CZĘŚĆ 4
— Nathan, jeśli ta dziewczynka naprawdę jest twoją córką, musisz natychmiast przyjechać do archiwum firmy, bo znaleźliśmy jeszcze jeden dokument…
— Nie jadę sam — odpowiedziałem.
Spojrzałem na Sarah. Jej oddech był urywany, a usta miała sine.
— Najpierw szpital.
Damian zaśmiał się nerwowo.
— Nie może pan tak po prostu zabrać jej do prywatnej kliniki. To nie rozwiąże…
— Właśnie po to mam pieniądze, żeby rozwiązywać rzeczy, których nie powinno się zostawiać do jutra.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do kierownika kliniki, którą finansowała moja firma. Nie prosiłem o przysługę. Wydałem polecenie przyjęcia Sarah natychmiast, zapewnienia jej lekarza i rozpoczęcia leczenia bez czekania na potwierdzenie ubezpieczenia.
Kiedy skończyłem, Lily nadal stała z telefonem matki w dłoni.
— Czy ona umrze? — spytała.
To było pytanie, którego nie można było uciszyć pieniędzmi.
— Lekarze zrobią wszystko, co potrafią — powiedziałem. — A ja będę przy niej.
— Nie znam pana.
— Wiem.
— Mama mówiła, że mój tata nie wiedział o mnie.
— Nie wiedziałem. Ale teraz wiem.
Lily spojrzała na mnie podejrzliwie, jakby sprawdzała, czy potrafię udźwignąć te słowa.
Ratownicy przyjechali po siedmiu minutach. W tym czasie Sarah nie pozwoliła mi odejść od łóżka. Jej palce były lodowate.
— Nie zabieraj jej ode mnie — powiedziała.
— Nie zabiorę.
— Nie chodzi tylko o Lily. Chodzi o to, że kiedy twój ojciec mnie wyrzucił, obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę, żeby twoje nazwisko stało się dla niej kolejną krzywdą.
— Dlaczego nie powiedziałaś jej, kim jestem?
— Bo musiałam mieć pewność, że nie odziedziczy po tobie tylko pieniędzy.
To zdanie bolało, lecz nie mogłem się na nie obrazić.
Lily chwyciła torbę z ubraniami. Na jej boku wisiała mała, drewniana szpulka z czerwoną nicią.
— To dla mamy — wyjaśniła. — Gdy się boi, trzyma ją w dłoni.
W szpitalu lekarz potwierdził, że Sarah cierpi na ciężką niewydolność szpiku i potrzebuje pilnego leczenia. Przez trzy miesiące ukrywała objawy, bo większość pieniędzy przeznaczała na Lily i czynsz.
— Czy ona ma szansę? — zapytałem.
Lekarz nie obiecywał cudów.
— Ma szansę, jeśli nie będziemy już tracić czasu.
Wpłaciłem pierwszą kwotę, lecz zanim podpisałem dokumenty, do sali wszedł dyrektor kliniki.
— Panie Cole, muszę powiedzieć coś, czego nie przekazał panu Damian Voss. Sarah nie została wykreślona z ubezpieczenia przez pomyłkę. Formularz z pańskim podpisem został złożony razem z dodatkowym poleceniem. Pieniądze z funduszu lokatorów przeniesiono do spółki należącej do pana Vossa.
— Ile?
— Prawie dwa miliony dolarów.
Poczułem wściekłość, lecz tym razem nie była bezradna. Miała kierunek.
Pojechałem do archiwum firmy z panią Ireną, Lily i kopertą schowaną wewnątrz marynarki. Damian czekał w sali konferencyjnej. Obok niego siedział August Cole, mój stryj i przewodniczący rady nadzorczej.
Na stole leżała gruba księga rachunkowa.
— Twój ojciec kazał ją ukryć — powiedział August. — Znalazłem ją za podwójną ścianą w jego gabinecie.
Damian poderwał się z krzesła.
— To prywatne dokumenty. Nie możecie ich użyć.
— Możemy — odpowiedziałem. — Zwłaszcza że każdy przelew prowadzi do twojej spółki.
August przesunął w moją stronę ostatnią kartkę.
Widniał na niej podpis mojego ojca i krótkie polecenie: „Zabezpieczyć Sarah. Nie dopuścić do kontaktu z Nathanem. Dziecko nie może zostać ujawnione przed przekazaniem udziałów Damianowi”.
Zrozumiałem wtedy, że mój ojciec nie ukrywał Sarah tylko po to, żeby chronić reputację. Chciał mnie osłabić, odciąć od jedynej osoby, która znała jego przekręty, a potem oddać kontrolę nad firmą człowiekowi, którego uważał za posłusznego.
— Mój ojciec chciał przekazać ci firmę? — spytałem.
Damian zacisnął szczękę.
— Chciał przekazać ją komuś, kto nie był miękki.
— Nie byłeś silny. Byłeś użyteczny.
Pani Irena położyła na stole pęk kluczy.
— I nie był pan jedynym świadkiem — powiedziała. — W tej kamienicy wszyscy wiedzieli, że fundusz lokatorów znikał. Tylko bali się mówić.
Damian spojrzał na mnie.
— Jeśli mnie wyrzucisz, stracisz połowę majątku. Wszystko, co zbudował twój ojciec, runie.
— To nie on zbudował moje życie. Zbudował mur między mną a córką.
Tego samego dnia odwołałem Damiana z zarządu, zamroziłem jego spółki zależne i przekazałem księgę niezależnym księgowym. Nie wezwałem policji. Nie dlatego, że mu wybaczyłem, lecz dlatego, że po raz pierwszy chciałem, aby konsekwencje nie były moim widowiskiem. Jego podpisy, przelewy i decyzje mówiły wystarczająco dużo.
Najtrudniejsza rozmowa czekała mnie jednak w szpitalu.
Sarah siedziała podłączona do kroplówki. Lily spała na krześle, z głową opartą o torbę z ubraniami.
— Oddałeś firmę? — spytała Sarah.
— Nie. Oddałem część udziałów funduszowi lokatorów. Każda rodzina w twojej kamienicy dostanie możliwość spłaty zaległości bez odsetek. A pracownie na parterze zostaną przeznaczone dla osób, które potrafią szyć, naprawiać i uczyć innych.
— Dlaczego?
— Bo Lily nie powinna zarabiać na bandaże, szyjąc do krwi.
Sarah odwróciła twarz.
— Nie chcę, żebyś kupował sobie rodzinę.
— Nie kupuję. Próbuję zapłacić za lata, których nie da się odzyskać.
— Tego też nie da się zapłacić.
— Wiem.
Wyjęła spod poduszki małą mosiężną zawieszkę w kształcie żurawia.
— Zatrzymałam ją, kiedy twój ojciec zabrał wszystkie listy.
— Pamiętam. Dałem ci ją na dworcu.
— Mówiłeś, że żuraw zawsze wraca do tego samego miejsca.
Uśmiechnąłem się smutno.
— Byłem wtedy bardzo młody.
— Nadal jesteś. Tylko masz więcej pieniędzy i więcej rzeczy do stracenia.
Lily obudziła się i podeszła do łóżka.
— Czy mogę zadać panu pytanie?
— Możesz mówić do mnie Nathan.
— A jeśli nie będę chciała mówić „tato”?
Zabrakło mi powietrza, lecz nie próbowałem jej przekonywać.
— Wtedy będę po prostu Nathanem. Przyjdę, kiedy pozwolisz. Odejdę, kiedy poprosisz. Ale nie zniknę bez wyjaśnienia.
Lily patrzyła na mnie długo.
— Możesz jutro przynieść mi materiał? Ten, który nie drapie palców.
— Przyniosę.
— I nowe zapięcia?
— Całe pudełko.
— Nie za darmo — dodała poważnie. — Mama mówi, że praca ma wartość.
— W takim razie będziesz mi wystawiać rachunki.
Po raz pierwszy uśmiechnęła się do mnie naprawdę.
Sarah zasnęła tej nocy spokojniej. Lekarze rozpoczęli leczenie, a po kilku dniach jej stan przestał się pogarszać. Nie było cudownego uzdrowienia. Były kroplówki, bóle, wyniki badań i długie godziny, w których Lily siedziała obok matki z materiałem na kolanach.
Ja siedziałem po drugiej stronie, ucząc się nawlekać igłę.
Pierwsza próba skończyła się splątanym węzłem.
Lily prychnęła.
— Tato, robisz to źle.
Zatrzymałem palce nad kawałkiem białego płótna.
Sarah otworzyła oczy.
Żadne z nas się nie poruszyło.
Lily spojrzała na mnie z zakłopotaniem.
— Tak tylko powiedziałam.
Przełknąłem gulę w gardle i podałem jej igłę.
— To pokaż mi jeszcze raz.
Na stole między nami leżała mosiężna zawieszka, a czerwona nić przechodziła przez materiał nierówno, lecz uparcie — ścieg po ściegu, dokładnie tak, jak zaczynała się nasza rodzina.






