CZĘŚĆ 4
Klucz pasował do magazynu numer siedem przy nabrzeżu.
Wiedziałem to, zanim jeszcze opuściliśmy kaplicę.
Była 18:19.
— Nie jedziesz tam sam — powiedziała Isabella.
— Powiedziałaś, żebym przyjechał sam.
— Do kościoła. Nie na spotkanie z człowiekiem, który trzyma mojego szwagra.
To był pierwszy raz, kiedy nazwała Lucę swoim bratem bez słowa „twoim”.
Nie zapomniałem tego.
Paolo schował księgę pod płaszcz. Enzo został w kaplicy z telefonem i numerem do człowieka, któremu Isabella ufała. Valentina nalegała, żeby jechać z nami.
— To przeze mnie Marco rozpoczął tę grę — powiedziała.
— Nie — odparła Isabella. — Gra rozpoczęła się wtedy, gdy pozwoliliśmy mu mówić za nas.
Ruszyliśmy trzema samochodami. Ja prowadziłem pierwszy, Isabella siedziała obok, a Valentina z Paolem jechali za nami. Nie było ludzi z bronią, syren ani rozkazów. Tylko mokra droga, światła portu i zegar na desce rozdzielczej, który uparcie przesuwał się w stronę północy.
O 18:47 zobaczyłem magazyn numer siedem.
Jedna lampa nad bramą mrugała jak chore oko.
W środku pachniało solą, olejem i spalenizną.
— Luca! — krzyknąłem.
Z głębi hali dobiegł stłumiony głos.
— Dante! Nie wchodź!
Isabella chwyciła mnie za rękaw.
— To może być pułapka.
— Wiem.
— Nie chodziło mi o to, żebyś zginął.
Spojrzałem na jej dłoń zaciśniętą na mojej marynarce.
— W takim razie zostań za mną.
— Nie. Tym razem idę obok.
Zrobiliśmy trzy kroki.
Marco zapalił światło.
Luca siedział przy stalowym stole, związany, lecz cały. Nad nim stał Marco z pistoletem. Obok niego znajdowało się dwóch mężczyzn z rodziny Russo.
Valentina wyszła zza mnie.
— Kazałeś im porwać mojego kuzyna.
— Kazałem im dopilnować, żebyś nie zmieniła zdania — odparł Marco.
— Powiedziałeś, że Dante podpisał zgodę na wojnę.
— Dante podpisywał wszystko, co kładłem mu pod rękę.
Jego słowa uderzyły mocniej niż policzek.
Isabella spojrzała na mnie, lecz nie z wyrzutem. To było gorsze. W jej oczach zobaczyłem zmęczenie kimś, kto przez lata nie czytał własnego życia.
— Puść Lucę — powiedziałem.
Marco uniósł broń.
— Najpierw księga.
Paolo wysunął się przed nas.
— Nie dostaniesz jej.
Marco zaśmiał się.
— Ty też chcesz być bohaterem?
— Nie. Chcę, żebyś zobaczył, że nie jesteś już właścicielem tych liczb.
Paolo wyjął z kieszeni mały plik dokumentów.
— Isabella wysłała kopie przelewów do wszystkich dziewięciu rodzin. Do rana każdy będzie wiedział, że kradłeś pod nazwiskiem Morettiego.
Twarz Marca stwardniała.
— Kłamiesz.
Valentina zrobiła krok naprzód.
— Nie kłamie. Mam kopie dla rodziny Russo.
Luca podniósł związane ręce.
— A ja wysłałem jedną do ludzi z portu. Zanim mnie tu przywieźli, miałem telefon.
Marco przeniósł wzrok z jednej osoby na drugą. Szukał kogoś, kto wciąż się go bał.
Nie znalazł.
— Dante — powiedział, opuszczając broń o kilka centymetrów. — To wszystko zrobiłem dla ciebie. Twój ojciec też potrzebował kogoś, kto podejmie brudne decyzje.
— Nie używaj mojego ojca.
— Gdyby nie ja, zginąłbyś razem z nim.
— A ile osób zginęło, żebyś mógł nazywać to ochroną?
Marco wskazał brodą na Isabellę.
— Ona cię osłabiła. Zabrała dokumenty, pieniądze i ludzi. Chciała, żebyś został nikim.
Isabella odpowiedziała spokojnie:
— Nie. Chciałam, żebyś przestał być kimś, kogo można bezkarnie wykorzystywać.
Marco wystrzelił w sufit.
Luca krzyknął.
Valentina rzuciła się za skrzynie, a ja przewróciłem stół. Huk odbił się od blaszanych ścian. Nie pamiętam, kto pierwszy dopadł Marca. Pamiętam tylko, że jego pistolet przesunął się po podłodze, a Isabella kopnęła go pod metalową rampę.
— Nie zabijaj go — powiedziała.
Marco leżał na plecach, a ja trzymałem jego kołnierz w dłoni.
— Po tym wszystkim prosisz mnie o litość?
— Nie. Proszę cię, żebyś nie pozwolił mu zdecydować, kim będziesz dalej.
Puściłem go.
To nie było przebaczenie.
To była odmowa oddania mu ostatniej decyzji.
O 19:06 Luca został uwolniony. Miał rozciętą brew, ale mógł chodzić. Valentina płakała, kiedy go obejmowała.
— Nie wiedziałam, że zaszło to tak daleko — powiedziała.
— Wiedziałaś, że Marco coś knuje — odparłem.
— Wiedziałam, że mnie wykorzystywał. Nie wiedziałam, że potrafi porwać człowieka.
— A ja wiedziałem, że zdradzam żonę, ale nie chciałem wiedzieć, co jeszcze robią ludzie wokół mnie.
Isabella podeszła do stalowego stołu. Zabrała księgę, wyrwała z niej jedną stronę i podała mi ją.
— To lista firm, które zostają w funduszu pracowniczym. Ludzie dostaną udziały i prawo do ksiąg. Ty zachowasz tylko te przedsiębiorstwa, których pochodzenie potrafisz wyjaśnić bez kłamstwa.
— A jeśli nie chcę?
— Wtedy możesz wrócić do życia sprzed dzisiejszego wieczoru. Ale nie wracaj do mnie.
Patrzyłem na papier. To nie była groźba. Isabella nie potrzebowała już gróźb.
— A ty? — zapytałem. — Dokąd pójdziesz?
— Do matki. Potem do mieszkania nad piekarnią w Bari. Mam tam pracę przy fundacji, którą założyłam z Paolo.
— Zostawiłaś wszystko zaplanowane.
— Tak.
— Nawet mnie.
Jej twarz drgnęła.
— Ciebie planowałam kochać. Nie planowałam za ciebie żyć.
Następnego ranka zebrałem ludzi w głównej sali rezydencji. Na stole leżały księgi, umowy i klucz do magazynu. Marco siedział pod strażą, lecz nie dlatego, że chciałem urządzić pokaz. Miał podpisać przekazanie udziałów, zanim jego ludzie zdążą podzielić pieniądze między siebie.
— Od dziś żaden przelew nie przejdzie bez podwójnego zatwierdzenia — powiedziałem. — Żadna rodzina nie będzie używać moich firm do prywatnej wojny. Kto odejdzie, odejdzie z udziałem, na który zapracował. Kto zostanie, będzie znał prawdę o każdym rachunku.
Bruno zapytał:
— A co z panem?
Spojrzałem na pustą kartkę przed sobą.
— Ja też będę musiał wyjaśnić każdy podpis.
O 10:15 pojechałem na dworzec. Isabella miała odjechać pociągiem o 10:40. Nie zabrałem kwiatów. Nie kupiłem pierścionka. Nie chciałem znów przynosić jej czegoś, co miałoby zastąpić rozmowę.
Znalazłem ją przy automacie z kawą. W ręku trzymała bilet i małą torbę.
— Przyszedłeś się pożegnać? — zapytała.
— Przyszedłem oddać ci coś, co zabrałem bez pytania.
Wyjąłem z kieszeni jej bursztynową spinkę. Znalazłem ją w szufladzie, obok paszportu. Przez noc nosiłem ją przy sobie jak dowód winy.
Isabella nie wyciągnęła ręki.
— To nie jest twoje.
— Wiem.
Dopiero wtedy ją przyjęła.
— I nie obiecuj mi, że się zmienisz — dodała.
— Nie będę.
— Co więc obiecujesz?
Spojrzałem na zegar nad peronem.
— Że kiedy przeczytam dokument, podpiszę go własnym nazwiskiem. Nawet jeśli prawda będzie kosztować mnie wszystko.
Pociąg wjechał na stację. Metalowe koła zgrzytnęły przy krawędzi peronu.
Isabella przycisnęła bursztynowy liść do włosów.
— Dante.
— Tak?
— Nie szukaj mnie.
Tym razem nie było w tym rozkazu ani ucieczki. Była prośba o czas, którego nie mogłem jej ukraść.
Skinąłem głową.
Kiedy odchodziła, zadzwonił mój telefon. Paolo informował, że pierwsza rodzina zerwała sojusz z Marcem, a pracownicy magazynu odmówili wydania mu kluczy.
Słuchałem jednym uchem.
Patrzyłem, jak Isabella wsiada do pociągu z tą samą spinką we włosach, którą dostała od mojej matki, i po raz pierwszy rozumiałem, że nie zabierałem jej z mojego świata.
To ja zostałem na peronie, trzymając w dłoni pustą kaburę.






