CZĘŚĆ 4
— Nie podpisywałam niczego — odpowiedziałam do telefonu. — Proszę niczego nie rejestrować i przesłać mi kopię.
— Wyślę ją na adres podany w akcie własności — odparła kobieta. — Proszę też przyjechać jutro rano z dokumentem tożsamości.
Rozłączyłam się.
Rusłan stał przy stole, z twarzą napiętą jak płótno naciągnięte na ramę. Rzeczoznawca i pani w beżowym płaszczu już wyszli. Pan Olek został przy drzwiach, trzymając teczkę obiema rękami.
— Co zrobiłeś? — zapytałam.
— Niczego nie zrobiłem.
— Kto podpisał zgodę moim nazwiskiem?
— Nie wiem.
— Ale wiesz, kto miał moje dokumenty.
Jego oczy uciekły w stronę kredensu. Tam od lat trzymałam segregator z aktem darowizny, dowodem osobistym z czasów, gdy jeszcze nosiłam nazwisko panieńskie, i starą książeczką mieszkaniową babci.
Pobiegłam do kredensu.
Segregator był pusty.
Nie brakowało wszystkiego. Zostały rachunki za prąd i gwarancja na piekarnik. Zniknęły tylko dokumenty dotyczące własności.
— Rusłan.
— Mówiłem, że nie wiem.
Pan Olek wystąpił z cienia.
— Widziałem go w zeszły poniedziałek przed punktem notarialnym przy rynku.
Rusłan gwałtownie odwrócił głowę.
— Ty śledzisz ludzi?
— Nie. Przywoziłem tam faktury. Stał pan przy automacie z kawą i trzymał teczkę pani żony.
— Nie jesteś moją żoną — wycedził Rusłan.
Po tych słowach zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć. Dla niego małżeństwo było ważne tylko wtedy, gdy dawało mu dostęp. Do pieniędzy. Do mieszkania. Do mojej pracy. Gdy przestawało być wygodne, zmieniał je w umowę, którą można było jednostronnie wypowiedzieć.
— Wynoś się — powiedziałam.
Zaśmiał się nerwowo.
— Nie możesz mnie wyrzucić.
— Jutro przyjeżdża ślusarz. Dostaniesz swoje rzeczy w obecności świadka.
— To mój dom!
— Nie. To miejsce, w którym przez czternaście lat zachowywałeś się jak lokator z prawem do obsługi.
Rusłan uderzył dłonią w stół. Filiżanka podskoczyła i spadła na podłogę. Rozbiła się dokładnie przy moich stopach, a brązowa kawa rozlała się po płytkach.
Pan Olek drgnął.
— Spokojnie, Rusłan.
— Ty się nie wtrącaj!
Wtedy z pokoju dobiegło miauczenie. Kot Rusłana, Piorun, wyszedł na korytarz i usiadł przy rozbitej filiżance. Przez trzy lata to ja kupowałam mu karmę, woziłam go do weterynarza i czyściłam kuwetę. Rusłan przyniósł go pewnego dnia w kartonowym pudełku, a potem uznał, że wszystkie obowiązki związane ze zwierzęciem są „naturalne dla kobiety pracującej z domu”.
— Zabierzesz Pioruna — powiedziałam.
— Oczywiście.
— Dzisiaj.
Jego twarz zmieniła się natychmiast.
— Nie mam gdzie go zabrać.
— To nie mój problem.
Piorun podszedł do mnie i otarł się o łydkę. Rusłan patrzył na niego tak, jakby po raz pierwszy zauważył, że zwierzę ma potrzeby niezależne od jego planów.
— Polina, przecież nie możesz mnie zostawić bez niczego.
— Nie zostawiam cię bez niczego. Zabierasz pensję, ubrania, samochód i wszystkie rzeczy, które kupiłeś. Nie zabierasz mojego mieszkania ani dokumentów.
— Po tylu latach tak po prostu mnie wyrzucisz?
— To ty powiedziałeś, że jesteśmy obcy.
Następnego ranka pojechałam do kancelarii. Dokument rzeczywiście istniał. Był wniosek o zabezpieczenie, lecz nie został jeszcze wpisany do księgi. Podpis wyglądał podobnie do mojego, ale litera „P” była zbyt szeroka, a końcówka nazwiska urywała się w miejscu, w którym ja zawsze prowadziłam pióro w dół.
Notariuszka obejrzała kopię i zadała jedno pytanie:
— Kto miał dostęp do pani starego dowodu osobistego?
Nie musiałam odpowiadać.
Rusłan trzymał go w dłoni trzy dni wcześniej, kiedy twierdził, że potrzebuje numeru dokumentu do wniosku rozwodowego.
Kancelaria wstrzymała sprawę. Bank anulował przygotowane zabezpieczenie. Nie było żadnego widowiskowego zatrzymania ani krzyku na korytarzu. Rusłan przegrał dlatego, że jego własny pośpiech zostawił ślady: datę, podpis, przelew i człowieka, który postanowił przestać się bać.
Po powrocie do mieszkania znalazłam go siedzącego na podłodze w przedpokoju. Wokół leżały kartony. Na jednym napisał czarnym markerem „kuchnia”, choć w środku były jego buty i trzy słoiki sosu.
Piorun siedział przy kuwecie i patrzył na niego z wyrzutem.
— Moja matka nie może mnie przyjąć — powiedział Rusłan. — A mieszkanie, które wynająłem, zwolnili komuś innemu.
— Możesz przenocować u kolegi.
— Nie mam kolegi, u którego mogę zostać z kotem.
— Masz brata.
— Nie rozmawiamy od dwóch lat.
— Dlaczego?
Rusłan spuścił wzrok. W ręku obracał kluczyki do samochodu.
— Pożyczyłem od niego pieniądze i nie oddałem.
To była odpowiedź, której się nie spodziewałam. Nie dlatego, że mnie zaskoczyła. Dlatego, że nagle wszystkie jego słowa o „wspólnym domu” zabrzmiały jak część większego schematu. Rusłan nie chciał mieszkania, bo kochał ściany. Chciał miejsca, z którego można było czerpać, dopóki ktoś inny płacił rachunki.
— Zadzwoń do brata — powiedziałam.
— Nie odbierze.
— To zostaw wiadomość. Prawdziwą. Bez udawania, że wszystko ci się należy.
Patrzył na mnie długo.
— Ty naprawdę już nic dla mnie nie zrobisz?
Poczułam ból. Ostry, prawdziwy, ale nie taki jak wcześniej. Nie był tęsknotą. Był żałobą po człowieku, którego przez lata dopowiadałam sobie za niego.
— Mogę zrobić jedną rzecz — powiedziałam. — Dam ci numer do schroniska, które przyjmuje zwierzęta tymczasowo, jeśli nie masz warunków. Piorun nie jest twoją kartą przetargową.
Rusłan zacisnął usta.
— Chcesz mi odebrać kota?
— Chcę, żebyś po raz pierwszy zajął się kimś, kogo sam sprowadziłeś do domu.
Wziął transporter z pawlacza. Piorun schował się pod krzesłem. Rusłan ukląkł i wyciągnął rękę.
— Chodź, mały.
Kot nie ruszył się do niego.
Rusłan spojrzał na mnie, lecz tym razem nie poprosił o pomoc. Usiadł na podłodze, otworzył saszetkę karmy i cierpliwie czekał. Po kilku minutach Piorun wyszedł spod krzesła. Nie do Rusłana. Podszedł do mnie, a potem zatrzymał się między nami, jakby nie wiedział, komu jeszcze można wierzyć.
Rusłan zabrał go godzinę później. Znalazł nocleg u brata, który zgodził się przyjąć kota pod warunkiem, że Rusłan odda mu kluczyki do samochodu jako zabezpieczenie długu. To nie była moja sprawa, ale wiedziałam o tym, bo jego brat zadzwonił do mnie, żeby podziękować za szczerość.
Pana Olka poprosiłam o kopię wszystkich dokumentów. Zapłaciłam mu za dawną pracę i za to, że po latach stanął po mojej stronie.
— Nie musiała pani — powiedział.
— Musiałam. Tym razem rachunek ma być jasny.
Wieczorem zdjęłam z lodówki kartkę „Nie ruszać: Rusłan”. Pod spodem został tylko jasny prostokąt po magnesie. W jego miejsce przykleiłam kopię przelewu za remont, podpisaną przez siebie datą.
Nie jako pamiątkę.
Jako dowód, że moje życie nie zaczęło się w dniu, gdy on je sobie przypisał.
Następnego dnia zadzwoniła notariuszka. Podpisane przeze mnie oświadczenie unieważniło próbę zabezpieczenia. Wniosek zamknięto, a dokumenty własności wróciły do mojego segregatora.
Rusłan wysłał tylko jedną wiadomość: „Piorun zjadł. Brat chce pieniędzy”.
Odpisałam: „Karma jest w trzeciej szafce. Numer do weterynarza masz zapisany na lodówce”.
Potem odłożyłam telefon.
Nie dlatego, że przestało mnie obchodzić, co się z nim stanie. Po prostu jego życie nie mogło już być rachunkiem wystawianym mnie.
Kilka dni później pan Olek przyszedł wymienić uszkodzony zawias w szafce. Kiedy otworzył drzwiczki, znalazł za nimi starą filiżankę, tę samą, z której Rusłan pił kawę w dniu rozstania. Nie rozbiła się tamtego wieczoru. Stała głęboko za garnkami.
— Wyrzucić? — zapytał.
Wzięłam ją do ręki. Na porcelanie zostało pęknięcie od brzegu do ucha, cienkie jak ślad po ołówku.
— Nie — odpowiedziałam. — Zostawmy ją tutaj.
— Po co?
Spojrzałam na pustą półkę, na której kiedyś układałam jego ulubione kubki, sosy i przyprawy według kolejności, którą tylko on rozumiał.
— Żeby pamiętać, że nawet pęknięte naczynie może wreszcie przestać służyć do cudzej kawy.
Piorun miauknął z korytarza, a ja ruszyłam do niego z miską w dłoni.
Tym razem to nie Rusłan czekał na kolację przy stole.
Przegapiłeś początek?






