CZĘŚĆ 4
— Podpisał go ktoś, kogo obie znamy…
Helena wypowiedziała te słowa w poniedziałek o szóstej czterdzieści rano, stojąc w przedpokoju Tracy. W powietrzu wisiał zapach kawy i rozgrzanego żelazka. Na krześle leżała granatowa walizka Phoebe, a obok niej paszport dziewczynki i mały pluszowy lis.
— Kto? — zapytałam.
Helena nie odpowiedziała od razu. Wskazała na kartkę wystającą z teczki.
— Twój ojciec, Edward.
Poczułam, jak uginają się pode mną kolana.
— Mój ojciec nie żyje od czterech lat.
— Właśnie dlatego Tracy sądziła, że nikt tego nie sprawdzi.
Tracy stała przy stole, blada i nieruchoma. W dłoni ściskała klucz na czerwonej wstążce.
— Edward podpisał zgodę, kiedy był ciężko chory — powiedziała. — Chciał, żeby Phoebe miała ochronę.
— To nie jest jego podpis — odparłam.
— Był jego.
— Antoni widział księgę. Powiedział, że tego dnia nie było żadnego takiego dokumentu.
Tracy zacisnęła usta.
— Antoni pamięta tylko to, co chce pamiętać.
Helena położyła na stole drugi papier.
— Nie chodzi o pamięć. Chodzi o datę. Edward był wtedy w hospicjum w odległości trzystu kilometrów. Podpis złożono w kancelarii dwa dni później.
Tracy spojrzała na kartkę, potem na mnie. Przez krótką chwilę zobaczyłam w jej twarzy nie przebiegłość, lecz zmęczenie.
— Po śmierci Edwarda znalazłam list — powiedziała. — Napisał, że bał się o ciebie. Mówił, że po porodzie nie spałaś, że płakałaś, że raz wyszłaś z domu bez butów. Chciał, żebym ochroniła Phoebe.
— I dlatego zrobiłaś ze mnie obcą kobietę?
— Myślałam, że wrócisz do dawnego życia.
— Wróciłam do córki. Tylko ty zamknęłaś przede mną drzwi.
Phoebe stała na schodach. Usłyszała wszystko.
— Babciu, ty nie chciałaś mnie ochronić — powiedziała. — Ty chciałaś, żebym nie miała wyboru.
Tracy drgnęła, jakby te słowa były ciosem.
W tej chwili zadzwonił telefon. Helena odebrała go przy głośniku.
— Dzień dobry, mówi kierownik banku. Zablokowaliśmy przelew z funduszu. Wczoraj rano próbowano wypłacić pozostałe pieniądze i zamknąć rachunek.
Tracy gwałtownie podniosła głowę.
— To niemożliwe.
— Możliwe — odpowiedziała Helena. — Zabezpieczył go mój wniosek i zeznanie Antoniego.
— Nie miałaś prawa — syknęła Tracy.
— Prawo miała Phoebe. A ty od trzech lat używałaś go jak własnego.
Nie pojechałyśmy na lotnisko. Pojechałyśmy do ośrodka rodzinnego, gdzie urzędniczka wysłuchała Phoebe osobno, bez Tracy i bez mnie. Czekałam na korytarzu, siedząc na twardym krześle pod zegarem, który spieszył się o siedem minut.
Kiedy Phoebe wyszła, miała czerwone oczy.
— Powiedziałam, że chcę mieszkać z tobą — szepnęła. — Ale nie chcę, żeby babcia zniknęła.
Przytuliłam ją mocno.
— Nie każę ci wybierać między nami.
Tracy usłyszała te słowa. Stała przy automacie z wodą, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
— Po tym wszystkim nadal chcesz, żebym ją widywała? — zapytała.
— Chcę, żebyś przestała decydować za nią.
— A jeśli ona wybierze mnie?
Spojrzałam na Phoebe.
— Wtedy przyjmę to bez kłamstw.
To był mój najtrudniejszy wybór. Mogłam żądać całkowitego zerwania kontaktu. Mogłam zabrać córkę i zostawić Tracy z dokumentami, długami oraz konsekwencjami jej czynów. Ale Phoebe nie była nagrodą za moją wytrwałość. Była dzieckiem, które kochało nawet osobę, która je zraniła.
Tracy podpisała zgodę na przekazanie opieki. Tym razem przy Antonim, Helenie i urzędniczce. Jej ręka drżała przy ostatniej literze nazwiska.
— Co stanie się z pieniędzmi? — zapytała.
— Wszystko zostanie rozliczone — odpowiedziała Helena. — Jeśli brakuje pieniędzy, będziesz je oddawać z własnego majątku.
Tracy spojrzała na Phoebe.
— Sprzedam firmę.
— Nie musisz mówić tego dla efektu — powiedziałam.
— Nie mówię dla efektu. Zostawiłam sobie dom, który kupiłam za jej pieniądze. Oddam go, zanim ona zapłaci za moje decyzje.
To był pierwszy czyn, który nie próbował zatrzymać Phoebe przy niej. Nie wymazał trzech lat, ale coś przesunął.
Tego samego wieczoru wróciłyśmy do mieszkania, które wynajmowałam na początku całej walki. Phoebe postawiła na półce pudełko z drewnianymi literami. Litera „P” wciąż miała zadrapanie po tamtym wieczorze.
— Mamo? — zapytała.
— Jestem.
— A jeśli babcia znowu będzie chciała coś podpisać za mnie?
— Wtedy przeczytamy to razem.
Wyjęła z kieszeni mosiężny żeton z numerem siedemnaście i podała mi go.
— Zatrzymaj go. Przypomina, że prawda miała swój numer.
Następnego ranka oddałyśmy żeton Antoniemu. Nie chciał pieniędzy ani podziękowań. Poprosił tylko, żeby Phoebe została przy stole i zobaczyła, jak zamyka starą księgę.
— Każda historia ma swoją stronę — powiedział. — Ale nie każda strona dostaje drugą szansę.
Phoebe spojrzała na mnie, a potem położyła dłoń na okładce.
— Nasza dostanie — oznajmiła.
Tym razem nie mówiła o Tracy, o funduszu ani o dokumentach. Mówiła o nas.
Kiedy wychodziłyśmy z kancelarii, zadzwoniła moja komórka. To była Tracy.
— Nie chcę cię prosić o wybaczenie — powiedziała po krótkim powitaniu. — Chcę tylko powiedzieć, że jutro rano podpiszę sprzedaż domu.
— Dlaczego mi to mówisz?
— Bo Phoebe powinna wiedzieć, że pieniądze wracają tam, skąd je zabrałam.
Podałam telefon córce. Phoebe przycisnęła go do ucha.
— Babciu, możesz przyjść w środę — powiedziała. — Ale przynieś dokumenty. Chcę sama przeczytać, co podpisujesz.
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
— Przyniosę — odpowiedziała Tracy.
Phoebe oddała mi telefon i wsunęła żeton z powrotem do kieszeni. Na schodach kancelarii zatrzymała się, odwróciła do mnie i powiedziała:
— Mamo, tym razem to ja wybiorę pierwszą literę.
Wzięła z pudełka drewniane „P”, położyła je na dłoni i ruszyła przed siebie, jakby właśnie zaczynała pisać własne nazwisko.
Przegapiłeś początek?






