzej spojrzał na matkę.

— Możesz mnie uratować.

Halina zdjęła z szyi cienki łańcuszek z kluczykiem do starej metalowej szafy. Położyła go na stole.

— Sprzedałam swoją część firmy dziś rano — powiedziała. — Nie tobie. Pracownikom. Za pieniądze, które wystarczą na spłatę części zobowiązań i leczenie Nikodema.

Andrzej poderwał głowę.

— Co zrobiłaś?

— To, czego ty nie potrafiłeś. Oddzieliłam ludzi od twoich długów.

To był zwrot, którego się nie spodziewałam. Halina nie tylko przestała go osłaniać. Zabrała mu możliwość używania rodzinnego majątku jako tarczy.

— A mieszkanie? — zapytał Andrzej.

— Zostaje przy Olenie — odpowiedziała. — W akcie własności od początku figuruje jako jej majątek wniesiony przed ślubem. Próbowałeś sprzedać coś, czego nigdy nie posiadałeś.

Andrzej zacisnął dłonie.

— Zostawicie mnie bez niczego.

— Nie — powiedział Piotr. — Zostaniesz z tym, co sam zbudowałeś.

Marina wstała.

— Nie chcę twoich pieniędzy. Chcę tylko, żeby Nikodem dostał leczenie i żebyś nigdy więcej nie użył jego choroby jako broni.

Andrzej patrzył na nią długo.

— Myślałem, że będziesz po mojej stronie.

— Byłam po stronie mojego dziecka. Ty byłeś po swojej.

Następnego ranka w banku anulowano wniosek o sprzedaż mieszkania, a wspólny kredyt został zablokowany do czasu wyjaśnienia podpisu. Roman przekazał dokumenty księgowej firmy i odszedł od Andrzeja, zabierając ze sobą dwóch pracowników. Wiktor nie pojawił się ani w banku, ani w klinice. Zostawił Andrzeja samego z przelewami, które miały uratować ich interes.

Nikodem przeszedł zabieg trzy dni później. Marina siedziała przy jego łóżku, a ja przyniosłam mu małą książkę o lisach. Rozpoznał mnie z korytarza.

— To pani jest żoną pana Andrzeja? — zapytał.

— Byłam.

Pomyślał chwilę.

— A on jest zły?

Usiadłam obok jego łóżka.

— Jest człowiekiem, który zrobił bardzo złe rzeczy. To nie znaczy, że ty musisz je nosić razem z nim.

Nikodem poprawił czapkę z lisimi uszami.

— Marina mówi, że dorośli czasem gubią drogę.

— Czasem. Ale wtedy sami muszą znaleźć drogę powrotną.

Nie powiedziałam mu, że nie każdy chce wrócić.

Po tygodniu spotkałam Andrzeja w mieszkaniu. Pakował rzeczy do kartonów. Na dnie szafy znalazłam bordowy szalik z mosiężną gwiazdką. Zdjęłam ją z materiału i schowałam do kieszeni.

— Zostawisz mu coś? — zapytała Halina, stojąc w progu.

— Tak.

Podałam Andrzejowi kopertę.

— Co to?

— Rozliczenie. Lista długów, wpłaty na leczenie Nikodema i dokument potwierdzający, że nie będę żądała od niego pieniędzy na utrzymanie mieszkania, jeśli podpisze zgodę na rozwód bez kłamstw.

Spojrzał na mnie.

— Mogłaś zabrać wszystko.

— Mogłam. Ale nie chcę już niczego, co wymagałoby ode mnie pamiętania twojej twarzy.

— Olena…

— Nie tłumacz się.

Tym razem to nie była ucieczka od rozmowy. To był rachunek za wszystkie rozmowy, których przez rok nie chciał przeprowadzić.

Andrzej podpisał dokument. Długopis drżał mu w palcach, lecz nie spojrzałam na jego rękę. Patrzyłam na kartkę, na swoje nazwisko zapisane własnym pismem.

Wieczorem Marina przysłała mi zdjęcie Nikodema. Trzymał książkę o lisach, a obok leżała czerwona czapka. Pod zdjęciem napisała: „Pyta, czy może kiedyś podziękować pani osobiście”.

Odpisałam: „Niech najpierw nauczy się czytać do końca. Potem porozmawiamy o podziękowaniach”.

Halina znalazła mosiężną gwiazdkę na stole.

— Będziesz ją nosić? — zapytała.

Przypięłam ją do wewnętrznej strony torebki, obok karty do biblioteki i kluczyka do skrzynki pocztowej.

— Nie — odpowiedziałam. — Ale nie wyrzucę jej.

— Dlaczego?

Spojrzałam na dokument z moim prawdziwym podpisem, leżący obok rachunku za leczenie Nikodema.

— Bo przypomina mi, jak długo poprawiałam coś, czego nie dało się naprawić.

Na stole zabrzmiał telefon. Marina wysłała kolejną wiadomość: „Nikodem przeczytał pierwszą stronę sam”.

Uśmiechnęłam się i odpisałam: „Jutro przeczyta drugą”.

A mosiężna gwiazdka cicho zabrzęczała we wnętrzu torebki, kiedy wychodziłam z kliniki z książką o lisach pod pachą.

Оцените статью