CZĘŚĆ 4 — Znalazłam schronienie pod płaszczem króla wilków, a gdy wybiła północ, jego strażnik nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

…— To mój ojciec otworzył im bramę — powiedział Valyrian.

Na dziedzińcu zapadła ciężka cisza.

Nie ta zwyczajna, pełna szacunku wobec króla. Ta miała smak popiołu.

— Wiedziałeś? — zapytałam.

— Wiedziałem, że podpisał układ. Nie wiedziałem o bramie.

— Hadrien wiedział?

Kanclerz spuścił wzrok.

— Podejrzewałem. Nie miałem dowodu.

Popatrzyłam na obydwu mężczyzn. Jeden nosił koronę po człowieku, którego podpis uruchomił rzeź. Drugi przez dwadzieścia lat ukrywał przede mną moje własne imię.

A mimo to tylko jeden z nich nie próbował mi powiedzieć, co mam czuć.

Valyrian wyciągnął skute jeszcze dłonie.

— Możesz mnie nienawidzić. Masz do tego prawo. Ale zanim zdecydujesz, musimy zatrzymać księcia Popielistej Grani.

— Nie pojadę do niego jako zakładniczka.

— Nie pozwolę ci pojechać samej.

— Nie powiedziałam, że chcę jechać do niego.

Odwróciłam się ku starszym klanom.

— Chcę, żeby przybyli tutaj.

Saraphina roześmiała się nerwowo.

— Myślisz, że książę przyjedzie na twoje wezwanie?

— Przyjedzie po księgę.

Położyłam dłoń na otwartym dokumencie. Czułam pod palcami szorstkość pergaminu i wosk pękniętej pieczęci.

— Popielista Grań wierzy, że nadal kontroluje prawdę. Jeśli pokażemy im, że cała treść rozkazu jest znana, ich wojownicy dowiedzą się, kto naprawdę wydał rozkaz. Nie będą walczyć za zdrajców.

Montgomery poderwał się z kamiennej posadzki. Uderzenie Valyriana rozcięło mu łuk brwiowy.

— Ona nie przeżyje spotkania z księciem.

— Ty przeżyłeś spotkanie ze mną — odpowiedziałam. — To znaczy, że dziś nie wszystko układa się po twojej myśli.

Jego oczy zrobiły się wąskie.

Wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Jeden z wojowników Popielistej Grani, stojący dotąd za Saraphiną, zdjął z ramienia znak swojego klanu i rzucił go na ziemię.

— Mój brat zginął tej nocy — powiedział. — Powiedziano nam, że Srebrna Grzywa zaatakowała pierwsza.

Drugi wojownik zrobił to samo.

Potem trzeci.

Saraphina obróciła się ku nim z niedowierzaniem.

— Zdrajcy!

— Nie — odparł pierwszy. — Właśnie przestaliśmy być ślepi.

Saraphina cofnęła się do drzwi świątyni. Nie uciekła jednak. Chwyciła leżące na stole pióro i przyłożyła je do gardła.

— Jeśli nie wypuścicie mnie, umieram. A wtedy mój ojciec spali wszystkie wioski nad rzeką.

Valyrian zrobił krok.

— Odłóż pióro.

— Podejdź, a przebiję tętnicę.

Spojrzałam na nią uważnie. W jej dłoni nie było drżenia. Drżało ramię, które trzymało pióro, lecz nie ze strachu. Z wysiłku.

— Ty nie chcesz umrzeć — powiedziałam.

— Nie masz pojęcia, czego chcę.

— Chcesz, żeby książę przyjechał i zabrał cię jako przyszłą królową. Chcesz koronę, której obiecał ci twój ojciec.

— Chcę przetrwać.

To słowo zabrzmiało inaczej niż pozostałe.

Saraphina spojrzała na Montgomery’ego. Ten gest wystarczył.

— On obiecał ci małżeństwo — powiedziałam. — Ale kiedy przejmie Ethgard, nie będziesz królową. Będziesz świadkiem, którego trzeba uciszyć.

Montgomery ruszył ku niej.

— Lady Saraphina, odłóż broń.

— Powiedziałeś, że mnie poślubi — syknęła.

— Powiedziałem, że dostaniesz koronę.

— To nie to samo.

Jego twarz stwardniała.

— Nigdy nie miałaś jej nosić.

Saraphina spojrzała na pióro, potem na niego. Odłożyła je na stół.

Natychmiast dwóch wojowników odebrało jej broń.

Nie płakała. Tylko patrzyła na Montgomery’ego, jakby w jednej chwili zrozumiała, że całe jej życie było cudzym planem.

— Powiedz im o moim ojcu — zażądała.

Montgomery milczał.

— Powiedz, kto przyjął srebro za każdą głowę Srebrnej Grzywy.

— Zamknij się.

— Powiedz im, że to ty znalazłeś dziecko i oddałeś je do kuchni, bo nie potrafiłeś mnie zabić.

Tłum poruszył się gwałtownie.

Patrzyłam na generała.

— To prawda?

Montgomery zacisnął zęby.

— Twoja matka oddała mi dziecko. Błagała, żebym cię ocalił.

— A ty zrobiłeś to dla pieniędzy?

— Dla długu.

Wyciągnął spod napierśnika zmięty kawałek czerwonej tkaniny. Był to dziecięcy kołnierzyk z wyszytym srebrnym półksiężycem.

— Twoja matka uratowała mnie podczas wojny. Kiedy nadeszła noc rzezi, nie potrafiłem wykonać rozkazu. Ukryłem cię. Potem jednak sprzedałem informację o miejscu, w którym cię zostawiłem, Popielistej Grani. Agata zdążyła cię przenieść, zanim przybyli.

Jego głos pękł.

— Od tamtej pory szukałem cię nie po to, by zabić. Chciałem sprawdzić, czy żyjesz. Dziś Saraphina obiecała mi ziemie i ludzi, jeśli cię wydam.

— A jednak przyszedłeś z mieczem.

— Bo bałem się, że wybierzesz jego.

Wskazał Valyriana.

Król spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział.

Montgomery zrozumiał wtedy, że przegrał nie z mieczem, lecz z własnym wyznaniem. Wojownicy odprowadzili go do bocznej celi pod świątynią. Nie żądałam jego śmierci. Kazałam odebrać mu dowództwo, ziemie i możliwość zbliżenia się do granicy. Miał żyć wystarczająco długo, by każda rodzina, której odebrał kogoś w tamtą noc, mogła usłyszeć jego zeznanie.

Saraphina nie została zakuta. Oddała własny sygnet i podpisała wezwanie do ojca.

— Dlaczego mnie nie wydajesz? — spytała.

— Bo nie jesteś swoim ojcem.

— A jeśli nadal wybiorę jego stronę?

— Wtedy będziesz musiała podpisać to własną ręką.

Podałam jej pusty pergamin.

Po raz pierwszy zobaczyłam w jej twarzy nie dumę, lecz ciężar decyzji.

Valyrian został przy mnie, kiedy wysłannicy wyruszyli ku granicy. Nie próbował mnie dotknąć. Nawet gdy ból w moich kościach wrócił, czekał, aż sama wyciągnę dłoń.

Zrobiłam to dopiero wieczorem, w dawnej sali tronowej.

— Nie będę twoją ozdobą ani dowodem, że Ethgard odzyskał dawną krew — powiedziałam.

— Wiem.

— Nie poślubię cię tylko dlatego, że tak rozkazała więź.

— Wiem.

— A jeśli zostanę, zmienię radę, otworzę archiwa i odbiorę twojemu rodowi prawo do ukrywania cudzych win.

Valyrian skinął głową.

— W takim razie zostaniesz królową, zanim zostaniesz moją wybranką.

— Nie chcę korony podarowanej przez ciebie.

Zdjął z głowy złotą koronę i położył ją na kamiennym stole.

— To nie dar. To ciężar. Możesz go podnieść albo zostawić.

Zrobiłam coś, czego nauczyło mnie dwadzieścia lat służby. Nie uklękłam. Sięgnęłam po koronę obiema rękami i odsunęłam ją na bok.

— Najpierw chcę imię.

Hadrien przyniósł księgę rodu. Na pustej stronie zapisałam: Isolda Maeliny, córka Srebrnej Grzywy, świadek masakry i pani własnego wyboru.

Valyrian stał obok, bez płaszcza.

— Zmarzniesz — powiedziałam.

— Ty już nie.

Spojrzałam na czarne futro przewieszone przez oparcie tronu. To ono uratowało mnie przed śmiercią, zdradziło moją krew i doprowadziło mnie do prawdy. Podniosłam je i narzuciłam na ramiona Valyriana.

— Nie oddaję ci go — powiedziałam. — Przypominam ci, że od dziś nic nie będzie tylko twoje.

Kącik jego ust drgnął.

W tej samej chwili z wieży granicznej zabrzmiał pojedynczy dzwon. Przybył książę Popielistej Grani.

Nie czekałam, aż zaprosi mnie do rozmowy.

Ruszyłam na dziedziniec z księgą pod pachą, a Valyrian szedł pół kroku za mną. Przy bramie jego ludzie rozstąpili się, widząc na moich palcach srebrny znak, który pojawił się tam wraz z krwią.

Na śniegu książę ujrzał swoją pieczęć pod rozkazem wymordowania mojej rodziny.

Zbladł.

— To niemożliwe — wyszeptał.

Otworzyłam księgę na stronie z jego podpisem.

— Możliwe. I dziś przeczytasz ją na głos.

Оцените статью