CZĘŚĆ 4 — W dniu ślubu z siedemdziesięciodwuletnim szefem jego syn nazwał mnie łowczynią pieniędzy, a Ryszard nagle zbladł

CZĘŚĆ 4

Telefon dzwonił, dopóki nie zamilkł sam.

Nikt się nie poruszył.

Patrzyłam na kartkę z ostatnim zdaniem Pawła, a słowa rozmazywały mi się przed oczami. „Naszej córce”. Nie „Emilii”. Nie „tobie”. Naszej córce.

— Oddzwoń — powiedziałam do Ryszarda.

— Anno…

— Oddzwoń.

Wyciągnął rękę po telefon, ale zanim zdążył nacisnąć ekran, aparat zadzwonił ponownie. Tym razem Ryszard odebrał.

— Doktorze Wolski?

Słuchał kilka sekund.

Jego twarz stawała się coraz bledsza.

— Nie — powiedział. — To niemożliwe.

Marek przestał udawać obojętność.

— Co on mówi?

Ryszard spojrzał na mnie.

— Doktor Wolski chce porozmawiać z tobą osobiście.

— O czym?

— O Pawle.

Wyszłam na korytarz, choć nogi miałam miękkie jak papier. Emilia siedziała przy schodach, przyciskając drewnianego hetmana do piersi.

— Mamo, czy pan Marek pójdzie do więzienia?

Ukucnęłam przed nią.

— Nie wiem, kochanie.

— Czy tatuś naprawdę był chory?

To pytanie zabolało bardziej niż wszystko, co powiedział Marek.

— Był. Ale nie wszystko, co nam powiedziano, było prawdą.

W gabinecie Ryszarda doktor Wolski czekał już na połączeniu. Miał zmęczoną twarz i okulary zsunięte na czubek nosa.

— Pani Anno, muszę powiedzieć to jasno — zaczął. — Paweł nie zmarł z powodu choroby, którą wpisano do dokumentacji.

Poczułam chłód w palcach.

— Co pan mówi?

— Jego wyniki wskazywały na zatrucie lekami. Dostał dawkę, której nikt nie powinien był mu podać.

Ryszard odwrócił wzrok.

— Wtedy podejrzewał pan coś? — zapytałam.

— Tak. Ale dokumentacja zniknęła z systemu. Kierownik oddziału powiedział, że pomyliłem próbki. Bałem się o pracę, a później o własne życie.

— Dlaczego dzwoni pan dopiero teraz?

Doktor przełknął ślinę.

— Bo dziś rano otrzymałem kopię przelewu. Ktoś zapłacił za zmianę dokumentacji. Pieniądze przyszły z firmy Marka.

Marek rzucił się ku biurku.

— To kłamstwo!

Irena zastąpiła mu drogę.

— Nie zbliżaj się do telefonu.

— Ty stara wiedźmo, nie wiesz, z kim zadzierasz!

— Wiem aż za dobrze — odparła. — Przez rok widziałam, jak podrabiałeś polecenia przelewów w gabinecie ojca. Widziałam też, jak przyniosłeś mu do podpisu pełnomocnictwo, kiedy był po operacji.

Ryszard zacisnął dłonie na poręczy fotela.

— Ireno, dlaczego milczałaś tak długo?

— Bo pan kazał mi czekać, aż zbierze pan wszystko. A ja bałam się, że zanim pan zbierze, Marek skrzywdzi jeszcze kogoś.

Marek spojrzał na ojca.

— To przez ciebie! Gdybyś oddał mi posiadłość, nic z tego nie musiałoby się wydarzyć.

— Przez mój dom otrułeś człowieka? — zapytał Ryszard.

— Nie udawaj świętego. Całe życie trzymałeś mnie na krótkiej smyczy. Paweł miał dostać pieniądze, które obiecałeś mnie. Chciałem tylko wziąć to, co mi się należało.

Wtedy zrozumiałam, czego naprawdę chciał Marek. Nie kochał ojca, nie chciał opieki ani nawet zwykłego spadku. Chciał posiadłości, bo bez niej wszyscy przestaliby wierzyć, że jest kimś ważnym.

Ryszard sięgnął do szuflady i wyjął kolejną kartkę.

— W testamencie nie ma już twojego nazwiska.

Marek roześmiał się pusto.

— Wyrzucisz własnego syna dla niej?

— Nie — powiedział Ryszard. — Wyrzucę cię za to, że zniszczyłeś Pawła i próbowałeś wykorzystać Annę. Ona nie dostała mojego majątku. Dostała prawo decydować, co z nim zrobić.

Podał mi dokument.

Przeczytałam go powoli. Posiadłość miała zostać przekształcona w fundusz dla kobiet wychodzących z domów dziecka i samotnych matek. Ryszard nie zapisał mi całego majątku. Zapisał mi zarządzanie funduszem oraz prawo mieszkania w domu do końca życia, jeśli zechcę.

— Dlaczego? — zapytałam.

— Bo kiedy zobaczyłem ciebie z Emilią pod apteką, przypomniałem sobie córkę, której nie potrafiłem ochronić.

Zamarłam.

— Miał pan córkę?

Ryszard skinął głową.

— Zmarła wiele lat temu. Jej dziecko trafiło do domu dziecka. Nigdy go nie odnalazłem.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Pamiętałam chłodny korytarz mojego pierwszego domu dziecka, kartonową teczkę z numerem zamiast nazwiska i kobietę, która powiedziała, że rodzina nie zgłosiła się po mnie.

— Jak miała na imię? — zapytałam.

— Helena.

Irena nagle usiadła.

— Panie Ryszardzie…

Spojrzałam na niego.

— Moja matka miała na imię Helena.

Nikt nie odezwał się przez kilka sekund.

Ryszard patrzył na mnie, jakby właśnie zobaczył kogoś, kogo szukał przez całe życie, ale bał się dotknąć tej prawdy.

— To niemożliwe — wyszeptał.

— W moich dokumentach była tylko data urodzenia i nazwisko matki. Helena Wrona.

Irena wybiegła z pokoju i wróciła z grubą teczką. W środku znajdowała się fotografia młodej kobiety z małym srebrnym skoczkiem przypiętym do swetra.

Taki sam znak nosił Ryszard.

— Helena miała tę figurkę od ojca — powiedział. — Dałem jej ją, kiedy miała siedem lat.

Nie poczułam radości. Nie od razu.

Poczułam żal za wszystkimi latami, kiedy czekałam, aż ktoś po mnie wróci.

Ryszard nie próbował mnie przytulić. Stał nieruchomo, jakby rozumiał, że żadnym gestem nie naprawi mojego dzieciństwa.

— Nie jestem gotowa na słowo „tato” — powiedziałam.

— Wiem.

— I nie wiem, czy potrafię być twoją żoną po tym wszystkim.

— Nie musisz.

Spojrzałam na niego.

— Co powiedziałeś?

— Jeśli zostaniesz, chcę, żebyś została dlatego, że tego chcesz. Nie z powodu dachu, pieniędzy ani mojego nazwiska. Małżeństwo może zostać unieważnione. Fundusz także będzie działał, nawet jeśli odejdziesz.

To był pierwszy raz, kiedy dał mi wybór bez ukrytej ceny.

Marek próbował wyjść, ale przy wejściu czekała już ochrona wezwana przez Ryszarda. Nie było krzyków ani wielkiego widowiska. Irena przekazała kasetkę doktorowi Wolskiemu, a dokumenty trafiły do osób, które mogły zabezpieczyć sprawę. Marek stracił dostęp do rachunków, firmy i posiadłości, zanim zdążył wykonać jeszcze jeden ruch.

Najbardziej zabolało go nie to, że miał ponieść konsekwencje.

Zabolało go, że Ryszard odebrał mu coś, co uważał za dowód własnej wartości.

Przed wieczorem znalazłam Marka w oranżerii. Siedział przy pustym stole, a na jego mankiecie nadal tkwiła kropla wody.

— Przyszłaś się cieszyć? — zapytał.

— Nie.

— Powinnaś. Wygrałaś.

— To nie była gra.

— Dla ciebie może nie. Dla mojego ojca wszystko zawsze było partią szachów.

Pomyślałam o Emilii i jej drewnianym hetmanie.

— To ty zrobiłeś z życia ludzi planszę.

Marek odwrócił wzrok.

— Paweł sam podpisał dokument.

— A ty sam podałeś mu pieniądze, które miały go leczyć.

Nie odpowiedział.

Nie potrzebowałam jego skruchy. Potrzebowałam, żeby prawda przestała należeć do niego.

Później poszłam do biblioteki. Emilia układała pionki na szachownicy, a Ryszard siedział naprzeciwko niej z ręką opartą na lasce.

— Mamo, pan Ryszard powiedział, że hetman nie musi być największą figurą, żeby uratować króla.

— To prawda — powiedział Ryszard. — Czasem wystarczy, że stanie we właściwym miejscu.

Wyjęłam z kieszeni drewnianego hetmana, tego ze startą koroną, i postawiłam go na środku planszy.

— A czasem — dodałam — trzeba przewrócić całą planszę, żeby nikt już nie oszukiwał.

Emilia uśmiechnęła się do mnie.

Ryszard patrzył na figurkę, potem na mnie. Nie poprosił, żebym nazwała go ojcem. Nie obiecał, że wszystko będzie dobrze.

Podsunął tylko w moją stronę białego króla.

— Twój ruch, Anno.

Przesunęłam figurę, a mosiężna tabliczka pod szachownicą zadrżała cicho.

Tym razem nie chodziło o zwycięstwo.

Chodziło o to, żeby Emilia mogła dorastać przy stole, przy którym nikt już nie będzie decydował za nią, ile jest warta.

Оцените статью