CZĘŚĆ 4
Notariusz zadzwonił ponownie, zanim zdążyłem odłożyć telefon.
— Panie Osvaldo, proszę mnie słuchać uważnie — powiedział. — Renato złożył wniosek o wykonanie klauzuli, o której prawdopodobnie pan nie wie.
— Jakiej klauzuli?
— Jeżeli którykolwiek wspólnik zostanie oskarżony o działanie na szkodę firmy, jego udziały mogą zostać czasowo przejęte przez drugiego wspólnika. Renato twierdzi, że to pan naraził przedsiębiorstwo na straty, podpisując umowę z handlarzami.
Spojrzałem na Renata. Stał przy biurku z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
— A termin?
— Jutro o ósmej rano. Potem będzie bardzo trudno to odwrócić.
Yolanda nachyliła się nad telefonem.
— Powiedz mu o załączniku numer siedem — powiedziała.
— Jakim załączniku? — zapytałem.
— Tym, który podpisałeś w dniu ślubu.
Zabrakło mi powietrza.
Notariusz odchrząknął.
— Właśnie do tego zmierzam. W pierwotnym akcie założycielskim znajduje się zapis, że udziały nie mogą przejść na wspólnika, który wykorzystał majątek spółki do osobistego wzbogacenia. Musimy jednak udowodnić, kto nim jest.
— Możemy — powiedziałem.
Renato prychnął.
— Jedna była żona, stary recepcjonista i księga z piwnicy? To ma być wasz dowód?
— Nie — odparła Yolanda. — To dopiero początek.
Marek czekał na nas w magazynie po drugiej stronie miasta. Wyglądał na starszego, niż zapamiętałem. Miał bliznę przy uchu i mokry rękaw, jakby przed chwilą wyszedł z ulewy.
— Nie uciekłem z własnej woli — powiedział od razu. — Renato groził, że jeśli wrócę, oskarży mnie o kradzież. Zabrałem kopię przelewów i wyjechałem do siostry.
— Dlaczego wróciłeś teraz?
Spojrzał na Yolandę.
— Bo obiecała, że tym razem Osvaldo jej wysłucha.
To zdanie trafiło we mnie mocniej niż wszystkie dokumenty.
Marek rozłożył na stole plik przelewów. Każdy prowadził do innej firmy, ale wszystkie firmy miały ten sam adres korespondencyjny. Adres małego biura wynajmowanego przez Renata na nazwisko jego kuzyna.
— Pieniądze z kontraktów budowlanych trafiały tam przez dwa lata — wyjaśnił. — Część wracała jako pożyczka. Część znikała.
— A targowisko? — spytałem.
— Renato chciał wyburzyć stare boksy, a potem sprzedać działkę spółce, którą kontrolował. Handlarze mieli dostać grosze. Gdy Yolanda zaczęła sprawdzać dokumenty, wymyślił historię o jej zdradzie.
Yolanda siedziała nieruchomo, z dłonią opartą na wiklinowym koszyku.
— Nie wymyśliłem wszystkiego — powiedział Marek. — Zdjęcia naprawdę zrobiono. Tylko nie w taki sposób, jak myślałeś.
— Kto był z Yolandą?
— Ja.
Yolanda spuściła wzrok.
— Nie powiedziałam ci, bo Marek bał się o rodzinę, a Renato znał wszystkie twoje hasła, dokumenty i pełnomocnictwa. Myślałam, że jeśli odsunę się od ciebie, przestanie cię atakować.
— Odsunęłaś się, ale ja uwierzyłem, że mnie zdradziłaś.
— Wiem.
Nie próbowała się bronić. To bolało najbardziej.
O siedemnastej zwołałem zebranie wspólników. Renato wszedł do sali pierwszy, niosąc teczkę z projektem przejęcia moich udziałów. Za nim pojawił się jego prawnik, lecz nie zabroniłem mu usiąść. Chciałem, żeby każdy usłyszał wszystko.
— Osvaldo działa przeciwko interesom firmy — zaczął Renato. — Zawarł niekorzystne porozumienie z handlarzami, a teraz próbuje wykorzystać prywatny konflikt, żeby przejąć kontrolę.
Położył przede mną dokument.
— Podpisz rezygnację. Ocalisz chociaż swoje nazwisko.
Wziąłem kartkę, ale jej nie podpisałem.
— Pamiętasz, co powiedziałeś mi dwa lata temu? Że słuchanie Yolandy tylko zwiększy mój ból.
— Nie mieszaj życia prywatnego do firmy.
— To ty je pomieszałeś.
Marek wszedł do sali. Renato odsunął krzesło tak gwałtownie, że uderzyło w ścianę.
— Ty?
— Tak — odpowiedział Marek. — I przyniosłem oryginał załącznika numer siedem.
Położył dokument na stole. Podpis Renata widniał pod zgodą na przelewy. Obok znajdowała się pieczęć jego prywatnej spółki.
Renato zaczął mówić szybko.
— To była pożyczka. Wszystko zwróciłem.
— Nie wszystko — powiedziałem.
— Firma nadal działa.
— Dzięki ludziom, których okradałeś.
— To ja ją zbudowałem!
— Nie sam.
Yolanda podniosła głowę.
— I nie za własne pieniądze.
Renato spojrzał na nią z nienawiścią, której nie potrafił już ukryć.
— Zniszczyłaś nasze małżeństwo.
— Nie — odpowiedziała. — Ty tylko wykorzystałeś jego ruinę.
To był moment, w którym mógł jeszcze zaprzeczyć. Mógł powiedzieć, że dokumenty są podrobione. Mógł zażądać sprawdzenia podpisów.
Zamiast tego odwrócił się do mnie.
— Gdybyś nie był tak naiwny, nigdy bym tego nie zrobił.
W sali nikt się nie poruszył.
Renato zrozumiał, co właśnie powiedział, dopiero po chwili.
Podpisał własną klęskę jednym zdaniem.
Notariusz wykreślił jego nazwisko z listy uprawnionych do przejęcia udziałów. Dokumenty trafiły do księgowego i do zarządu, a przelewy zostały zablokowane. Nie chciałem, by ta historia kończyła się wyłącznie karą. Chciałem, żeby ci ludzie odzyskali to, co próbowano im odebrać.
Następnego ranka pojechaliśmy na targowisko. Przy każdym stoisku leżał nowy projekt umowy. Handlarze zachowali swoje miejsca, a firma zobowiązała się pokryć koszty tymczasowej przeprowadzki bez podnoszenia czynszów.
Genaro przeczytał pierwszą stronę i pokiwał głową.
— Tym razem jest to zapisane tak, żeby nawet ślepy to zobaczył.
— Tego właśnie chciała Yolanda — odpowiedziałem.
— Nie — powiedziała. — Tego chciałyśmy wszystkie osoby, które musiały prosić o zwykłą uczciwość.
Moja matka przyjechała chwilę później z torbą pomarańczy. Przytuliła Yolandę, a potem stanęła przede mną.
— Nie miałam prawa ukrywać przed tobą całej prawdy — powiedziała.
— Chciałaś ją chronić.
— Ciebie też. Ale milczenie czasem tylko przedłuża cudzą władzę.
Nie odpowiedziałem. Wziąłem od niej jedną pomarańczę i zacząłem obierać ją scyzorykiem, który nosiłem od lat. Zapach skórki przypomniał mi poranki, kiedy Yolanda jeszcze mieszkała w naszym domu i zostawiała koszyk na stole, zanim wyszła do pracy.
Nie wróciliśmy do siebie od razu.
Nie było pocałunku ani obietnicy, że przeszłość zniknie.
Yolanda wynajęła małe biuro przy targowisku i zaczęła prowadzić księgowość dla handlarzy. Ja wycofałem się z codziennego zarządzania firmą i oddałem część udziałów funduszowi, który finansował remont stoisk. Nie dlatego, że chciałem odkupić winę jednym przelewem. Dlatego, że pierwszy raz pieniądze miały służyć ludziom, a nie czyjejś tajnej umowie.
Renato stracił dostęp do firmy, samochód i mieszkanie kupione za pieniądze z fikcyjnych faktur. Najbardziej bolało go jednak coś innego: nikt z dawnych wspólników nie chciał już prowadzić z nim interesów. Człowiek, który całe życie budował wpływy na cudzym zaufaniu, został sam przy stole, na którym nie leżał żaden podpis do zdobycia.
Marek dostał pracę w niezależnej firmie księgowej. Lucjan przeprowadził się do córki, a jego zeznanie pozwoliło uporządkować wszystkie dokumenty dotyczące hotelu.
Pewnego popołudnia Yolanda poprosiła mnie, żebym przyszedł do jej stoiska. Wiklinowy koszyk stał pod ladą. Ten sam, który przez dwa lata nosił rachunki i sekrety.
— Znalazłam coś jeszcze — powiedziała.
Wyjęła ze środka mały, pognieciony papier.
Była to lista zakupów napisana moim charakterem pisma. Mąka, kawa, pomarańcze, śrubki do półki. Zwykłe rzeczy z tygodnia poprzedzającego nasz ślub.
— Dlaczego to zachowałaś? — zapytałem.
— Bo wtedy wierzyłam, że zwyczajne dni są warte zapamiętania.
— A teraz?
Yolanda spojrzała na nowe umowy ułożone na ladzie.
— Teraz wiem, że nawet zwyczajny dzień trzeba czasem podpisać własną ręką.
Wyjęła z kieszeni długopis i przesunęła w moją stronę ostatni dokument. Dotyczył nie firmy, nie małżeństwa i nie pieniędzy. Była to zgoda na ustawienie na targowisku tablicy z nazwiskami wszystkich handlarzy, którzy przez lata utrzymywali to miejsce.
Podpisałem ją pierwszy.
Yolanda dopisała swoje nazwisko obok mojego.
Nie skreśliliśmy tego, co się wydarzyło. Nie udawaliśmy, że dwa lata można złożyć jak zmiętą kartkę.
Kiedy Genaro przybił tablicę do drewnianego słupa, koszyk zachybotał się pod ladą, a z jego wnętrza wypadła pomarańcza. Potoczyła się między skrzynkami i zatrzymała przy stopach Renata, który przyszedł po ostatnie rzeczy z dawnego biura.
Podniósł ją.
Przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć.
Yolanda wyciągnęła rękę.
— To należy do targowiska.
Renato podał jej owoc i odszedł bez słowa.
A ja patrzyłem, jak Yolanda odkłada pomarańczę na wagę, obok pierwszej podpisanej umowy.
— Ile waży? — zapytałem.
Uśmiechnęła się blado.
— Tyle, ile trzeba, żeby nie dało się jej podmienić.
Przegapiłeś początek?






