CZĘŚĆ 4
…
Telefon wypadł Victorii z ręki i uderzył o parkiet.
Z głośnika dobiegł trzask połączenia, a potem kobiecy głos ucichł.
— Kim była ta kobieta? — zapytałam.
Julian patrzył na telefon, jakby leżał tam dowód jego własnego życia.
— Weronika — powiedział Antoni. — Księgowa firmy pańskiego ojca.
Victoria ruszyła w stronę aparatu, ale Julian zagrodził jej drogę.
— Nie dotykaj go.
— Julian, posłuchaj mnie. Ona chce przejąć firmę.
— Nie. Ty chciałaś ją przejąć.
Marta stała przy stole z fiolką w dłoni. Jej palce przestały drżeć.
— Pani Eleno, proszę ze mną.
— Dokąd?
— Do spiżarni. Zostawiła tam więcej rzeczy niż ten rachunek.
Zeszliśmy po wąskich schodach o siódmej pięćdziesiąt rano. W pensjonacie pachniało kawą, mokrym drewnem i zwiędłymi różami z weselnych stołów. Na ścianie wisiały fotografie dawnych uroczystości. Na każdej rodzina wyglądała na szczęśliwą.
W spiżarni Marta wskazała metalowy kosz za workiem mąki.
— Pani Victoria kazała mi wyrzucić wszystko po tym, jak zaniosłam jej kieliszek.
Wyjęła z kosza mały nóż do papieru, pustą saszetkę po środku nasennym i kopertę z moim imieniem.
Na kopercie widniała data sprzed trzech dni.
Otworzyłam ją.
W środku leżała kopia umowy, którą Victoria chciała podsunąć mi do podpisania przy śniadaniu. Wynikało z niej, że zrzekam się wszelkich udziałów w firmie, a w razie rozpadu małżeństwa nie mogę żądać żadnej części majątku.
Na dole widniał mój podpis.
Tylko że go nie złożyłam.
Podpis był skopiowany z formularza meldunkowego, który wypełniałam miesiąc wcześniej w kancelarii.
Marta przymknęła oczy.
— Ona mówiła, że pani sama zrezygnuje, kiedy zobaczy plamę.
Poczułam mdłości, lecz tym razem nie odsunęłam papieru. Zabrałam go ze sobą na górę.
Victoria czekała w salonie. Julian stał przy oknie, Antoni trzymał walizkę, a Weronika weszła przez boczne drzwi z teczką pod pachą.
Była drobną kobietą w bordowym płaszczu. Na twarzy miała zmęczenie, nie triumf.
— Przepraszam, że zadzwoniłam tak nagle — powiedziała do mnie. — Ale od dwóch tygodni próbuję dostać się do pana Juliana.
— Dlaczego?
Weronika położyła na stole księgę rachunkową.
— Bo Victoria przelała pieniądze firmy na konto fundacji, której prezesem jest jej brat. Osiemset tysięcy złotych. Zrobiła to w noc, kiedy pański ojciec trafił do szpitala.
Julian chwycił księgę.
— Mamo?
Victoria wyprostowała się.
— Twój ojciec był chory. Firma potrzebowała ochrony.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi o przelewie?
— Bo nie umiałeś podjąć żadnej decyzji bez tej dziewczyny.
— Ona nie była wtedy nawet moją żoną.
— Właśnie. I miała nią nie zostać.
Weronika otworzyła księgę na zaznaczonej stronie.
— Jest jeszcze jeden zapis. Jeśli zarząd zostanie przejęty przez osobę wskazaną w testamencie, wszystkie przelewy dokonane bez zgody dwóch członków zarządu muszą zostać zwrócone. W przeciwnym razie udziały osoby, która je wykonała, przechodzą na nowy zarząd.
Spojrzałam na Juliana.
— Czyli jeśli podpisałabym dokument Victorii, straciłabym wszystko. Ale jeśli nie podpiszę…
— Nie stracisz niczego — dokończył Antoni. — To Victoria ryzykuje własnymi udziałami.
Po raz pierwszy zrozumiałam, czego naprawdę chciała. Nie mojego męża. Nie jego szczęścia. Chciała zatrzymać władzę, którą dawało jej przekonanie, że Julian bez niej nie potrafi żyć.
Julian podszedł do matki.
— Oddaj mi klucze do biura.
Victoria roześmiała się krótko.
— Myślisz, że jeden brudny prześcieradło i opowieść służącej zmienią wszystko?
— Nie — powiedział. — Zmienią to rachunki. I twój podpis.
Wyjął z walizki Antoniego drugi dokument. Na jego ostatniej stronie widniał podpis Victorii pod zgodą na przelew.
Jej twarz zmieniła kolor.
— Skąd to masz?
— Ojciec wysłał kopię Weronice dzień przed śmiercią — odpowiedział Antoni. — Oryginał jest już w depozycie.
Victoria zacisnęła dłonie.
— Julian, jeśli oddasz zarząd tej kobiecie, wszystko rozpadnie się w ciągu miesiąca.
— Może. Ale nie pozwolę, żebyś budowała moje małżeństwo na strachu.
Te słowa zabolały mnie bardziej niż jego wcześniejsze milczenie, bo były pierwszymi, które naprawdę należały do niego.
— Nie wiem, czy potrafię ci zaufać — powiedziałam.
— Wiem.
— Nie wystarczy, że wyrzucisz ją z gabinetu.
— Wiem.
— Powiesz mi wszystko. O umowie. O firmie. O tym, co wiedziałeś i czego nie chciałeś wiedzieć.
— Powiem.
Nie obiecywał, że będzie łatwo. Nie prosił, żebym zapomniała. Po prostu położył klucze do biura na stole przed Antonim.
Victoria patrzyła na nie, jakby były ostatnim kawałkiem gruntu pod jej stopami.
— Nie zrobisz tego — wyszeptała.
Julian odsunął klucze w moją stronę.
— To Elena podpisze pierwszy dokument.
Wzięłam pióro. Dłoń miałam zimną, ale nie drżała.
Antoni wskazał miejsce pod uchwałą o przejęciu zarządu. Weronika położyła obok księgę rachunkową, a Marta stanęła przy drzwiach jak świadek, którego nikt już nie zdoła uciszyć.
Podpisałam.
Nie jako nagrodę za ślub.
Jako decyzję podjętą po poznaniu całej prawdy.
Potem spojrzałam na Juliana.
— A teraz ty.
Przez kilka sekund patrzył na swoje nazwisko. Później złożył podpis obok mojego.
Victoria chwyciła krzesło, żeby nie upaść.
Jej plan się nie rozpadł od jednej plamy. Rozpadł się, kiedy Julian przestał pozwalać jej mówić za niego.
O jedenastej trzydzieści pojechaliśmy do biura firmy. Nie po to, żeby urządzać scenę. Po to, żeby przekazać pracownikom prawdziwe dokumenty i zablokować przelewy. Weronika została z nami. Marta dostała od Juliana nowe stanowisko w pensjonacie i odmówiła przyjęcia pieniędzy za milczenie.
— Nie chcę pieniędzy — powiedziała. — Chcę tylko, żeby nikt więcej nie kazał mi udawać, że nie widzę.
Victoria nie została zabrana przez żadnych funkcjonariuszy. To nie był koniec z syrenami ani metalowymi drzwiami. Jej kara była bardziej konkretna: straciła dostęp do kont, gabinetu i ludzi, którzy przez lata wykonywali każde jej polecenie. Brat musiał zwrócić pieniądze, kiedy Weronika uruchomiła procedurę odzyskania przelewu.
Wieczorem wróciłam do sypialni w pensjonacie.
Na materacu nie było już brunatnej plamy. Wymieniono prześcieradło, lecz na drewnianej ramie zostało małe zadrapanie po rozbitym kieliszku.
Dotknęłam go opuszką palca.
Julian zatrzymał się w drzwiach.
— Możesz spać tutaj — powiedział. — Ja zejdę na kanapę.
Spojrzałam na niego.
— Nie uciekaj na kanapę tylko dlatego, że boisz się mojej decyzji.
— Czego więc chcesz?
Wyjęłam z kieszeni kopię umowy Victorii i rozdarłam ją na pół. Potem podałam mu obie części.
— Jutro jedziemy do kancelarii. Sprawdzimy każdy dokument, który podpisałeś bez czytania. A dziś usiądziesz i opowiesz mi o ojcu.
— Wszystko?
— Wszystko.
Usiadł na brzegu łóżka. Po chwili zaczął mówić o człowieku, którego znałam tylko z fotografii: o jego zwyczaju zapisywania ważnych zdań na odwrocie rachunków, o tym, dlaczego zatrudnił Weronikę i czemu nigdy nie zwolnił Marty, choć Victoria tego żądała.
Słuchałam.
Nie wiedziałam, czy nasze małżeństwo przetrwa. Wiedziałam tylko, że tym razem nie leżałam obok obcej wersji własnego życia.
Przed snem Julian wyjął z szuflady mój pęknięty kolczyk.
— Znalazłem go rano — powiedział.
Wzięłam go z jego dłoni.
— Nie naprawiaj go.
— Dlaczego?
Spojrzałam na cienką rysę przecinającą perłę.
— Bo chcę pamiętać, od czego zaczęliśmy.
Za ścianą zegar wybił północ. Na stole leżały dwa podpisane dokumenty, księga przelewów i kolczyk, który nie pasował już do żadnej pary.
Julian popatrzył na mnie i zapytał:
— Elena, czy mogę zacząć mówić od początku?
Odłożyłam pękniętą perłę na pierwszą stronę rodzinnej umowy.
— Tym razem nie pomiń ani jednego nazwiska.
Przegapiłeś początek?






