CZĘŚĆ 4 — Poszłam na aukcję, by ratować brata, lecz gdy padła niewiarygodna kwota, tajemniczy mężczyzna nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

…Sebastian nie dokończył zdania, bo cały hotel zatrząsł się od odległego huku.

Z sufitu posypał się pył.

Catherine krzyknęła.

Mężczyzna z blizną wykorzystał moment, by odepchnąć Sebastiana i rzucić się do wyjścia. Nie dobiegł daleko. Dwaj ochroniarze Blackwooda pojawili się na korytarzu, jakby czekali tam od początku.

— Nikt nie opuszcza budynku — powiedział jeden z nich.

— Mój brat jest w niebezpieczeństwie! — krzyknęłam.

— Wiem — odparł Sebastian. — I właśnie dlatego nie pojedziemy tam, gdzie każą nam jechać.

Chwycił telefon Catherine i wyświetlił ostatnią wiadomość.

Adres mojego domu był fałszywy. Dom znajdował się po drugiej stronie miasta, ale ktoś znał plan mieszkania, numer pokoju Diego i godzinę operacji. To oznaczało, że zdrajca nie działał z ulicy.

— Kto miał dostęp do dokumentacji medycznej? — zapytałam.

— Szpital, ubezpieczyciel i fundacja, która miała zapłacić za operację — odpowiedział Sebastian.

— Żadna fundacja nie miała zapłacić.

— Owszem, miała. Tylko ty o tym nie wiedziałaś.

Spojrzałam na niego.

— Co pan mówi?

Sebastian wyjął z teczki drugą kartkę. Tym razem nie była rozdarta. Widniała na niej pieczęć fundacji i podpis Rafaela Santosa.

— Twój ojciec założył fundusz dla ciebie i Diego. Pieniądze miały zostać wypłacone, kiedy skończysz dwadzieścia pięć lat. Ale ktoś przez lata przejmował wszystkie zawiadomienia.

— Kto?

Catherine opuściła głowę.

— Ja.

Nie krzyknęłam. Wściekłość była zbyt ciężka, żeby wydostać się przez gardło.

— Pozwoliłaś mi sprzedawać rzeczy po matce. Pracować po szesnaście godzin. Patrzeć, jak mój brat słabnie.

— Bałam się ludzi, którzy kontrolowali fundację.

— A teraz boisz się mnie?

Catherine popatrzyła na mosiężny klucz.

— Nie. Boję się tego, co Rafael zostawił w skrytce.

Wtedy Sebastian powiedział coś, czego nie przewidziałam.

— Skrytka nie znajduje się w banku. Jest w galerii, w której pracujesz.

Przypomniałam sobie małą salę na zapleczu, półkę z ramami i obraz, którego nikt nie kupił od piętnastu lat. Portret kobiety z kluczem zawieszonym na szyi. Wisiał nad stołem, gdzie codziennie jadłam kanapkę.

— To obraz mojej matki.

— Rafael namalował go sam — powiedział Sebastian. — Był przekonany, że nikt nie podejrzewa miejsca, w którym jego córka będzie pracowała z własnej woli.

Pojechaliśmy do galerii bocznymi ulicami. Padał drobny deszcz, a światła miasta rozmazywały się na szybie samochodu. Sebastian prowadził jedną ręką. Drugą trzymał pistolet ukryty pod płaszczem.

— Powinien mi pan był powiedzieć od razu — stwierdziłam.

— Gdybym powiedział, że jestem człowiekiem, którego twój ojciec wybrał do ochrony, nie uwierzyłabyś.

— Nadal panu nie wierzę.

— To dobrze. Wiara bez pytań jest niebezpieczna.

W galerii paliła się jedna lampa. Patricia siedziała przy kasie z bandażem na czole.

— Zaatakowali mnie, kiedy wyszłam po kawę — powiedziała. — Diego był tutaj.

Zamarłam.

— Co?

— Przywiozła go pielęgniarka. Powiedziała, że szpital został przejęty przez ludzi z fundacji. Diego zostawił wiadomość.

Patricia wskazała obraz.

Na odwrocie płótna wisiała koperta z grubego papieru. Nie była szara ani biała. Miała kolor wysuszonej moreli, taki sam jak zasłony w pokoju mojej matki.

Otworzyłam ją drżącymi palcami.

W środku znajdowała się połowa mosiężnego klucza, list Rafaela i karta pamięci nie większa od paznokcia.

List miał tylko kilka zdań.

„Mario, jeśli to czytasz, znaczy, że Sebastian dotrzymał słowa. Nie ufaj tym, którzy mówią, że robią to dla pieniędzy. Najgroźniejszy z nich będzie próbował ocalić Diego, bo tylko on zna prawdę o jego narodzinach.”

Podniosłam wzrok.

— Co to znaczy?

Sebastian nie odpowiedział.

Catherine pobladła tak gwałtownie, że musiała oprzeć się o ladę.

— Diego nie jest synem Rafaela — wyszeptała.

— To mój brat.

— Jest. Ale jego ojciec…

W galerii rozległo się ciche kliknięcie zamka.

Odwróciliśmy się.

W drzwiach stał mężczyzna z blizną. Trzymał Diego przed sobą. Mój brat był blady, osłabiony i miał związane ręce, ale żył.

— Oddaj kartę — powiedział mężczyzna.

Sebastian podniósł broń.

— Puść chłopca.

— Najpierw karta.

Diego spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłam panikę, lecz także coś jeszcze. Determinację.

— Mario — powiedział cicho. — Nie oddawaj mu jej. Rafael mówił, że Sebastian nie jest tym, za kogo się podaje.

Sebastian opuścił broń.

— Diego, słuchaj mnie. Twój ojciec chciał, żebym cię znalazł.

— Mój ojciec powiedział, że zabiłeś go za pieniądze.

Catherine zasłoniła usta.

Mężczyzna z blizną uśmiechnął się szeroko.

— Właśnie. Powiedz jej, Sebastianie. Powiedz, kto pociągnął za spust.

Przez sekundę nikt się nie poruszył.

Potem Sebastian odłożył broń na podłogę.

— Ja.

Moje serce pękło z hukiem, którego nie usłyszał nikt poza mną.

— Dlaczego? — zapytałam.

— Rafael umierał. Ludzie z fundacji torturowali go, żeby zdradził miejsce ksiąg. Poprosił mnie, żebym zakończył jego cierpienie, zanim wrócą.

— A potem pozwolił pan wszystkim myśleć, że go pan zamordował?

— Bo tylko wtedy uwierzyli, że księgi zniknęły razem z nim. Rafael oddał mi kartę, ale nie powiedział, gdzie jest klucz. Powiedział, że jego dzieci muszą same odnaleźć drogę.

Mężczyzna z blizną szarpnął Diego.

— Wzruszająca opowieść.

Patricia chwyciła stojącą obok metalową lampę i uderzyła go w kolano. Diego upadł, a Sebastian rzucił się naprzód. Rozległy się dwa głuche uderzenia. Mężczyzna osunął się na podłogę, lecz nie stracił przytomności.

Diego doczołgał się do mnie.

— Operacja — wyszeptał. — Ja naprawdę potrzebuję operacji.

— Dostaniesz ją.

— Nie mamy pieniędzy.

Spojrzałam na Sebastiana.

— Mamy.

— Pół miliona było zapłatą za ochronę — powiedział. — Ale pieniądze już przelałem na konto szpitala, zanim aukcja się skończyła.

— Dlaczego?

— Bo gdy zobaczyłem twoje nazwisko, wiedziałem, że Rafael czekał na ten dzień. A ty nie powinnaś płacić za jego obietnicę własnym życiem.

Telefon Patricii zadzwonił. Lekarz ze szpitala potwierdził, że Diego czeka na transport. Operację można było rozpocząć tej samej nocy.

Catherine oddała się w ręce ludzi Sebastiana, ale nie po to, by ją ukarać. Miała wskazać wszystkie konta fundacji i nazwiska osób, które przez lata kradły pieniądze Rafaela. Mężczyzna z blizną został zabrany do magazynu Blackwooda, gdzie miał podpisać zeznania i oddać dostęp do pozostałych ksiąg. Sebastian nie nazwał tego sprawiedliwością. Powiedział tylko, że niektórzy ludzie rozumieją wyłącznie cenę własnych wyborów.

Przed wyjazdem do szpitala otworzyłam kartę pamięci w komputerze galerii. Zawierała nagranie głosu mojego ojca, ale nie było to wyznanie ani testament. Była to lista wszystkich pacjentów, którym fundacja opłaciła leczenie, zanim ktoś przejął jej pieniądze.

Na końcu znajdowało się nazwisko Diego.

Rafael odkładał pieniądze nie tylko dla swoich dzieci. Chciał, żeby fundacja ratowała tych, których nikt nie chciał ratować.

Wróciłam do Sebastiana.

— Nie chcę pół miliona za wieczór — powiedziałam.

— Nie musisz go oddawać.

— Chcę, żeby pieniądze wróciły do fundacji. Prawdziwej. Z niezależnym zarządem.

— A ty?

— Ja będę pilnować ksiąg.

Sebastian przyjrzał mi się uważnie.

— To niebezpieczna praca.

— Mój ojciec zostawił ją mnie.

— Nie. On zostawił ci wybór.

W szpitalu Diego zabrano na salę operacyjną. Zanim zniknął za drzwiami, zacisnął palce na mojej dłoni.

— Mario?

— Jestem.

— Czy Sebastian naprawdę był przy tacie?

Spojrzałam na mężczyznę stojącego kilka kroków dalej, z pękniętym zegarkiem i twarzą człowieka, który przez piętnaście lat dźwigał cudzą śmierć.

— Tak — odpowiedziałam. — I tym razem nie odejdzie, dopóki nie poznamy całej prawdy.

Diego uśmiechnął się słabo.

Kilka godzin później chirurg wyszedł z sali i powiedział, że operacja się udała. Nie pamiętam, czy płakałam, czy śmiałam się, bo w dłoni nadal trzymałam połówkę mosiężnego klucza.

Następnego ranka zawiesiłam obie części na szyi Diego, gdy spał pod białym kocem.

Nie otwierały już żadnej skrytki.

Otwierały jego oczy, kiedy wyszeptał przez sen:

— Tato, znaleźliśmy cię.

Оцените статью