CZĘŚĆ 4
— Kto użył mojego zarodka? — zapytałam.
Na ogrodzie zapadła cisza tak głęboka, że usłyszałam kapanie wody z fontanny.
Doktor Whitmore mówił przez głośnik telefonu Cynthii.
— Audrey, nie mogę omawiać wszystkich szczegółów przy innych osobach. Ale dokumenty wskazują, że próbka została przeniesiona do kliniki w Raleigh rok po waszym rozwodzie.
Brielle spojrzała na Prestona.
— Rok po rozwodzie?
— To pomyłka administracyjna — powiedział natychmiast.
Lekarz usłyszał jego głos.
— Panie Holloway, to nie była pomyłka. Podpis pod zgodą na przeniesienie próbki został złożony pańskim nazwiskiem.
Preston ruszył w stronę telefonu.
— Proszę zakończyć tę rozmowę.
— Nie — powiedziałam. — Tym razem nie.
Przyciągnęłam Ethana i Lily bliżej siebie. Chłopiec wciąż trzymał w dłoni rozwiązane sznurowadło, a żółta kaczka Lily była zgnieciona pod jej pachą.
— Doktorze, proszę powiedzieć wszystko.
Po drugiej stronie zapadła krótka przerwa.
— Próbka została wykorzystana w programie zapłodnienia. Dziecko urodziło się rok później. Matką była kobieta wskazana w formularzu dawczyni.
Brielle pobladła.
— Jak nazywała się ta kobieta?
Whitmore nie odpowiedział od razu.
Preston zamknął oczy.
— Brielle — wyszeptał.
Jej ręka powędrowała do brzucha.
— To niemożliwe.
— Pani nazwisko figuruje w dokumentacji — powiedział lekarz. — Transfer przeprowadzono przed pani małżeństwem z Prestonem, ale w aktach jako osoba upoważniona widnieje on.
Zrozumiałam wtedy, dlaczego Preston tak bardzo chciał uchodzić za mężczyznę, który „w końcu znalazł właściwą kobietę”. Nie tylko kłamał o mojej bezpłodności. Zabrał materiał genetyczny, za który zapłaciliśmy wspólnie, i wykorzystał go później, gdy uznał, że może zbudować nową rodzinę bez pytania mnie o zgodę.
Brielle odsunęła się od niego, osłaniając brzuch obiema rękami.
— Dziecko, które noszę…
— Jest nasze — powiedział Preston.
— Nie powiedziałeś mi, że to twoja próbka.
— Chciałem cię chronić.
— Chronić mnie przed czym? Przed prawdą, że twoja poprzednia żona zapłaciła za to, co teraz nazywasz swoim szczęściem?
Cynthia zaczęła płakać.
— Preston, powiedz im, jak to się stało.
— Nie będę się tłumaczył przed tłumem.
— Nie przed tłumem — powiedziałam. — Przed kobietami, których życie urządzałeś za ich plecami.
Doktor Whitmore poprosił, żebym następnego ranka przyjechała do kliniki. Miał przygotować pełną dokumentację, w tym kopię formularza z moim podpisem.
— Ja tego nie podpisałam — powiedziałam.
— Wiem. Podpis różni się od wszystkich pani podpisów w archiwum. Dlatego zawiadomiłem komisję medyczną.
Preston gwałtownie odwrócił się do Cynthii.
— To ty wysłałaś Audrey do tej kliniki?
Cynthia otarła policzek.
— Ja znalazłam jej adres. To ja poprosiłam lekarza, żeby sprawdził stare akta.
— Zdradziłaś mnie.
— Nie. Po raz pierwszy przestałam cię osłaniać.
Brielle zdjęła z palca obrączkę. Nie rzuciła jej na ziemię. Położyła ją spokojnie na stole, obok zaproszeń na przyjęcie.
— Nie wrócę z tobą do domu — powiedziała.
— Brielle, jesteś w ciąży.
— Właśnie dlatego nie wrócę.
Preston spojrzał na mnie.
— Audrey, jeśli powiesz, że się zgadzasz, wszystko da się naprawić.
— Co mam naprawić? Twoje kłamstwo czy cudzą ciążę?
Nie odpowiedział.
Następnego dnia w klinice zobaczyłam formularz. Podpis rzeczywiście naśladował mój, ale ktoś pomylił miesiąc mojego rozwodu. To był błąd, który Preston popełnił, ponieważ wierzył, że nikt nigdy nie sprawdzi dat.
Dokumenty potwierdziły jeszcze jedną rzecz: zarodki z mojego i jego materiału genetycznego nie zostały wykorzystane do poczęcia Ethana i Lily. Dzieci były biologicznie związane ze zmarłą siostrą Audrey, tak jak od początku mi powiedziano. Preston nie był ich ojcem.
To nie odebrało mu jednak niczego, co próbował sobie przypisać. Tylko odebrało mu kłamstwo, że dzieci biegnące do mnie były dowodem jego utraconego ojcostwa.
Brielle przeniosła się do swojej siostry. Nie zerwała od razu kontaktu z lekarzem, bo chciała bezpiecznie donosić ciążę i poznać prawdę o procedurze. Preston musiał podpisać zgodę na wstrzymanie dalszych działań kliniki, a komisja wszczęła postępowanie w sprawie fałszerstwa. Nie czekałam na jego ukaranie.
Ważniejsze było to, że po raz pierwszy musiał sam zapłacić za każde kłamstwo: za przerwane leczenie, za utraconą ciążę, za dokumenty, za przyjęcie urządzone na moją krzywdę.
Kilka dni później spotkałam Brielle w gabinecie doktora Whitmore’a. Siedziała na krześle z dłonią na brzuchu.
— Przepraszam — powiedziała.
— Za co?
— Za to, że uwierzyłam w jego wersję.
— Ja też kiedyś wierzyłam.
Popatrzyła na mój brzuch, potem na fotografię Ethana i Lily, którą trzymałam w portfelu.
— Czy nienawidzisz go?
Pomyślałam o jego toaście i o tym, jak łatwo nazwał całe nasze małżeństwo stratą.
— Nie — odpowiedziałam. — Ale nie oddam mu już ani jednego dnia, którego próbował mnie pozbawić.
Tego wieczoru dzieci bawiły się na podłodze w moim salonie. Ethan budował z klocków krzywą wieżę, a Lily wciskała żółtą kaczkę na sam szczyt.
— Mamo, patrz! — zawołał Ethan. — To jest klinika dla kaczek.
— A kto ją prowadzi? — zapytałam.
Lily podniosła rękę.
— Ja. I nie wpuszczam kłamców.
Roześmiałam się, choć w oczach miałam łzy.
Na stole leżała kopia formularza z podrobionym podpisem. Nie wyrzuciłam jej. Nie dlatego, że chciałam pamiętać Prestona, lecz dlatego, że ten papier w końcu przestał być narzędziem jego władzy. Stał się dowodem, że moje życie nie było zmarnowanym czasem.
Następnego ranka miałam złożyć zeznania przed komisją. Brielle miała powiedzieć, że nie zgadzała się na wykorzystanie zarodka, dopóki nie znała jego pochodzenia. Cynthia obiecała przyjść i potwierdzić, że od lat wiedziała o ukrytych wynikach.
Preston próbował jeszcze raz zadzwonić.
Nie odebrałam.
Po chwili przysłał wiadomość z jednym zdaniem: „Chcę zobaczyć dzieci”.
Popatrzyłam na Ethana i Lily, którzy siedzieli przy stole i kłócili się o ostatni kawałek naleśnika.
Odpisałam tylko: „Nie są częścią twojej opowieści”.
Potem odłożyłam telefon.
Lily podniosła żółtą kaczkę i wsunęła ją do kieszeni mojego płaszcza.
— Weź ją ze sobą, mamo — powiedziała. — Żeby pamiętała drogę.
Kiedy później weszłam do kliniki, doktor Whitmore położył przede mną ostatni dokument. Była to zgoda na zniszczenie wszystkich próbek, których nikt nie miał prawa przenosić ani wykorzystywać.
Podpisałam ją własnym nazwiskiem.
Tym razem nikt nie trzymał mojego nadgarstka, nikt nie ukrywał strony i nikt nie mówił mi, co powinnam czuć.
Na korytarzu czekała Brielle. Nie pytała, czy wybaczę Prestonowi. Zapytała tylko:
— Możemy razem dopilnować, żeby nasze dzieci poznały prawdę, zanim on napisze ją za nas?
Spojrzałam na nią i ścisnęłam w kieszeni gumową kaczkę Lily.
— Tak — powiedziałam. — Ale prawdę opowiemy im dopiero wtedy, gdy nie będzie już służyć jego nazwisku.
Z gabinetu dobiegł płacz noworodka z oddziału obok. Brielle położyła dłoń na brzuchu, a ja wyjęłam z kieszeni żółtą kaczkę i postawiłam ją na podpisanym formularzu.
Doktor Whitmore spojrzał na nią i uśmiechnął się smutno.
— Wygląda na to, że ma pani własnego strażnika dokumentów.
— Nie — odpowiedziałam, patrząc na zabawkę. — Ona pilnuje, żeby już nikt nie pisał mojego życia za mnie.
Przegapiłeś początek?






