CZĘŚĆ 4
…Lena wyrwała kopertę z dłoni Barbary.
— To moje nazwisko — powiedziała.
Eric zrobił krok w jej stronę.
— Odłóż to.
— Dlaczego mam odłożyć coś, co jest zaadresowane do mnie?
Barbara nie próbowała jej zatrzymać. W pudełku zostało już tylko kilka pustych rachunków i dziecięcy termometr, który kupiłam jeszcze przed porodem. Leżał na dnie jak dowód, że Chloe od początku była realna, choć Eric próbował wymazać ją z własnego życia.
Lena rozerwała kopertę.
W środku znajdowała się kopia wiadomości od doradcy finansowego oraz formularz, który Eric podpisał trzy dni przed odejściem. Wynikało z niego, że planował sprzedać wspólny samochód, wypłacić resztę oszczędności i przedstawić mnie jako osobę, która dobrowolnie zrezygnowała z pieniędzy.
— „Marta nie będzie rościła żadnych praw” — przeczytała Lena. — Tak tu napisałeś.
— To był projekt.
— Z moim podpisem pod spodem?
Eric pobladł jeszcze bardziej.
— Chciałem, żebyśmy mieli spokojny start.
— Spokojny start na cudzej krzywdzie?
W pokoju zrobiło się ciasno. Słyszałam tykanie zegara na półce i własny oddech. Każde uderzenie wskazówki przypominało mi, że do południa zostało niewiele czasu.
— Barbara — powiedziałam — klinika czeka na przelew.
— Zostanie wykonany za kilka minut.
Eric odwrócił się do matki.
— Nie masz prawa zabierać mi pieniędzy z funduszu.
— Nie zabieram ich tobie. Nigdy nie były twoje.
— Jestem twoim synem!
— A Chloe jest twoją córką. Przez tygodnie wybierałeś siebie. Dziś wybieram ją.
Lena wstała. Kopia dokumentu drżała w jej dłoni.
— Czy ty w ogóle mnie kochałeś?
Eric spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Oczywiście.
— Nie. Kochałeś mieszkanie, które miałam z tobą dzielić. Kochałeś to, jak wyglądałeś przy mnie. A kiedy zabrakło twoich pieniędzy, użyłeś oszczędności Marty.
— Lena, posłuchaj…
— Słuchałam cię przez cały miesiąc. Dziś przeczytałam twoje podpisy.
Położyła pierścionek na stoliku. Metal uderzył o szkło ostrym dźwiękiem.
— Zabieram swoje rzeczy. Resztę oddasz Marcie.
Eric chwycił ją za ramię, lecz Barbara stanęła między nimi.
— Puść ją.
— To nie twoja sprawa.
— Od chwili, gdy wmieszałeś w to dziecko, jest moją sprawą.
Eric cofnął rękę. Nie dlatego, że nagle zrozumiał. Zrozumiał, że stracił ostatnią osobę, która jeszcze zasłaniała go przed konsekwencjami.
W południe pieniądze z funduszu znalazły się na koncie kliniki. Nie dostałam ich do ręki. Barbara załatwiła, żeby każda złotówka trafiała bezpośrednio na leczenie Chloe. Tego właśnie potrzebowałam: nie obietnicy, lecz pewności, że nikt nie zabierze środków przy najbliższej kłótni.
Po południu pojechałam z Chloe do kliniki. Barbara siedziała obok mnie w poczekalni i trzymała małą torbę z ubrankami. Na jej dnie leżał termometr z drewnianego pudełka.
Eric pojawił się po godzinie.
Nie przyniósł kwiatów. Nie przyniósł wymówek.
Trzymał w ręku dokument sprzedaży samochodu.
— Oddałem auto — powiedział. — To nie wystarczy na wszystko, ale przelew pójdzie dziś.
— Nie musisz tu być — odpowiedziałam.
— Wiem.
Usiadł naprzeciwko mnie. Między nami wisiała szyba, za którą pielęgniarka przygotowywała Chloe do zabiegu.
— Mogę ją zobaczyć?
Spojrzałam na Barbarę. Nie podjęła decyzji za mnie.
— Możesz — powiedziałam. — Ale nie będziesz jej obiecywał rzeczy, których nie zamierzasz spełnić.
Eric wszedł do sali po umyciu rąk. Przez szybę widziałam, jak stanął przy łóżeczku i dotknął palcem maleńkiej dłoni Chloe.
Dziewczynka zacisnęła palce na jego kciuku.
Eric zamknął oczy.
— Cześć, Chloe — wyszeptał. — Jestem twoim tatą. Nie zasłużyłem na to, żebyś mnie znała, ale chcę zacząć od tego, że zapłacę za leczenie i będę przychodził wtedy, kiedy lekarze pozwolą.
Nie powiedziałam, że mu wybaczam.
Nie musiałam.
Później dyrektor firmy odsunął go od spraw finansowych i zażądał zwrotu pieniędzy pobranych z rodzinnego funduszu. Lena zabrała swoje rzeczy. Eric musiał sprzedać mieszkanie, oddać resztę środków i zamieszkać u kuzyna. Nie cieszyłam się z jego upadku. Ale po raz pierwszy jego życie nie było budowane na rachunku wystawionym mnie.
Najtrudniejsza była noc przed zabiegiem.
Siedziałam przy łóżeczku Chloe, licząc oddechy. Barbara drzemała na krześle, z dłonią zaciśniętą na pasku torby. Eric został na korytarzu. Nie prosił, bym go wpuściła. Czekał.
O trzeciej nad ranem pielęgniarka wyszła z sali.
— Zabieg przebiegł dobrze — powiedziała.
Kolana ugięły się pode mną. Barbara objęła mnie mocno, a ja po raz pierwszy od wielu tygodni pozwoliłam sobie płakać bez wstydu.
Eric stał kilka kroków dalej. Podałam mu kopię rachunku, nie dziecko.
— To jest plan dalszego leczenia — powiedziałam. — Jeśli chcesz być ojcem, naucz się go czytać.
Wziął kartkę obiema rękami.
— Nauczę się.
— I żadnych pieniędzy bez Barbary. Żadnych wizyt bez uzgodnienia z kliniką. Chloe nie będzie narzędziem do odzyskiwania twojego dobrego imienia.
— Rozumiem.
Tym razem nie musiałam sprawdzać, czy mówi prawdę. Dokumenty już mówiły za niego.
Rano Barbara wyjęła z torby drewniany termometr i położyła go obok łóżeczka Chloe. Mała gwiazda na jego obudowie odbiła się w szybie inkubatora.
— Zostawimy go tutaj — powiedziała.
— Dlaczego?
— Żeby przypominał, co naprawdę trzeba mierzyć.
Spojrzałam na Chloe. Jej palce poruszyły się pod kocykiem, a monitor odpowiedział równym, spokojnym dźwiękiem.
Za szybą Eric czytał pierwszy rachunek od początku do końca.
Barbara nachyliła się nad wnuczką i szepnęła:
— Śpij, maleńka. Twój tata właśnie dowiedział się, że ojcostwa nie da się wypłacić z bankomatu.
Przegapiłeś początek?






