CZĘŚĆ 4
…Połączenie urwało się, zanim Clara wypowiedziała nazwisko.
Przez kilka sekund słyszałem tylko trzaski radia i ciężki oddech Arthura na dywanie.
Potem spojrzałem na ludzi stojących w holu.
Było ich siedmiu.
Dwóch przy wejściu. Trzech pod schodami. Jeden obok okna. Siódmy, Marco, stał przy panelu bramy i trzymał dłoń na kaburze.
Arthur uniósł głowę.
— Widzisz? — powiedział. — Nie wiesz już, komu możesz ufać.
— Wiem, komu nie ufam.
Wskazałem na niego.
— I wiem, że nie działasz sam.
Marco odsunął się od panelu.
— Szefie, to absurd.
— Nie ruszaj się.
— Zawsze wykonywałem twoje rozkazy.
— Właśnie dlatego jesteś tutaj.
Marta ścisnęła papierową torbę. Z jej wnętrza wydobył się zapach ciepłego chleba i anyżu, zupełnie niepasujący do holu pełnego broni.
Policjanci zaczęli przeszukiwać ochroniarzy. Marco wytrzymał do chwili, gdy znaleźli przy jego pasku drugi telefon. Nie próbował uciekać. Spojrzał tylko na Arthura.
Ten jeden gest wystarczył.
— Zabierzcie go — powiedziałem.
Arthur roześmiał się krótko.
— Myślisz, że to koniec? Clara jest w magazynie. Moretti ma ją na muszce. Kiedy tam pojedziesz, dostaniesz wybór: księga albo kobieta.
— A ty?
— Ja jestem jedynym człowiekiem, który może ci powiedzieć, gdzie dokładnie jest wejście.
— Nie. Jesteś człowiekiem, który chce, żebym tam pojechał.
W kieszeni poczułem kartkę Clary. Papier był zagięty w miejscu, gdzie napisała o telefonie znalezionym w kurtce Arthura. Wyciągnąłem ją i przeczytałem jeszcze raz.
I wtedy zauważyłem coś, czego wcześniej nie dostrzegłem.
Na końcu zdania o zamknięciu bramy Clara narysowała mały kwadrat. Taki sam znak widziałem kiedyś przy rachunkach z prywatnego gabinetu. Oznaczał bezpieczne przejście przez kanał techniczny.
Clara nie chciała, żebym przyjechał główną drogą.
Chciała, żebym wszedł od strony torów.
Arthur o tym nie wiedział.
— Zostaniesz tutaj — powiedziałem.
— Jeśli wyjdziesz bez mojej pomocy, ona umrze.
— Jeżeli cię zabiorę, umrze szybciej.
Marta podeszła do mnie.
— Znam starą przepompownię. Za piekarnią jest kanał odprowadzający wodę. Można nim dojść pod magazyn numer siedemnaście.
— Skąd znasz ten kanał?
— Tomas pokazał mi go, zanim zniknął. Powiedział, że jeśli kiedyś Clara przyjdzie do mnie po pomoc, mam nie zadawać pytań.
To był nieoczekiwany cios. Tomas przygotował dla siostry drogę ucieczki, ale nie zdołał jej wykorzystać.
Wziąłem latarkę, nóż i klucz z blaszką numer siedemnaście. Nie zabrałem księgi. Nie miałem jej.
Właśnie to miało uratować Clarę.
Kanał pod torami był niski i mokry. Po kilku metrach moje buty wypełniła lodowata woda. Marta szła przede mną, osłaniając latarkę dłonią. Nad głowami dudniły przejeżdżające pociągi.
— Clara powiedziała mi, że Tomas nie ukradł pieniędzy — szepnęła.
— Wiem.
— Arthur kłamał.
— O wielu rzeczach.
— Dlaczego jej uwierzyłeś?
Przypomniałem sobie pustą filiżankę, miedziany naparstek i kobietę klęczącą przy zakrwawionym dywanie, która nie zadała ani jednego pytania.
— Bo mogła odejść i pozwolić mi umrzeć.
Kanał kończył się pod betonową podłogą magazynu. Usłyszeliśmy głosy.
— Księga! — krzyczał Luca Moretti. — Masz dziesięć minut!
— Nie mam jej — odpowiedziała Clara.
— Twój pracodawca będzie mniej odporny na negocjacje.
— Leo nie jest moim pracodawcą.
Zapadła krótka cisza.
— Więc kim jest?
— Człowiekiem, którego uratowałam.
Podważyłem kratę. Wyszliśmy za stosami skrzyń. Clara stała przy stalowym stole, związana plastikową opaską. Jej włosy były rozpuszczone, a na policzku miała rozcięcie. Luca trzymał broń przy jej szyi. Obok niego stało dwóch ludzi.
— Zostaw Martę i wyjdź — powiedział Luca.
— Nie.
— Przyniosłeś księgę?
— Przyniosłem coś lepszego.
Rzuciłem na stół telefon Arthura.
Luca spojrzał na ekran. Był tam zapis przelewów, nazwiska i wiadomości z ostatnich miesięcy. Clara znalazła telefon w kurtce Arthura, ale nie wykorzystała go do wezwania policji. Zrobiła zdjęcia dokumentów i wysłała je na automatyczną skrzynkę pocztową Marty.
Marta otworzyła ją teraz na swoim telefonie.
— Cała księga jest tutaj — powiedziała. — Wysłana do pięciu rodzin i dwóch gazet. Jeśli coś stanie się Clarze, wiadomości zostaną przekazane wszystkim.
Luca odsunął broń od jej szyi.
— To blef.
Clara spojrzała na mnie.
— Nie blef.
Luca zaczął czytać. Im dalej przewijał, tym bardziej zmieniała się jego twarz. Arthur zapłacił mu za zabójstwo, ale jednocześnie sprzedawał jego nazwisko ludziom, których Luca uważał za sojuszników.
Arthur nie planował wojny między rodzinami.
Planował, żeby każda z nich uwierzyła, że wojna już się zaczęła.
— Ten człowiek okradł nas wszystkich — powiedział Luca.
— I zamierzał wykorzystać mnie jako pierwszą ofiarę — odparłem.
Luca popatrzył na Clarę.
— Dlaczego jej pomogłeś?
— Bo ona pomogła mnie, kiedy mogła pozwolić, żebym zginął.
To wystarczyło.
Luca opuścił broń. Jego ludzie zrobili to samo. Marta przecięła opaskę na nadgarstkach Clary.
Clara zachwiała się. Złapałem ją, zanim upadła.
— Boli? — zapytałem.
— Tylko ręce.
— Arthur powiedział, że Tomas był złodziejem.
Jej twarz stężała.
— Tomas znalazł pierwszą część księgi. Arthur kazał go zabić, ale nie wiedział, że mój brat zostawił kopię w kanałach.
Marta wyjęła z papierowej torby mały metalowy pojemnik po herbacie. W środku znajdował się zwinięty zeszyt z poplamionymi kartkami.
Księga nie była w moim domu.
Tomas ukrył ją u Marty, zanim zginął.
Clara przez sześć miesięcy szukała dowodu, a ja przez sześć miesięcy mieszkałem kilka ulic od prawdy, nie wiedząc nawet, że istnieje.
Kiedy wróciliśmy do posiadłości, Arthur siedział przy stole w jadalni, pilnowany przez policjantów. Marco zeznawał przeciwko niemu, a na ekranie telefonu pojawiały się kolejne potwierdzenia przelewów.
Arthur spojrzał na Clarę.
— To przeze mnie twój brat nie żyje — powiedział.
Clara zatrzymała się.
— Nie oczekuj przebaczenia tylko dlatego, że w końcu powiedziałeś prawdę.
— Mogę wskazać miejsca, gdzie są inni ludzie.
— Wskażesz.
— A potem?
Clara spojrzała na mnie, nie na niego.
— Potem będziesz żył z tym, że zostałeś uratowany przez kobietę, którą uważałeś za niewidzialną.
Arthur pobladł bardziej niż wtedy, gdy policjanci znaleźli telefon.
Nie stracił pieniędzy.
Stracił kontrolę nad opowieścią, którą przez lata pisał innym ludziom.
Później Clara oddała mi miedziany naparstek. Leżał na jej dłoni, porysowany i wgnieciony.
— Zostawiłaś go celowo? — zapytałem.
— Nie. Spadł mi.
— Mogłem go nie znaleźć.
— Ale znalazłeś.
Spojrzałem na pustą srebrną tacę w kuchni.
— Jutro nie musisz robić kawy.
— Wiem.
— A jeśli zechcesz odejść?
Clara założyła naparstek na kciuk i zaczęła zszywać rozpruty mankiet mojego zakrwawionego rękawa.
— Najpierw skończę to, co zaczęłam.
Nie zapytałem, czy chodziło jej o Arthura, o księgę, czy o brata.
Gdy igła przebiła czarny materiał, Clara powiedziała cicho:
— Tym razem żadna plama nie zostanie przykryta dywanem.
Przegapiłeś początek?






