CZĘŚĆ 4
— Jaki formularz? — zapytał Simon.
Beatrice zerwała się z krzesła, ale Nadia nie odsunęła teczki.
— W zeszłym tygodniu wystąpiłaś o przelew z rachunku powierniczego — powiedziała. — Podpisałaś wniosek jako opiekunka Masona i Simona. Bank sprawdził dokumenty, bo obaj od dawna jesteście pełnoletni.
Spojrzałem na Beatrice. Przez dwadzieścia lat mówiła nam, że wszystko, co mamy, zawdzięczamy jej. Teraz siedziała przy stole, na którym leżał dowód, że próbowała sięgnąć po nasze pieniądze.
— Ile? — zapytał Simon.
— Nie wiem, ile zdążyła wypłacić wcześniej — odparła Nadia. — Bank sprawdza historię rachunku. Tego przelewu nie zrealizowano.
Beatrice wyciągnęła rękę po dokument, lecz Simon przytrzymał teczkę.
— Nie dotykaj jej.
— To mój dom — powiedziała Beatrice.
Jeszcze rano te słowa wystarczyłyby, żebym przeprosił i cofnął się do przedpokoju. Teraz spojrzałem na rozsypaną sól i złamaną łodygę lilii. Nie miałem za co przepraszać.
— Dlaczego przyszłaś właśnie dzisiaj? — zapytałem Nadię.
— Rose zadzwoniła do mnie wczoraj wieczorem. Powiedziała, że nie pozwoli Beatrice spalić listów. Chciałam przyjechać wcześniej, ale najpierw musiałam odebrać dokumenty z kancelarii.
Rose spuściła wzrok.
— Powinnam była zadzwonić wiele lat temu.
— Tak — powiedział Simon.
Nie podniósł głosu. Rose rozpłakała się mimo to.
Nadia otworzyła teczkę. W środku, obok pisma z banku, leżała koperta zaadresowana ręką Kennetha do nas obu. Papier na brzegach pożółkł.
— Notariusz przechowywał ją razem z instrukcją — wyjaśniła Nadia. — Kiedy dowiedziałam się, że Kenneth próbował ujawnić fałszerstwo, poprosiłam o wgląd w akta. Dziś pozwolono mi odebrać kopię. Oryginał jest dla was.
Przez chwilę patrzyłem tylko na znajome litery. Kenneth podpisywał w ten sposób kartki, które wkładał nam do szkolnych plecaków. Pisał, żebyśmy pamiętali o drugim śniadaniu albo zabrali parasol.
— Czy on wiedział o Nadii? — spytałem.
— Dowiedział się przed śmiercią — odpowiedziała Rose. — Szukał jej i gromadził dowody. Nie zdążył wam powiedzieć.
Beatrice milczała. Po raz pierwszy od wejścia do kuchni nie próbowała nikomu przerwać.
Simon wziął kopertę, ale nie otworzył jej od razu.
— Czy możemy porozmawiać sami? — zwrócił się do Nadii.
Zobaczyłem, jak drgnęła jej dłoń. Skinęła głową i wyszła z Rose do przedpokoju. Beatrice została przy stole.
— Z tobą też nie — powiedział Simon.
Beatrice spojrzała na mnie, jakby czekała, aż stanę po jej stronie. Pamiętałem wszystkie chwile, kiedy to robiłem, i jej twarz, gdy przekonywała mnie, że bez niej nie mielibyśmy nikogo. Wziąłem z blatu list Nadii.
— Proszę, wyjdź — powiedziałem.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Simon rozerwał kopertę. Kenneth napisał, że odkrył nieprawidłowości w dokumentach adopcyjnych i rozpoczął ich wyjaśnianie. Nie wiedział, ile zdoła zrobić, ale chciał, żebyśmy poznali prawdę i sami zdecydowali, czy zechcemy spotkać Nadię. Na końcu przeprosił, że wcześniej niczego nie zauważył.
Simon usiadł. Patrzył w kartkę tak długo, aż usiadłem obok niego. Czytaliśmy ją jeszcze raz, powoli. Żadne zdanie nie oddawało nam straconych lat, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że Kenneth próbował nam pomóc.
— Chcę z nią porozmawiać — powiedział w końcu Simon. — Tylko nie wiem, od czego zacząć.
— Ja też nie.
Wyszliśmy do przedpokoju. Nadia stała przy drzwiach z płaszczem przewieszonym przez ramię. Nie ruszyła się w naszą stronę.
— Nie musicie dziś podejmować żadnej decyzji — powiedziała.
Pokazałem jej list, który trzymałem w dłoni.
— Gdy mieliśmy cztery lata, prosiłaś, żeby pozwolono ci nas zobaczyć. Co potem zrobiłaś?
Nadia otarła policzek.
— Pisałam dalej. Jeździłam tutaj. Beatrice mówiła, że nie chcecie mnie znać. Bałam się, że jeśli będę się narzucać, znowu wam zaszkodzę.
Simon zamknął oczy. Wiedziałem, że myśli o tych samych latach co ja: o urodzinach, przy których słyszeliśmy, że nasza matka odeszła bez pożegnania.
— Nie byliśmy o niczym pytani — powiedział.
— Wiem — odparła Nadia. — Przepraszam, że uwierzyłam Beatrice.
Nie wiedziałem jeszcze, czy potrafię nazwać Nadię matką. Mogłem jednak zapytać ją o jeden dzień, a potem o następny.
— Możemy gdzieś usiąść i porozmawiać? — zapytałem. — Bez nich?
Skinęła głową. Simon wziął z wieszaka mój płaszcz, a ja podniosłem bukiet z podłogi. Jedna lilia była złamana. Zostawiłem ją obok rozbitej filiżanki, a pozostałe kwiaty zabrałem ze sobą.
Przy otwartych drzwiach Nadia spojrzała na bukiet.
— To dla mnie? — zapytała cicho.
Pokręciłem głową.
— Nie. Ale możemy po drodze kupić inne…






