CZĘŚĆ 4
…przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Słychać było tylko telewizor grający w mieszkaniu i ciche kapanie wody z kranu w kuchni.
—To niemożliwe —powiedziałam.
Klara zasłoniła słuchawkę dłonią.
—Powiedział, że dokument ma numer tego lokalu.
Maurycy odwrócił się do niej gwałtownie.
—Nie masz prawa słuchać cudzych rozmów.
—To rozmowa ze mną —odpowiedziała Klara. —I dotyczy budynku.
Poczułam, jak zimno przechodzi mi po plecach. Miałam w ręce odpis aktu własności, ale nagle przestał wyglądać jak tarcza. Jeśli Maurycy naprawdę podpisał coś w moim imieniu, samo przekonanie o tym, że nie miał prawa, nie wystarczyło. Musiałam wiedzieć, co dokładnie zrobił.
—Kto przyjedzie rano? —zapytałam.
—Pracownik firmy pożyczkowej. Powiedział, że ma kopię umowy zabezpieczenia.
—Niech przyjedzie.
Maurycy zrobił krok w moją stronę.
—Walerio, posłuchaj. Nie chciałem cię skrzywdzić.
—Moja matka siedziała na korytarzu z rzeczami w torbach.
—Bałem się.
—A ona?
Wskazałam Teresę.
—Ona też się bała. Tylko nie miała dokąd uciec.
Ofelia stała przy drzwiach, nadal w brzoskwiniowym szlafroku. Nagle przestała wyglądać jak zwyciężczyni. Jej wzrok padł na czerwony termos mamy, leżący przy walizce.
—Maurycy mówił, że Waleria odda mieszkanie dobrowolnie —powiedziała cicho.
—Bo chciałaś w to wierzyć —odpowiedziałam.
—Mówił, że jesteś mu coś winna.
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
—Byłam mu winna tylko prawdę. On był mi winien uczciwość.
Ochroniarz podszedł do drzwi.
—Pani Walerio, mam otworzyć zamek?
Spojrzałam na mamę. Teresa siedziała wyprostowana, choć dłonie wciąż jej drżały.
—Tak.
Ofelia zastąpiła wejście własnym ciałem.
—Nie możecie mnie wyrzucić na ulicę.
—Nikt nie chce cię wyrzucać na ulicę —powiedziałam. —Ale oddasz klucze i wyniesiesz swoje rzeczy.
—To mój dom.
—Nie. To była obietnica mojego męża, której nie miał prawa złożyć.
Ochroniarz przeciął łańcuch awaryjnym narzędziem. Metal pękł z ostrym trzaskiem. Ten dźwięk przeszył mnie mocniej niż krzyk Ofelii.
Weszłam do środka.
Na kanapie leżały jej ubrania. W łazience wisiał szlafrok mamy, a na stole stały fotografie z naszego rodzinnego albumu, przesunięte pod stos rachunków. W sypialni zobaczyłam materac ustawiony na podłodze i kartony z napisem „rzeczy Ofelii”.
Nie przygotowywała się do krótkiej wizyty.
Przejmowała cudze życie.
Maurycy wszedł za mną.
—Zrobiłem to dla mamy.
—Nie. Zrobiłeś to, bo chciałeś ukryć długi.
—Bałem się, że odejdziesz.
—Więc postanowiłeś sprawić, żebym nie miała już po co wracać.
Wyjął z kieszeni pęk kluczy i położył go na stole.
—Podpisz ze mną jutro ugodę. Sprzedamy mieszkanie, spłacę wszystko, a resztę podzielimy.
Poczułam, że coś we mnie ostatecznie pęka.
—Nie ma żadnego „my”, Maurycy.
—Jesteś moją żoną.
—Byłam nią, kiedy wierzyłam, że człowiek, z którym śpię, nie wyrzuci mojej matki z jej łóżka.
W tym momencie na korytarzu pojawił się mężczyzna w jasnej koszuli. Przedstawił się jako Daniel Rojas, pracownik firmy pożyczkowej. Trzymał brązową teczkę i wyglądał na zakłopotanego.
—Pani Walerio, muszę wyjaśnić, że firma nie ma praw do tego mieszkania. Pański mąż przedstawił nam dokument z pańskim podpisem, ale po sprawdzeniu księgi wieczystej zobaczyliśmy, że lokal jest pani majątkiem osobistym.
—Dlaczego więc pan przyjechał?
—Bo dziś rano Maurycy poprosił o dodatkowe dwa dni. Powiedział, że żona podpisze zgodę. Nie wiedzieliśmy, że podpis może być podrobiony.
Maurycy pobladł.
—Daniel, nie mówiłem, że podrobiony.
—Powiedział pan, że żona „nie będzie robiła problemów”. To nie jest to samo co zgoda.
Klara zrobiła zdjęcie dokumentu telefonem.
—Wszystko przekazuję administracji i właścicielce.
Maurycy rzucił się do niej.
—Oddaj to!
Ochroniarz zastąpił mu drogę. Nie doszło do szarpaniny, ale Maurycy nagle zrozumiał, że nie kontroluje już żadnej rozmowy.
Ofelia patrzyła na niego jak na obcego człowieka.
—Kłamałeś mi —powiedziała.
—Mamo, chciałem tylko pomóc.
—Chciałeś mieszkania.
—Chciałem pieniędzy.
Te dwa słowa zawisły między nami ciężko i bezlitośnie.
Ofelia zdjęła z siebie szlafrok mamy i rzuciła go na fotel.
—Nie będę mieszkać w domu, który zdobyłeś jej kosztem.
Maurycy odwrócił się do niej.
—Dokąd pójdziesz?
—Do siostry. Tylko nie waż się mówić jej, że przyjeżdżam z powodu upału.
Kiedy Ofelia zaczęła pakować rzeczy, Teresa stała przy kuchennym blacie i ściskała czerwony termos. Podniosła pokrywkę, sprawdziła, czy gwint jest cały, a potem nalała sobie wody.
—Mamo —powiedziałam —możesz zostać u mnie, jeśli nie chcesz dziś wracać tutaj.
Spojrzała na mieszkanie, które przez godzinę było dla niej obcym miejscem.
—Chcę wrócić do siebie.
Tym razem nie przepraszała.
Pomogłam jej wnieść torby do sypialni. Klara sporządziła protokół przekazania, Daniel zabrał kopię fałszywego dokumentu, a ochroniarz wymienił wkładkę w zamku. Maurycy stał na korytarzu z pustymi rękami.
—Walerio —powiedział.
Nie odpowiedziałam.
—Oddam ci pieniądze.
—Nie chodzi o pieniądze.
—Wiem.
—Nie, nie wiesz. Gdyby chodziło o pieniądze, mógłbyś poprosić. Wybrałeś kłamstwo, bo uznałeś, że łatwiej będzie zabrać niż przyznać się do porażki.
Widziałam, jak te słowa wbijają się w niego głębiej niż jakikolwiek krzyk.
—Czy to koniec? —zapytał.
Spojrzałam na jego obrączkę. Przez trzy lata wierzyłam, że jest symbolem wspólnego życia. Tego wieczoru zobaczyłam w niej tylko podpis pod cudzym planem.
—Koniec był wtedy, gdy napisałeś, żeby nie wpuszczać mojej matki.
Maurycy położył rękę na framudze, ale natychmiast ją cofnął. Nie miał już prawa przekraczać progu bez zaproszenia.
Następnego ranka spotkaliśmy się u notariusza. Nie po to, by dzielić mieszkanie, lecz by podpisać rozdzielność majątkową i przygotować dokumenty rozwodowe. Maurycy przyznał w obecności świadków, że nie miał mojego upoważnienia, a firma pożyczkowa wycofała zabezpieczenie. Jego długi pozostały jego długami.
Ofelia zabrała rzeczy do siostry. Pani Karina odzyskała zaliczkę i złożyła własne wyjaśnienia. Pani Klara zachowała kopię wiadomości, a ja wymieniłam wszystkie zamki, nie dlatego, że bałam się każdego człowieka, lecz dlatego, że nauczyłam się sprawdzać, komu daję klucz.
Kilka dni później Teresa zaprosiła mnie na herbatę. Jej czerwony termos stał na stole, a obok niego leżały świeżo usmażone paszteciki.
—Spróbuj —powiedziała. —Tym razem nie kupiłam ich w piekarni.
Ugryzłam jeden i poczułam smak kolendry, cebuli oraz domu, który odzyskałyśmy nie dzięki łasce Maurycego, lecz dzięki temu, że mama wróciła przez własne drzwi.
Za ścianą zadzwonił domofon. Teresa podniosła słuchawkę, a potem spojrzała na mnie.
—To ktoś do ciebie.
—Niech poczeka.
Mama uśmiechnęła się i odkręciła korek termosu.
—Najpierw herbata, Walerio.
A czerwony termos z wgnieceniem znów stał na swoim miejscu, na środku stołu, jak mały znak, którego nikt już nie mógł wynieść na korytarz.
Przegapiłeś początek?






