CZĘŚĆ 4
…Mira podniosła fiolkę z podłogi, zanim Wiktor zdążył ją nadepnąć.
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Za ścianą przejechał pociąg. Szyby zadrżały, a z sufitu spadł cienki płatek tynku.
— To nie moje — powiedział Wiktor.
— Twoje nazwisko nie jest na etykiecie — odpowiedziała Mira. — Ale numer partii jest z magazynu programu.
Elena wyrwała jej fiolkę z dłoni.
— Jaki lek podano Rumenowi?
Doktor Petrow obejrzał etykietę i zamknął oczy.
— Środek na uspokojenie rytmu serca. W jego stanie, przy tej dawce, mógł wywołać zatrzymanie krążenia.
Wiktor cofnął się do pianina.
— Nie podawałem mu niczego.
— Kto miał dostęp do garderoby? — zapytałem.
— Cała ekipa — odparł.
— Ale tylko jedna osoba znała jego wyniki i wiedziała, że nie wolno mu tego przyjąć — powiedział doktor.
Wiktor spojrzał na Mirę.
Księgowa zadrżała.
— Nie patrz na mnie.
— To ty przynosiłaś mu wodę — powiedział Wiktor.
— Bo ty kazałeś mi pilnować, żeby nie pił kawy przed występem.
— Nie kazałem ci go truć!
Słowo zawisło w sali.
Wiktor zorientował się, co właśnie powiedział, ale było już za późno.
Elena zrobiła krok w jego stronę.
— Skąd wiesz, że ktoś go otruł?
Nie odpowiedział.
Tym razem nie potrzebowaliśmy żadnego nagrania ani kolejnego dokumentu. Wystarczył jego własny odruch, zbyt szybki i zbyt dokładny.
Mira wyjęła telefon.
— Mam kopie wszystkich wiadomości. Także tej, w której pisałeś, że Rumen „musi wytrzymać jeszcze jeden odcinek, choćby trzeba było go uspokoić”.
— To nie znaczy, że chciałem jego śmierci.
— A czego chciałeś? — spytałem.
Wiktor spojrzał na mnie z twarzą człowieka, któremu właśnie zabrano ostatnią wymówkę.
— Finału. Sponsorzy grozili odejściem. Rumen był jedynym uczestnikiem, który mógł uratować program.
— Więc uratowałeś program jego kosztem?
— Nie wiedziałem, że serce nie wytrzyma.
Doktor położył dłoń na teczce.
— Wiedziałeś. Podpisałeś dokument.
Do sali weszła kobieta w granatowym płaszczu. Rozpoznałem ją dopiero po chwili. Była siostrą kobiety z wypadku sprzed trzech lat, tej, której syn przechodził rehabilitację.
— Mam coś, czego nie ma w waszych papierach — powiedziała.
Wiktor pobladł jeszcze bardziej.
Kobieta podeszła do pianina i położyła na nim kartkę.
— Rumen przyszedł do mnie dwa dni przed śmiercią. Powiedział, że przez lata brał winę na siebie, ale nie chce już dłużej pozwalać, by szantażowano jego rodzinę. Poprosił, żebym podpisała oświadczenie, że to nie on prowadził samochód.
Elena zakryła usta dłonią.
— Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej?
— Bo obiecałam mu, że zrobię to dopiero, kiedy będzie bezpieczny. A potem zadzwonili ze szpitala.
Kobieta podała dokument doktorowi. Podpis Rumena znajdował się na dole, a obok widniała data sobotniego poranka.
— On wiedział, że może nie wrócić — powiedziałem.
— Wiedział — odparła. — Ale nie chciał umrzeć jako człowiek, którego wszyscy podziwiają za odwagę, podczas gdy prawdziwą odwagę odkładał na później.
Wiktor usiadł na ławce przy pianinie.
— Rumen mógł odejść z programu — wymamrotał.
— Mógł — powiedziałem. — Gdybyś nie trzymał jego matki za gardło.
Wiktor podniósł głowę.
— Jej leczenie… przerwałem je tylko na tydzień.
Elena rzuciła się ku niemu, ale zatrzymałem ją przed samą ławką.
— Powiedz wszystko — zażądałem.
Wiktor zacisnął dłonie na kolanach.
— Rumen chciał wyjechać do kliniki w Austrii. Miał miejsce. Pieniądze były już zebrane. Znalazłem przelew i zablokowałem go przez księgowość programu. Powiedziałem, że jeśli wyjedzie, matka zostanie bez opieki.
— A fiolka? — spytała Elena.
— Lek przyniosła Mira. Miał tylko uspokoić drżenie rąk.
Mira odsunęła się od niego.
— Powiedziałeś, że doktor go zatwierdził.
Doktor Petrow pokręcił głową.
— Nigdy tego nie zrobiłem.
Wiktor zakrył twarz. Nie było w nim już człowieka, który godzinę wcześniej pilnował drzwi i żądał koperty. Był tylko zmęczony mężczyzna siedzący przy starym pianinie, obok fiolki, która mogła wyjaśnić ostatnie minuty Rumena.
Ale dla mnie to nie wystarczało.
— Gdzie jest koperta? — zapytałem.
Wiktor spojrzał na mosiężną zawieszkę leżącą w mojej dłoni.
— W szafce numer siedemnaście.
Pojechaliśmy do studia jeszcze tego samego wieczoru. Była dwudziesta pierwsza czterdzieści, dokładnie doba po tym, jak Rumen upadł przy schodach. Korytarze były puste. Na scenie stał nierozebrany mikrofon, a na jego podstawie wisiała kartka z imieniem Rumena.
Klucz pasował do szafki.
W środku znalazłem kopertę, mały notes i nieotwartą butelkę wody. Na pierwszej stronie notesu Rumen napisał: „Marek, jeśli to czytasz, nie pozwól, żeby zapamiętali tylko mój ostatni występ”.
Pod spodem znajdowała się lista nazwisk, dat i kwot. Były tam przelewy na leczenie jego matki, podpisy Wiktora, wiadomości od sponsorów i nazwisko człowieka, który przez trzy lata pozwalał Rumenowi brać na siebie cudzą winę.
Na końcu dopisał jedno zdanie: „Prawda nie musi krzyczeć. Wystarczy, że przeżyje tych, którzy próbują ją zamknąć”.
Następnego dnia dyrektor stacji odwołał emisję finału. Nie dlatego, że program stracił główną gwiazdę, lecz dlatego, że dokumenty Rumena pokazały, jak długo jego cierpienie było częścią umowy.
Wiktor oddał wszystkie pieniądze przeznaczone na leczenie jego matki. Mira przekazała księgi rachunkowe rodzinie. Kobieta z wypadku złożyła oświadczenie, a nazwisko Rumena zostało oczyszczone.
Nie było wielkiej sceny przed kamerami.
Była tylko pusta garderoba, mosiężna zawieszka i mikrofon, który nadal czekał na głos człowieka, którego już nie mogłem zawołać.
Tydzień później matka Rumena poprosiła mnie, żebym zawiózł jej notes. Czytała go powoli, przesuwając palcem po każdej linijce.
— On zawsze bał się, że zostanę sama — powiedziała.
— Nie jesteś sama.
— A ty? Co zrobisz z tym wszystkim?
Spojrzałem na kartkę z listą nazwisk.
— Zaniosę ją tam, gdzie nie da się jej schować.
Wieczorem wróciłem do studia. Technicy przygotowywali specjalny koncert poświęcony Rumenowi. Nikt nie chciał śpiewać jego piosenki, bo każdy bał się, że głos załamie się przed ostatnią nutą.
Wziąłem mikrofon.
— Zacznijmy od refrenu — powiedziałem.
— Sam? — spytała jedna z wokalistek.
— Nie. Z nim.
Położyłem mosiężną zawieszkę na pulpicie z nutami. Nie jako talizman. Jako dowód, że Rumen naprawdę tu był.
Kiedy zabrzmiały pierwsze akordy, na ekranie za sceną pojawiło się jego imię. Bez nazwiska dyrektora. Bez logo sponsora. Bez dopisku o oglądalności.
Tylko Rumen Kolew.
A potem z widowni odezwał się chłopięcy głos, czysty i niepewny, śpiewający tę samą melodię, którą Rumen przerwał przy schodach.
Matka Rumena ścisnęła zawieszkę w dłoni i wyszeptała:
— Słyszysz? Tym razem nikt mu nie przerwie.
Przegapiłeś początek?






