CZĘŚĆ 4
Dzwonek zabrzmiał jeszcze raz, bliżej.
Lyman odwrócił głowę ku zasypanej ścieżce. Jego twarz straciła kolor, kiedy zza białej zasłony wyłoniły się sanie. Prowadził je starszy mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem, a obok niego siedziała kobieta owinięta zielonym pledem.
Isach rozpoznał ją pierwszy.
— Marta Gilroy.
Mnie zabrakło powietrza.
Kobieta zsunęła kaptur. Miała wychudzoną twarz, siwe pasmo we włosach i tę samą małą bliznę przy lewym uchu, którą pamiętałam z dzieciństwa.
— Iris — powiedziała.
Nie ruszyłam się.
— Moja matka nie żyje od dziewięciu lat.
— Tak sądzili wszyscy — odparła Marta. — Tak miało być.
Lyman cofnął się do ściany.
— To niemożliwe.
Marta spojrzała na niego bez cienia zdziwienia.
— Nie dla człowieka, który przez pięć lat trzymał mnie zamkniętą w lecznicy pod Gunnison.
Hale zaczął się wycofywać, ale Isach zagrodził mu drogę.
Marta weszła do chaty, otrzepując śnieg z zielonego pledu. W dłoni trzymała mały mosiężny klucz.
— Tomas dotarł do Fairplay — powiedziała. — Zaniósł księgę sędziemu Bellowi. Ten starszy człowiek przy saniach jest jego sekretarzem. Przywieźli też kopię dokumentów zarządu.
Lyman parsknął.
— Jeden chłopak i stara kobieta nie obalą całej kopalni.
— Nie — odpowiedziała Marta. — Ale rachunki obalą ciebie.
Położyła klucz na stole.
— Elias nie umarł od razu. Znalazłam go przy potoku. Oddychał. Zdołał powiedzieć mi, gdzie ukrył drugą księgę.
Isach patrzył na nią nieruchomo.
— Powiedziałaś, że zostałaś zabrana do lecznicy.
— Lyman przyjechał tam następnego dnia. Powiedział, że jeśli nie podpiszę oświadczenia o śmierci męża, zabije Iris. Miał wtedy sześć lat.
Moje palce zacisnęły się na krawędzi stołu.
— Dlaczego nie wróciłaś po mnie?
Marta spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na ranę, której nie można dotknąć.
— Wróciłam dwa razy. Za każdym razem pilnowali domu. Trzecim razem znalazłam tylko pusty pokój. Wdowa Dobbs powiedziała mi, że wyjechałaś z miasta. Szukałam cię przez lata.
— A potem?
— Potem dowiedziałam się, że Lyman chce poślubić córkę Hale’a i przejąć kontrolę nad kopalnią. Wiedziałam, że wrócisz do jego drogi, bo on sam cię tam popchnie. I zrobił to.
Lyman zacisnął szczękę.
— Nie chciałem jej skrzywdzić. Chciałem tylko zabezpieczyć kopalnię.
— Nie — powiedział Isach. — Chciałeś zabezpieczyć nazwisko, które ukradłeś.
Lyman rzucił się do stołu. Chwycił księgę, lecz Marta wyjęła z kieszeni mały składany nóż i przecięła skórzany pasek, którym próbował ją związać. Księga upadła na podłogę, otwierając się na stronie z rachunkiem.
— Pięć tysięcy dolarów za fałszowanie wyników — powiedziałam.
— To nie mój podpis.
Marta wyjęła z kieszeni drugi dokument.
— Twój. Złożony własną ręką w obecności notariusza.
Hale jęknął.
— Marta, posłuchaj. Wszystko można naprawić.
— Owszem — odparła. — Najpierw oddasz nazwisko Gilroyów. Potem ludziom pieniądze, które zabrałeś.
Lyman spojrzał na mnie.
— Iris, on cię wykorzystuje. Thorvald był przy twoim ojcu, kiedy umierał. Mógł go uratować, ale uciekł.
Isach nie zaprzeczył.
To bolało bardziej niż oskarżenie.
— To prawda? — spytałam.
— Tak — odpowiedział. — Elias kazał mi iść po pomoc. Pobiegłem. Kiedy wróciłem, już oddychał ostatni raz. Znalazłem księgę przy jego dłoni. Zabrałem ją, bo usłyszałem ludzi Lymana. Powinienem był iść od razu do sędziego. Nie poszedłem.
W chacie zapanowała ciężka cisza.
— Dlaczego? — wyszeptałam.
— Bo znałem ich ludzi. Wiedziałem, że jedna księga nie wystarczy. Zacząłem zbierać dowody. Byłem tchórzem, ale nie zdrajcą.
Tomas wrócił przed zmrokiem z trzema jeźdźcami i sędzią Bellem. Nie przywieźli kajdan. Przywieźli rejestr kopalni, listę pracowników i zapieczętowane zeznania wdowy Dobbs.
Wdowa przyznała, że Lyman zapłacił jej za wyrzucenie mnie na śnieg. Nie wiedziała, że przez ten czyn skieruje mnie prosto do Isacha.
— Bałam się o własny dom — powiedziała później, stojąc na ganku w Fairplay. — A przez mój strach prawie zginęłaś.
Nie odpowiedziałam jej. Wzięłam od niej jedynie mój kufer, który ktoś przywiózł z Leadville. Metalowe okucia były zardzewiałe, lecz w środku wciąż leżały nici, miara i stare nożyczki.
Lyman stracił narzeczoną jeszcze tego samego dnia. Córka Hale’a zdjęła niebieską wstążkę i odrzuciła ją na śnieg, gdy zobaczyła księgę. Hale musiał oddać część udziałów górnikom, bo bez ich podpisów kopalnia nie mogła pracować. Lyman zatrzymał nazwisko, lecz nie zatrzymał ani pieniędzy, ani ludzi, którzy wcześniej kłaniali mu się na ulicy.
Marta nie wróciła ze mną do Leadville.
Wybrała mały pokój przy lecznicy w Fairplay, gdzie mogła pomóc innym kobietom uciekającym z górskich obozów. Powiedziała, że nie chce odbierać mi życia drugi raz, tym razem własną miłością i winą.
Wiosną otworzyłam pracownię krawiecką przy drodze do kopalni. Nie odzyskałam pięćdziesięciu dolarów. Odzyskałam coś, czego nie dało się wypłacić z żadnego rachunku: nazwisko ojca zapisane uczciwą ręką.
Isach przychodził rzadko. Zawsze zostawiał drewno przy piecu i nigdy nie wchodził bez pukania.
Pewnego ranka przyniósł mi mosiężny klucz Marty.
— Sędzia mówi, że należy do ciebie — powiedział.
— Do czego pasuje?
— Do skrzyni Eliasa. Jest w starej sztolni.
Pojechaliśmy tam razem. W skrzyni nie było złota. Była mapa żyły srebra, kilka listów i niedokończony projekt szkoły dla dzieci górników. Ojciec chciał zbudować ją z własnych udziałów, zanim Lyman odebrał mu wszystko.
Marta przeczytała projekt i rozpłakała się nad jedną linijką: „Żadne dziecko nie powinno dziedziczyć strachu po dorosłych”.
Isach postanowił przewozić materiały bez wynagrodzenia. Tomas został księgowym w kopalni. Ja szyłam ubrania dla dzieci, których rodzice wcześniej nie mogli sobie pozwolić nawet na rękawiczki.
Nie poślubiłam Isacha.
Nie musiałam.
Pewnej nocy, gdy wrócił z przełęczy, zobaczyłam, że jego stary płaszcz przemókł na ramionach. Zdjęłam go z niego i powiesiłam przy piecu.
— Jedno łóżko — powiedziałam.
Isach uniósł brwi.
— I jest moje?
— Tym razem nie. Jest dla tego, kto wróci z drogi najbardziej zmarznięty.
Uśmiechnął się i usiadł przy stole, trzymając w dłoniach kubek kawy. Za ścianą dzieci przymierzały kurtki uszyte z materiału znalezionego w skrzyni Eliasa.
Najmniejsza dziewczynka wyszła przed próg w czerwonym płaszczyku i zawołała:
— Pani Iris, ten guzik jest krzywo!
Spojrzałam na mosiężny klucz leżący obok księgi ojca, potem na rękawy płaszcza, który Isach zostawił przy piecu.
— Wiem — odpowiedziałam. — Dlatego właśnie będzie trzymał najlepiej.






