CZĘŚĆ 4
Wzięłam telefon od Marty i przycisnęłam go do ucha.
— Proszę mówić — powiedziałam.
— Nie przez telefon — odparł notariusz. — Czy kapitan może zapewnić wam spokojne miejsce po lądowaniu?
Karolina usłyszała każde słowo.
— Jaką firmę? — zapytała.
— Panią Karolino, proszę usiąść — powiedział kapitan.
— To moja firma. Nikt nie ma prawa o niej rozmawiać bez mojego udziału.
— Właśnie dlatego musi pani usiąść — odpowiedziałam.
Przez kilka sekund patrzyła na mnie z gniewem. Potem opadła na fotel. Jedno z doczepianych pasm zsunęło się na jej kolano. Czerwony kartonik nadal wisiał przy końcówkach, choć Marta próbowała go wcześniej schować.
„Znalazca proszony o oddanie cudzej własności.”
Napis był teraz widoczny dla niej równie wyraźnie jak dla wszystkich.
Notariusz czekał na linii.
— Proszę powiedzieć jej tylko tyle — rzekł. — Dokument potwierdza, że jej ojciec przekazał udziały w spółce na podstawie fałszywego pełnomocnictwa. Ale to nie wszystko. Właścicielką części udziałów jest osoba wskazana przez Elżbietę Maj.
Karolina pobladła.
— Kto? — zapytała.
Spojrzałam na nią.
— Ja.
Kobieta przy przejściu wydała cichy okrzyk. Siwy mężczyzna oparł dłonie na lasce.
— To niemożliwe — powiedziała Karolina.
— Twoja matka nie ufała twojemu ojcu. Wiedziała, że może próbować odebrać ci wszystko. Dlatego kupiła udziały na moje nazwisko, a w testamencie zapisała je tobie po osiągnięciu trzydziestego piątego roku życia.
— Mam trzydzieści sześć lat.
— Właśnie.
— Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?
— Bo twój ojciec przedstawił sfałszowane zaświadczenie o śmierci Elżbiety i zabrał dokument z kancelarii. Prawnik, który wtedy prowadził sprawę, zmarł. Jego córka znalazła kopię dopiero przy porządkowaniu archiwum.
Karolina zacisnęła szczękę.
— Mój ojciec nie mógł tego zrobić.
— Mógł — odparłam. — I zrobił. Ale jest jeszcze coś.
Kapitan spojrzał na mnie ostrzegawczo.
— Proszę zachować spokój. Jesteśmy w samolocie.
— Nie chcę jej niszczyć — powiedziałam. — Chcę, żeby przestała żyć na cudzym kłamstwie.
Wyjęłam z koperty drugą kartkę. Nie wręczyłam jej Karolinie. Przeczytałam ją sama.
Elżbieta napisała: „Heleno, jeśli odnajdziesz moją córkę, nie oddawaj jej pieniędzy bez rozmowy. Pieniądze nie naprawią dzieciństwa. Powiedz jej, że uciekłam nie dlatego, że jej nie chciałam, lecz dlatego, że jej ojciec zagroził, że ją skrzywdzi. A jeśli wyrośnie na osobę, która krzywdzi słabszych, nie ratuj jej samym nazwiskiem.”
Skończyłam czytać.
Karolina patrzyła na mnie, jakby czekała na cios.
— Co napisała? — spytała.
— Że cię kochała. I że nie mam cię ratować przed konsekwencjami twoich czynów.
Jej oczy wypełniły się łzami, ale głos pozostał twardy.
— Nie znasz mnie.
— Dziś widziałam, jak zabierasz cudze pieniądze i każesz starszej kobiecie przenieść jedzenie, bo twoje włosy nie mogą pozostać na swoim miejscu. To nie jest całe twoje życie. Ale to jest prawda o tym dniu.
Karolina zakryła twarz dłońmi. Jej paznokcie uderzały o policzki.
Marta uklękła przy niej.
— Proszę oddychać spokojnie.
— Ona chce odebrać mi wszystko — wyszeptała Karolina.
— Nie — powiedziałam. — Chcę przekazać ci to, co należało do ciebie. Pod jednym warunkiem.
Podniosła głowę.
— Jakim?
— Że nie przejmiesz udziałów sama. Utworzysz fundusz dla dziewczyn, które pracują w twoich salonach i nie mogą opłacić nauki. Twoja matka odkładała pieniądze właśnie z myślą o edukacji. Nie po to, żebyś kupowała kolejne samochody.
Karolina zaśmiała się krótko, gorzko.
— Przylatujesz do mnie w samolocie, przyklejasz mi kartkę do włosów i żądasz, żebym zmieniła firmę?
— Nie. Przyklejam ci kartkę, bo zwykła prośba nie zadziałała. O firmie rozmawiamy dlatego, że twoja matka zostawiła ci coś większego niż pieniądze.
— A jeśli odmówię?
— Udziały pozostaną zamrożone. Nie dostaniesz ich ani ty, ani twój ojciec.
To był nieoczekiwany cios. Karolina odsunęła się od oparcia.
— Mój ojciec wciąż żyje?
— Żyje. I wczoraj złożył wniosek o sprzedaż części spółki zagranicznemu funduszowi. Nie wiedział, że odnalazł się dokument Elżbiety. Jeśli sprzeda udziały dziś, pieniądze znikną.
Notariusz odezwał się przez telefon.
— Samolot wyląduje za czterdzieści minut. Po wyjściu z pokładu musimy podpisać zabezpieczenie udziałów. Pani Karolino, bez pani oświadczenia będzie trudno zatrzymać transakcję.
Karolina spojrzała na ekran mojego telefonu.
— A jeśli podpiszę?
— Wtedy twoja część zostanie zablokowana do czasu wyjaśnienia oszustwa. Nie odzyskasz wszystkiego natychmiast. Będziesz musiała zeznawać przeciwko własnemu ojcu.
Oparła czoło o dłonie.
Przez chwilę widziałam nie właścicielkę salonów, nie kobietę z długimi paznokciami, lecz małą dziewczynkę z fotografii Elżbiety. Dziewczynkę w żółtym płaszczyku, trzymającą papierowego motyla.
Nie wyciągnęłam do niej ręki.
Karolina sama położyła swoją dłoń na stoliku.
— Chcę zobaczyć list — powiedziała.
Podałam jej kartkę.
Czytała długo. Gdy dotarła do słów o groźbach ojca, jej twarz zmieniła się całkowicie.
— Całe życie mówił, że matka mnie porzuciła — wyszeptała.
— Wiem.
— A ty wiedziałaś?
— Wiedziałam tylko tyle, ile napisała. Resztę musisz odkryć sama.
— Dlaczego mnie szukałaś?
— Bo twoja matka poprosiła mnie o to. I dlatego, że kiedy miałam trzydzieści lat, obiecałam jej, że nie pozwolę, abyś dorastała jako cudza tajemnica.
Karolina przełknęła ślinę.
— A dziś nazwałam cię wiedźmą.
— Nazwałaś mnie też przewrażliwioną.
Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, ale natychmiast zniknął.
— Naprawdę wsypałaś mi ten kolor we włosy?
— Nie wsypałam. To kreda do włosów. Zmywa się wodą. Pracowałam kiedyś przy kostiumach teatralnych. Umiem zaczepić papier tak, żeby nie uszkodzić pasm.
— I banknot?
— Prawdziwy. Pomyślałam, że człowiek, który nie potrafi zapytać, do kogo należy znaleziony banknot, powinien przynajmniej zobaczyć siebie z odpowiednim napisem.
Karolina spuściła wzrok.
Kiedy samolot zaczął schodzić, pasażerowie zajęli miejsca. Marta podała Karolinie mokry ręcznik, lecz kobieta nie wytarła włosów. Zostawiła czerwony kartonik tam, gdzie wisiał.
— Pani Heleno — odezwała się kobieta przy przejściu. — Czy mogę prosić o numer kancelarii? Chciałabym potwierdzić, co widziałam, jeśli będzie potrzebny świadek.
— Oczywiście.
Siwy mężczyzna również wyjął długopis.
— Ja też złożę oświadczenie. Nie lubię, gdy ktoś mówi, że starsi ludzie nie widzą, co się dzieje.
Karolina spojrzała na nich oboje.
— Przepraszam — powiedziała.
Kobieta przy przejściu odpowiedziała bez uśmiechu:
— Najpierw proszę przeprosić panią Helenę. Potem tych, których pani przez lata traktowała jak meble w swoich salonach.
Karolina przytaknęła.
Po lądowaniu nie pobiegła do wyjścia. Czekała, aż wysiądą inni. Gdy przyszła nasza kolej, stanęła obok mnie na pasie między siedzeniami.
— Nie wiem, czy potrafię być córką — powiedziała.
— Nie prosiłam cię o to.
— A czego chcesz?
— Żebyś przeczytała cały list. Potem żebyś podpisała dokument, jeśli naprawdę uznasz, że twoja matka miała rację.
— I co będzie z tobą?
— Mam samolot powrotny za trzy dni. Zosia odbierze mnie z lotniska.
Karolina spojrzała na moje zdjęcie w granatowej oprawce.
— Mogę ją poznać?
— Nie dziś. Najpierw poznaj siebie bez historii, którą opowiedział ci ojciec.
Przy wyjściu zatrzymała się jeszcze raz. Wyjęła z włosów czerwony kartonik i podała mi go dwoma palcami.
— Zostaw go — powiedziałam. — Będzie ci potrzebny.
— Do czego?
— Do pierwszego salonu, który odwiedzisz po podpisaniu dokumentów. Powieś go przy kasie.
Zmarszczyła brwi.
— Z napisem o cudzej własności?
— Z napisem, który przypomni ci, że żadna korona nie daje prawa do cudzych ramion.
Karolina długo patrzyła na kartonik. Potem przypięła go do własnej torebki.
Na końcu korytarza czekał notariusz z plikiem dokumentów. Obok niego stał mężczyzna o twarzy podobnej do Karoliny. Jej ojciec.
Zobaczył mnie i zatrzymał się.
— Heleno — powiedział. — To nie może być prawda.
Karolina stanęła przede mną.
— Tato, prawda zaczęła się wtedy, kiedy znalazła mój banknot na podłodze.
— Jaki banknot?
Karolina wskazała czerwony kartonik przy torebce.
— Ten dzień kosztował mnie sto dolarów. Ciebie będzie kosztował całe kłamstwo.
Notariusz otworzył teczkę. Ja podałam Karolinie pióro.
Podpisała pierwszą stronę drżącą ręką, a potem drugą — już pewniej.
Z głośników nad lotniskowym korytarzem popłynęło wezwanie dla pasażerów kolejnego lotu. Karolina schowała list matki pod marynarkę i odwróciła się do ojca.
— Zaczniemy od tego, co zabrałeś — powiedziała. — A potem zdecyduję, czego jeszcze nie potrafię ci wybaczyć.
Na jej torebce kołysał się czerwony prostokąt.
„Znalazca proszony o oddanie cudzej własności.”
Przegapiłeś początek?






