CZĘŚĆ 4
…Przez kilka sekund nikt w archiwum się nie poruszył.
Nawet wentylator przestał jęczeć, jakby budynek również czekał na następne słowo.
— Proszę nie otwierać koperty — powiedział premier.
— Dlaczego? — spytałam.
— Bo jeśli trafiła do szpitala, Bień już wie, że dokument zniknął.
— Dokument nie zniknął. Jest u mojej matki.
— Właśnie dlatego nie może pani tam jechać sama.
Bień parsknął śmiechem.
— Pan nadal wydaje rozkazy? Po tym wszystkim?
Wolski odwrócił się do niego.
— Nie. Po tym wszystkim pierwszy raz proszę.
To zdanie zabrzmiało gorzej niż krzyk.
O czternastej dwadzieścia opuściliśmy archiwum tylną klatką schodową. Nie jechaliśmy rządowym samochodem. Premier zabrał kluczyki kierowcy, Radecki usiadł obok niego, a ja i Kazimierz z tyłu. Bień został w budynku z dwoma ochroniarzami, lecz zanim odjechaliśmy, zdążył wysłać wiadomość do kilku redakcji.
Po dziesięciu minutach telefony zaczęły dzwonić jeden po drugim.
„Premier zamieszany w fałszowanie programu”.
„Urzędniczka wyniosła tajne dokumenty”.
„Rząd zagrożony rozpadem”.
Patrzyłam na nagłówki i czułam, jak zaciska mi się żołądek.
— On odwraca historię — powiedziałam.
— Bień od lat przeżywał dzięki temu, że był pierwszy — odpowiedział Radecki. — Pierwszy miał informację, pierwszy stawiał zarzut, pierwszy dzwonił do właściwych ludzi.
— A pan dlaczego za nim chodził?
Minister milczał.
— Bo bałem się, że bez niego rozpadnie się cały budżet — powiedział po chwili. — A prawda jest prostsza. Bałem się stracić stanowisko.
Kazimierz spojrzał na niego przez lusterko.
— Ludzie zawsze nazywają strach odpowiedzialnością, kiedy siedzą wysoko.
Szpital matki znajdował się na obrzeżach miasta. O piętnastej pięćdziesiąt przed głównym wejściem stały trzy ciężarówki z beczkami paliwa i jedna z plandeką w kolorze brudnej oliwki. Kierowcy trzymali dokumenty w dłoniach. Na schodach czekała dyrektorka, doktor Helena Sowa, z ręką owiniętą bandażem.
— Przyjechaliście za późno — powiedziała.
— Co się stało? — zapytałam.
— Dostawca twierdzi, że umowa została anulowana. Bez oleju opałowego ogrzewanie wyłączy się wieczorem. Mamy pacjentów po operacjach i niemowlęta na oddziale intensywnej terapii.
Premier spojrzał na ciężarówki.
— Kto podpisał anulowanie?
Dyrektorka podała mu dokument.
Na dole widniał podpis Pawła Radeckiego, lecz pieczęć należała do spółki należącej do żony Bieńa.
Radecki zbladł.
— Tego nie było w wersji, którą dostałem.
— Ale podpisał pan upoważnienie do jej wprowadzenia — powiedziałam.
— Tak.
— Więc teraz je pan cofnie.
— Nie mogę. Jestem ministrem tylko na papierze.
Premier wyrwał mu dokument z ręki.
— Od tej chwili jest pan ministrem z jednym zadaniem. Proszę natychmiast przywrócić dostawy.
— A jeśli nie posłuchają?
— Wtedy podpisze pan oświadczenie, że odmówił pan ratowania szpitala.
Radecki patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Potem wyciągnął telefon i zadzwonił do dyrektora departamentu.
— Cofnąć decyzję — powiedział. — Natychmiast.
— Panie ministrze, nie mam takiego polecenia.
— Ma pan moje.
— Bień pana zniszczy.
— Niech spróbuje.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Wykonuję — odpowiedział głos.
Pierwsza ciężarówka ruszyła. Silnik zawarczał, a zapach oleju zmieszał się z ostrym zapachem środków dezynfekcyjnych. Doktor Sowa odetchnęła, lecz nie podziękowała nikomu.
— To wystarczy na trzy dni — powiedziała. — Potem znów będziemy prosić.
— Nie będziecie — odparł premier.
— Pan premier nie może obiecywać za cały kraj.
— Właśnie dlatego przyszedłem tu, zanim przemówię do kraju.
O szesnastej trzydzieści weszliśmy do małego gabinetu dyrektorki. Moja matka czekała przy biurku. W rękach trzymała kopertę z grubego papieru. Na jej rogu widniała pieczęć kancelarii, lecz pod nią ktoś dopisał ołówkiem: „Nie ufaj podpisowi na pierwszej stronie”.
Matka podała mi kopertę.
— Kierowca nie chciał powiedzieć, kto mu ją dał.
— Otwórz ją — powiedział Wolski.
— Przed wszystkimi?
— Tak.
W środku znajdował się list napisany odręcznie oraz kopia umowy założycielskiej spółki. List podpisała sekretarka Bieńa, Elżbieta Domańska.
„Pani Marto, jeśli czyta pani te słowa, oznacza to, że usunięta strona już została zauważona. Bień nie działa sam. To on polecił wykreślić z programu nie tylko szpitale, ale też fundusz ratunkowy dla rodzin górników. Pani ojciec figuruje na liście osób, których świadczenia miały zostać ograniczone”.
Litery zaczęły mi się rozmazywać.
— Mój ojciec nie żyje od sześciu lat — powiedziałam.
— Właśnie dlatego wybrali jego nazwisko — odpowiedziała Elżbieta, która stała w drzwiach.
Wszyscy odwróciliśmy głowy.
Była drobną kobietą w granatowym płaszczu. Trzymała teczkę i klucz do archiwum.
— Jak pani tu weszła? — zapytał premier.
— Przez wejście dla pracowników. Bień nie wie, że mam drugi klucz.
— Dlaczego pani to zrobiła? — spytałam.
Elżbieta spojrzała na kopię umowy.
— Bo mój mąż zginął w kopalni, a Bień powiedział mi, że jeśli podpiszę jego wersję, rodzina dostanie odszkodowanie. Podpisałam. Nie dostałam nic.
Ręce zaczęły mi drżeć.
— Co jeszcze ma pani w teczce?
— Wszystkie polecenia. Daty, nazwiska, rachunki. I listę głosów, które miały zostać kupione obietnicą pieniędzy dla ich okręgów.
Premier usiadł ciężko na krześle.
— To kończy mój rząd — powiedział.
— Nie — odpowiedziałam. — To dopiero kończy pańską wymówkę.
O siedemnastej piętnaście Wolski wszedł przed kamery ustawione w holu szpitala. Nie miał przygotowanego przemówienia. W jednej ręce trzymał brakującą stronę, w drugiej list Elżbiety.
— Obiecałem obywatelom tańsze rachunki, nie mówiąc, kto za nie zapłaci — powiedział. — To był mój podpis i moja odpowiedzialność. Program zostaje wycofany. Fundusze dla szpitali zostaną przywrócone, a pełna dokumentacja zostanie przekazana parlamentowi.
Dziennikarze zaczęli krzyczeć pytania.
— Czy poda się pan do dymisji?
— Czy oskarża pan własnego szefa gabinetu?
— Czy to prawda, że finansowano kampanię z pieniędzy państwowych?
Premier spojrzał na mnie.
— Pani Nowak, proszę powiedzieć, co pani znalazła.
Podeszłam do mikrofonu. Poczułam pod palcami mosiężną zakładkę z symbolem kolei. Wzięłam ją z kieszeni jeszcze w archiwum, jakby ojciec mógł mi podpowiedzieć, gdzie postawić pierwsze słowo.
— Znalazłam stronę, którą ktoś usunął, bo uważał, że ludzie nie powinni wiedzieć, ile kosztuje ich własna ulga. Znalazłam podpisy. Znalazłam tych, którzy bali się mówić. I znalazłam człowieka, który myślał, że skoro kontroluje dokument, kontroluje także prawdę.
W tej chwili do holu wszedł Tomasz Bień.
Nie był sam. Towarzyszyło mu kilkunastu posłów, którzy jeszcze rano oklaskiwali premiera. W ręku trzymał plik papierów.
— To kłamstwo — powiedział głośno. — Premier próbuje zrzucić winę na urzędników. Pani Nowak ukradła dokumenty, a Radecki zdradził własny rząd.
Elżbieta zrobiła krok naprzód.
— Nie ukradła. Ja dałam jej kopie.
Bień spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Ty?
— Tak. I mam jeszcze coś.
Wyjęła z teczki pojedynczy formularz.
— Pańskie polecenie zwolnienia mnie z pracy. Z datą sprzed trzech tygodni. Wtedy jeszcze nie podpisałam umowy.
Bień zacisnął szczękę.
— To fałszerstwo.
— Nie — powiedziała. — Podpisał je pan własną ręką. Zawsze stawia pan kropkę za wysoko. Bał się pan, że ktoś rozpozna charakter pisma.
Kazimierz podszedł do stołu i położył obok formularza protokół z drukarni.
— A numer papieru pochodzi z partii, którą zamówiono wyłącznie dla gabinetu premiera. Nie da się go kupić ani dorobić.
Posłowie zaczęli odsuwać się od Bieńa.
Telefon Radeckiego zadzwonił. Odszedł kilka kroków, wysłuchał rozmowy i wrócił z twarzą zmienioną przez decyzję, której długo unikał.
— Rada nadzorcza spółki właśnie odwołała pańską żonę — powiedział do Bieńa. — Bank zablokował rachunki fundacji. Umowa na dostawy została unieważniona.
— To ty? — warknął Bień.
— Nie. To dokumenty.
Bień odwrócił się do premiera.
— Jeśli mnie zatopisz, pociągnę cię za sobą.
Wolski spojrzał na niego spokojnie.
— Już mnie pociągnąłeś. Różnica polega na tym, że ja przestałem udawać, że płyniemy w dobrą stronę.
Tego wieczoru program rządowy został wycofany. Nie było uroczystego oświadczenia ani triumfalnej muzyki. Były rachunki do sprawdzenia, umowy do unieważnienia, nazwiska do wyjaśnienia i szpitale, które trzeba było ogrzać przed nocą.
Radecki podał się do dymisji następnego dnia. Zostawił po sobie zeznania, wszystkie rachunki i podpisane oświadczenie, że wiedział więcej, niż przyznawał. Premier nie odszedł od razu. Najpierw przedstawił parlamentowi nowy projekt, tym razem z pełnym wykazem źródeł finansowania. Potem oddał decyzję posłom, choć wiedział, że wielu z nich będzie głosować przeciwko niemu.
Tomasz Bień stracił stanowisko, majątek i ludzi, którzy przez lata nazywali go niezastąpionym. Najbardziej bolało go jednak coś innego: spółka, dla której stworzył cały plan, nigdy nie dostarczyła ani litra paliwa. Jej pierwsza ciężarówka odjechała spod szpitala z pustą cysterną.
Moja matka została w pracy. Doktor Sowa dostała środki na ogrzewanie, lecz nie zgodziła się na podwyżkę dla siebie.
— Najpierw respirator — powiedziała. — Potem moje wynagrodzenie.
Kazimierz wrócił do drukarni. Nie awansował. Zażądał tylko, by każda strona programu była odtąd numerowana ręcznie i sprawdzana przez dwóch niezależnych pracowników.
Elżbieta dostała ochronę prawną i odszkodowanie dla rodziny. Kiedy podziękowała mi na korytarzu szpitala, nie umiałam powiedzieć, że to ja powinnam dziękować jej.
Premier spotkał mnie późnym wieczorem przy automacie z kawą.
— Zostaje pani w kancelarii? — zapytał.
— Nie wiem.
— Mogę zapewnić pani stanowisko.
— Nie chcę stanowiska, którego warunkiem jest pańska wdzięczność.
Pokiwał głową.
— W takim razie czego pani chce?
Wyjęłam z kieszeni mosiężną zakładkę ojca.
— Żeby następny program miał wszystkie strony.
Uśmiechnął się smutno.
— To niewygodne żądanie.
— Dla ludzi, którzy liczą na brakującą stronę, na pewno.
Nazajutrz zaniosłam zakładkę do drukarni. Kazimierz przygotowywał nowy egzemplarz programu, już z numerem siedemnastym. Na tej stronie nie było obietnic bez pokrycia. Była tabela wydatków, nazwiska osób odpowiedzialnych i podpisy świadków.
Poprosił mnie, żebym sprawdziła ostatnią linijkę.
Przeczytałam ją powoli.
„Żaden rachunek nie może być obniżony kosztem człowieka, którego nie zaproszono do rozmowy”.
Pod spodem zostawiono miejsce na podpis.
Nie podpisałam za premiera.
Podałam mu kartkę, gdy zjawił się w drukarni. Wziął pióro, spojrzał na mnie i podpisał ją własnym nazwiskiem, bez sekretarza, bez ochrony i bez przemówienia.
A kiedy drukarka wypuściła pierwszą kompletną kopię, mój ojcowski mosiężny znak zatrzymał się na stronie siedemnastej — dokładnie tam, gdzie kiedyś ktoś próbował wyciąć prawdę.
Przegapiłeś początek?






