CZĘŚĆ 4
…— Jakich zarodków? — zapytałam.
Wiadomość na telefonie rozmazywała się przed oczami. Oliver i Samuel stali przy moich kolanach, nie rozumiejąc, dlaczego dorośli nagle przestali oddychać.
Preston ruszył w moją stronę.
— Pokaż mi ten telefon.
— Nie dotykaj jej — powiedziała Brielle.
— To dotyczy mnie.
— Wszystko, co ukrywałeś, nagle zaczyna dotyczyć wszystkich.
Cynthia wskazała na boczne drzwi domu.
— Do gabinetu. Natychmiast.
Weszliśmy do środka. W salonie pachniało wanilią i świeżo polerowanym drewnem, ale atmosfera przypominała duszne pomieszczenie bez okien. Goście stali pod ścianami, udając, że nie słuchają.
Preston zatrzymał się przed gabinetem.
— To prywatne pomieszczenie.
— Tak samo prywatne były moje wyniki — odpowiedziałam.
Cynthia wyjęła klucz spod ciężkiej donicy z rozmarynem. Metal zgrzytnął w zamku.
— Kod — powiedziała.
— Nie.
Brielle podeszła bliżej.
— Albo go podasz, albo sama zadzwonię do kliniki i powiem, że utrudniasz wyjaśnienie dokumentacji dotyczącej mojego dziecka.
Preston patrzył na nią długo. Potem wystukał cztery cyfry.
Sejf otworzył się z cichym kliknięciem.
W środku leżały dokumenty, kilka kopert i małe plastikowe pudełko z etykietą kliniki. Cynthia wyjęła najgrubszą teczkę.
— To znalazłam po rozwodzie — powiedziała. — Preston zostawił ją w szufladzie ojca.
— Mamo, nie rób tego.
— Robię to dopiero teraz, bo przez lata powtarzałam sobie, że chronię rodzinę. W rzeczywistości chroniłam tchórzostwo.
Podała mi teczkę.
Na pierwszej stronie widniało moje nazwisko. Audrey Bennett. Data pobrania komórek jajowych: dziewiętnasty maja, sześć lat przed rozwodem.
Zamarłam.
Pamiętałam tamten dzień. Białe światło sali zabiegowej. Metaliczny smak w ustach. Prestona siedzącego przy łóżku i obiecującego, że niezależnie od wyniku będziemy razem.
— Lekarz powiedział, że zarodki zostały zamrożone — wyszeptałam.
— Zostały — odpowiedział Preston.
— Powiedziałeś mi, że wszystkie zniszczono po rozwodzie.
— Bo nie chciałem, żebyś ich użyła.
Brielle spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— To nie ty decydowałeś.
— Byłem mężem Audrey.
— Byłeś jej mężem, nie właścicielem jej ciała.
Czytałam dalej. Pod dokumentem o przechowywaniu zarodków widniał podpis Prestona. Przy rubryce dotyczącej przeniesienia do innej kliniki wpisano datę sprzed pięciu lat. Przy nazwisku pacjentki zastępczej nie było mojego nazwiska.
Było nazwisko kobiety, której nie znałam.
— Co to znaczy? — zapytałam.
Preston oparł dłoń o biurko.
— Po rozwodzie chciałem mieć dzieci. Wynająłem matkę zastępczą.
— Z moich komórek jajowych?
— Zarodki były wspólne.
— Nie udzieliłam zgody.
— Podpisałaś zgodę na przechowywanie.
— Nie na wykorzystanie po rozwodzie.
W gabinecie rozległ się głuchy trzask. To Cynthia upuściła pudełko z metalowymi spinaczami.
— Co zrobiłeś? — zapytała syna.
— Chciałem dziecka. Tego, którego mi odmówiła.
Poczułam, że nogi miękną.
— Odmówiłam? Przez siedem lat chodziłam na badania. Brałam leki. Przeszłam zabieg. Płakałam w łazience, kiedy twoja matka pytała, czy „wreszcie coś ze mną jest lepiej”. Ty wiedziałeś, że problem leży w tobie, a mimo to użyłeś moich komórek bez mojej zgody.
— Dzieci urodziły się z twojego materiału genetycznego — powiedział. — Nie chciałem ich oddać obcej rodzinie.
— Gdzie są?
Preston nie odpowiedział.
Brielle ścisnęła dokument.
— Gdzie są dzieci, Preston?
Cynthia zakryła twarz.
— Audrey… chłopcy.
Spojrzałam na Olivera i Samuela, którzy stali w drzwiach. Oliver miał na policzku smugę kremu z tortu. Samuel trzymał drewnianą rakietę obiema rękami.
Wtedy wszystko połączyło się w jedną, potworną całość.
Moja siostra Lydia zmarła pięć lat temu, zostawiając dwóch noworodków. Tego samego tygodnia adoptowałam bliźnięta, wierząc, że są dziećmi rodziny zastępczej, która nie mogła się nimi zająć.
Dokument adopcyjny nie zawierał nazwiska biologicznej matki.
Preston znalazł mnie w szpitalu dzień po pogrzebie Lydii i przez chwilę stał na korytarzu. Powiedział, że cieszy się, iż „wreszcie mam rodzinę”. Nie zapytałam wtedy, skąd wiedział, że będę tamtego dnia.
Teraz wiedziałam.
— Lydia — powiedziałam.
Preston zamknął oczy.
— Była matką zastępczą. Zgodziła się urodzić dzieci, ale po porodzie nie chciała ich zatrzymać. Wiedziałem, że ty je przyjmiesz.
— Wiedziałeś, że to moi synowie.
— Chciałem, żeby byli blisko ciebie.
— I nigdy mi nie powiedziałeś?
— Bałem się, że ich zabierzesz.
Wybuchnęłam śmiechem, który zabrzmiał obco nawet dla mnie.
— Bałeś się, że zabiorę własne dzieci?
Preston zbliżył się o krok.
— Chciałem, żebyś je kochała, zanim poznasz prawdę.
— Kochałam je od dnia, w którym zobaczyłam ich dłonie. Nie potrzebowałam twojego kłamstwa.
Brielle trzymała się za brzuch. Jej twarz była mokra od łez.
— A moje dziecko? — zapytała. — Czy ono też jest z twojego zarodka?
Preston spuścił wzrok.
— Nie.
— Powiedziałeś, że tak.
— Chciałem cię poślubić. Chciałem, żeby wszystko wyglądało normalnie.
— Normalnie? — Jej głos się załamał. — Zaprosiłeś kobietę, którą skrzywdziłeś, na przyjęcie i wzniosłeś toast za jej bezpłodność.
Nikt nie odpowiedział.
Brielle zdjęła z palca pierścionek zaręczynowy. Położyła go na teczce z dokumentami.
— Jutro jadę do kliniki. Sama.
— Brielle…
— Nie idź za mną.
— To moje dziecko.
— Nie wiem już, co jest twoje.
Cynthia podeszła do mnie. W ręku trzymała drugi dokument.
— Jest jeszcze to. Zgoda Lydii na przekazanie dzieci. Podpisała ją przed porodem, ale Preston zatrzymał kopię. Dlatego rodzina zastępcza nie podała ci szczegółów. On zapłacił za całą procedurę i zobowiązał mnie do milczenia.
Przeczytałam podpis siostry. Krzywy, drżący, ale prawdziwy.
Lydia wiedziała, że dzieci trafią do mnie.
Nie wiedziała, że Preston będzie próbował zbudować wokół tego własne kłamstwo.
Oliver podszedł bliżej.
— Mamusiu, czy ten pan jest smutny?
Kucnęłam i objęłam obu synów.
— Jest zagubiony, kochanie.
— To może mu pokażemy rakietę? — zapytał Samuel.
Spojrzałam na drewnianą zabawkę. Zrobiłam ją z kawałka cedru, a na jej boku wyryłam imiona chłopców i datę ich adopcji.
— Nie dzisiaj — odpowiedziałam.
Preston patrzył na nich, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół. Jego oczy były czerwone, ale nie podszedł.
— Audrey — powiedział. — Mogę być ich ojcem.
— Genetycznie jesteś ich ojcem. To nie to samo, co zasłużyć na ich zaufanie.
— Chcę je odzyskać.
— Nie są rzeczą, którą można odzyskać po pięciu latach.
Brielle ruszyła do wyjścia. Przy progu zatrzymała się i odwróciła do mnie.
— Nie wiem, co zrobię z tą ciążą — powiedziała. — Ale wiem, że nie pozwolę mu podpisać za mnie ani jednej kartki.
— Jeśli będziesz potrzebowała kogoś w klinice, zadzwoń.
Skinęła głową.
— Tobie wierzę.
Cynthia została przy biurku. Trzymała w dłoni dokument Lydii, jakby był cięższy od całego domu.
— Nie oczekuję przebaczenia — powiedziała.
— Dobrze.
— Ale chcę zeznawać, jeśli będziesz tego potrzebowała.
— Nie wiem jeszcze, czego będę potrzebowała.
— Zacznij od tego, że zabierzesz chłopców i wszystkie kopie dokumentów.
Preston odsunął się od przejścia.
Nie zatrzymałam się przy nim.
Na podwórzu tort wciąż stał na stole. Krem spłynął już na obrus, a napis „Nasz mały cud” rozpadł się pod ciężarem własnych liter.
Oliver wziął mnie za lewą rękę, Samuel za prawą. Ruszyliśmy ścieżką do samochodu.
Przy furtce Samuel nagle się zatrzymał.
— Mamusiu, zapomniałem rakiety.
Odwróciłam się. Preston stał w drzwiach gabinetu, obok sejfu, który przez lata przechowywał nasze życie w kawałkach.
Podniosłam zabawkę ze stołu i podałam ją synowi.
— Trzymaj mocno.
Samuel przycisnął cedrową rakietę do piersi.
A kiedy silnik samochodu zapalił pod domem Hollowayów, Oliver spojrzał na mnie i zapytał:
— Mamusiu, dokąd teraz lecimy?
Popatrzyłam na dwa imiona wyryte w drewnie i odpowiedziałam:
— Do miejsca, w którym nikt już nie podpisze za naszej rodziny.
Przegapiłeś początek?






