CZĘŚĆ 4 — Żona usunęła mojego ojca z listy gości, a kiedy zapytałem dlaczego, jej matka nagle odłożyła widelec

CZĘŚĆ 4

— Proszę nie wchodzić do domu — powiedziałem. — Zaraz tam będę.

— Pańska żona już na mnie czeka.

— Tym bardziej proszę zostać na zewnątrz.

Rozłączyłem się i przez chwilę patrzyłem na telefon. Czułem w dłoniach zimno, choć w warsztacie było duszno od rozgrzanego pieca.

Ojciec podszedł do mnie.

— Ryszard, nie jedź sam.

— Nie zamierzam.

Marcin uniósł brwi.

— Chcesz, żebym pojechał z tobą?

— Chcę, żebyś zabrał tę teczkę.

— Dlaczego?

— Bo skoro przez trzydzieści lat przechowywałeś prawdę, dziś będziesz przy niej stał.

Helena zaczęła protestować, ale Marcin podniósł rękę.

— Pojadę.

Ojciec został przy stole. Wsunąłem mu do ręki papierowy talerz z kawałkiem indyka.

— Zjedz coś.

— A ty?

— Wrócę po ciebie.

— Nie wracaj po mnie, jeśli będziesz musiał wybierać.

Spojrzałem na jego popękane knykcie.

— Tato, przez całe życie to ty wracałeś po mnie.

Nie odpowiedział. Tylko ścisnął talerz tak mocno, że papier zgiął się pod jego palcami.

Pojechaliśmy z Marcinem moją ciężarówką. Na podłodze przesuwały się aluminiowe pojemniki, a przy każdym zakręcie pokrywki stukały o siebie. Ten dźwięk przypominał mi, że rano myślałem wyłącznie o obiedzie. Teraz jechałem ratować firmę, dom ojca i własne nazwisko.

Pod moim domem stał czarny samochód. Obok niego czekał szczupły mężczyzna w granatowym płaszczu. Miał skórzaną teczkę i twarz kogoś, kto został wciągnięty w cudzy kłopot.

Karina wybiegła na schody.

— Ryszard, nareszcie.

— Odejdź od tego człowieka.

— Nie możesz mnie tak traktować przy gościu.

— To nie jest gość. To kupujący twoją firmę.

Mężczyzna wyciągnął rękę.

— Stefan Wrona. Nie wiedziałem, że sytuacja wygląda w ten sposób.

Nie uścisnąłem jego dłoni.

— Co pani powiedziała temu człowiekowi? — zapytał Marcin.

Karina spojrzała na niego z furią.

— Nie masz prawa się wtrącać.

— Mam. Byłem świadkiem, kiedy prosiłaś o wzór podpisu mojego zięcia.

— To kłamstwo.

Marcin otworzył teczkę i wyjął oświadczenie.

— Mam tu datę, godzinę i wiadomości od ciebie.

— Sam mi to podsunąłeś.

— Bo myślałem, że chcesz poprawić dokumenty. Nie wiedziałem, że wpiszesz w nim także dom Jakuba.

Stefan cofnął się o krok.

— Pani Karino, powiedziała mi pani, że ma pełnomocnictwo męża.

— Miałam zamiar je uzyskać.

— To nie jest odpowiedź.

Karina odwróciła się do mnie.

— Zrobiłam to dla nas.

— Dla nas?

— Twoja firma ledwo stoi. Pracujesz do nocy, wracasz śmierdzący paliwem, a ja mam udawać, że wszystko jest dobrze? Moi rodzice tracą dom. Potrzebowaliśmy pieniędzy.

— Więc sprzedałaś coś, czego nie zbudowałaś.

— Byłam twoją żoną.

— Byłaś osobą, której ufałem.

— A twój ojciec? Co ci dał poza tym zapachem i wiecznymi problemami?

Marcin drgnął, jakby dostał policzek. Ja nie poczułem złości. Poczułem zmęczenie. To było gorsze.

— Dał mi wszystko, czego nie można wpisać do umowy — odpowiedziałem.

Karina roześmiała się krótko.

— Naprawdę zamierzasz wybrać jego zamiast mnie?

— Nie wybieram między wami. Wybieram prawdę.

Stefan wziął dokumenty od Marcina i zaczął je przeglądać. Po chwili pokręcił głową.

— Umowa jest nieważna. Nie ma podpisu właściciela, a oświadczenie o zastawie wygląda na sfałszowane.

Karina pobladła.

— Nie możesz tak po prostu się wycofać.

— Mogę. I właśnie to robię.

— Wpłaciłeś zaliczkę.

— Żądam jej zwrotu od osoby, która ją przyjęła.

Karina spojrzała na mnie.

— Ryszard…

— Nie mam tych pieniędzy.

— To nie mój problem.

— Właśnie dlatego nie mogę ci pomóc.

Helena podeszła do córki. W dłoni trzymała małą torebkę, ozdobioną srebrnym zapięciem.

— Karino, przestań.

— Ty też przeciwko mnie?

— Nie przeciwko tobie. Przeciwko temu, co zrobiłaś.

— Chciałam ratować rodzinę!

— Chciałaś ratować nasz styl życia — powiedział Marcin. — To nie to samo.

Na schodach zapadła cisza. Z domu dochodził dźwięk telefonu stacjonarnego, który nikt nie odbierał.

Marcin wyciągnął z teczki stary odcinek wpłaty i podał go Karinie.

— Twój teść spłacił nasz dom, kiedy ja przegrałem wszystko. Nie przypominał mi o tym, nie przychodził po wdzięczność, nie opowiadał nikomu. A ty wyrzuciłaś go z kolacji, bo jego kurtka pachniała pracą.

Karina patrzyła na papier.

— Nie wiedziałam.

— Nie chciałaś wiedzieć — odparłem.

Wtedy z kieszeni wypadł mi stary notes. Spadł na schody i otworzył się na stronie z zapiskami ojca. Na samym dole widniało zdanie: „Ryszard nie może sprzedać ciężarówki. To jego początek”.

Karina zobaczyła zapis.

— On nawet prowadził twoje życie?

— Nie. Przypominał mi, ile kosztowało, żebym mógł je prowadzić.

Odeszła kilka kroków i usiadła na najniższym stopniu. Jej starannie ułożone włosy opadły na twarz.

— Co teraz z nami będzie?

Pytanie było ciche. Prawie prawdziwe.

— Nie wiem — powiedziałem. — Ale dziś nie wrócę do środka, żeby udawać, że nic się nie stało.

— Chcesz rozwodu?

— Chcę, żebyś podpisała wycofanie wszystkich roszczeń do firmy i przyznała na piśmie, co zrobiłaś. Potem porozmawiamy o reszcie.

— A jeśli odmówię?

— Wtedy dokumenty trafią tam, gdzie powinny.

Nie wymówiłem nazwy żadnej instytucji. Nie musiałem. Karina zrozumiała.

Stefan oddał mi teczkę.

— Panie Dalton, zaliczkę odzyskam od niej. Ale chcę panu coś powiedzieć. Pańska firma ma dobrą opinię. Miałem zamiar zmienić jej nazwę i zwolnić ludzi. Jeśli kiedyś będzie pan chciał rozwijać działalność, mogę zostać klientem, nie właścicielem.

— Dlaczego?

— Bo człowiek, który w święto zabiera jedzenie ojcu, żeby nie jadł sam, nie wygląda mi na kogoś, kto porzuca swoich pracowników.

Pojechaliśmy z Marcinem z powrotem do warsztatu. Ojciec siedział przy stole, a obok niego stały trzy talerze i otwarty pojemnik z farszem. Na krześle przy piecu siedzieli już sąsiadka pani Miller i dwóch dawnych pracowników zakładu. Ojciec musiał zadzwonić do nich po naszym wyjeździe.

— Powiedziałem, że jedzenia jest za dużo — wyjaśnił.

Pani Miller spojrzała na mnie.

— Twój ojciec od lat twierdzi, że nie umie gotować. Tymczasem właśnie uratował najlepsze święto w mieście.

Usiedliśmy przy długim stole zrobionym z dwóch starych blatów. Na środku postawiłem indyka. Aluminiowe pokrywki leżały obok jak srebrne talerze.

Marcin nie tknął jedzenia.

— Jakub — powiedział — oddam ci resztę pieniędzy.

Ojciec pokroił bułkę.

— Nie masz z czego.

— Sprzedam samochód.

— Nie sprzedawaj. Oddawaj co miesiąc, aż skończysz.

— A jeśli nie dożyjesz końca spłaty?

Ojciec spojrzał mu prosto w oczy.

— Wtedy zapłać mojemu synowi. On będzie wiedział, co z tym zrobić.

Marcin skinął głową. Tym razem nie próbował się tłumaczyć.

Po kolacji zadzwoniła Karina. Nie odebrałem. Po chwili przyszła wiadomość: „Podpisałam wycofanie umowy. Jutro porozmawiamy”.

Odłożyłem telefon ekranem do dołu.

— Nie chcesz wiedzieć, co napisała? — zapytał ojciec.

— Wiem, co napisała.

— Skąd?

— Bo pierwszy raz w życiu nie próbuje mnie przekonać, że chodzi o coś innego.

Ojciec przesunął w moją stronę talerz z ostatnim kawałkiem ciasta.

— Weź. Zawsze wybierałeś ten z przypalonym brzegiem.

— Nadal wybieram.

— Wiem.

W warsztacie pachniało indykiem, kawą i metalem. Za ścianą stygnął piec, a na stole leżał mój poplamiony notes, otwarty na zdaniu o ciężarówce.

Przyłożyłem do niego palec, żeby nie zamknął się od przeciągu.

Ojciec podniósł widelec.

— Ryszard?

— Tak?

— Następnym razem zaproś ludzi, zanim zabierzesz im obiad.

Spojrzałem na niego, a potem na pusty pojemnik po farszu.

— Następnym razem zaproszę cały warsztat.

Ojciec uśmiechnął się i wskazał na ostatnią kromkę.

— Najpierw napraw lodówkę pani Miller.

— Jutro rano.

— Po śniadaniu.

Za stołem ktoś parsknął śmiechem. Marcin spuścił głowę, Helena zaczęła zbierać talerze, a ja podałem ojcu nóż, ten sam, którym rano miałem kroić indyka dla ludzi, którzy nie chcieli siedzieć obok niego.

Jakub wziął go, sprawdził ostrze i powiedział:

— Teraz możesz kroić, synu. Dziś już niczego nie musisz udowadniać.

A potem podzieliliśmy ostatni kawałek ciasta dokładnie według jego starej, warsztatowej zasady: kto naprawił stół, ten wybiera pierwszy.

Оцените статью