CZĘŚĆ 4
— …Richarda Petersona — dokończyła Ewa Borkowska. — Datowany na trzy miesiące po jego śmierci.
Przez chwilę nie słyszałam niczego poza jednostajnym piskiem aparatury zza drzwi. Każdy dźwięk był równy, chłodny i obojętny, zupełnie jakby świat nie właśnie pękał na pół.
— Proszę mi powiedzieć, co mam zrobić — powiedziałam.
— Nie podpisywać żadnego dokumentu. Przyjadę do szpitala z kopią pełnomocnictwa i zawiadomię bank, że użyto fałszywego podpisu.
Thomas rzucił się ku mnie.
— Mamo, odłóż telefon.
Marek stanął między nami.
— Proszę się zatrzymać.
— To sprawa rodzinna! — krzyknął Thomas.
— Zatrucie dzieci nie jest sprawą rodzinną — odpowiedział Marek.
Słowo „zatrucie” odbiło się od ścian. Laura skuliła ramiona, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie usłyszeć jego znaczenie.
— Charles może umrzeć? — zapytała.
— Lekarze robią wszystko, żeby do tego nie doszło — powiedział Marek. — Ale potrzebujemy pełnych informacji.
Laura wstała tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się za jej plecami.
— Thomas, gdzie kupiłeś tę substancję?
— Nie będę odpowiadał na pytania w korytarzu.
— Gdzie ją kupiłeś?
— Laura, przestań.
— Czy dzieci miały być tylko przeszkodą? Czy dlatego tak się bałeś, że zjadły czekoladki?
Thomas spojrzał na nią z gniewem.
— Miałem jeden cel. Dorothy miała dostać zawrotów głowy, a potem wszystko wyglądałoby jak nagły atak serca. Nikt nie sprawdzałby cukierków, gdyby zjadła je sama.
Zamknęłam oczy.
Nie dlatego, że nie chciałam słuchać. Dlatego, że nagle zrozumiałam każdy szczegół.
Jego zbyt szybkie pytania.
Kopertę z aptecznym nadrukiem.
I to, że nie zapytał o dzieci ani razu, dopóki nie dowiedział się, że czekoladki trafiły do ich rąk.
— Ty to zaplanowałeś — powiedziałam.
— Potrzebowałem pieniędzy.
— Nie. Potrzebowałeś mojego domu.
— Ten dom i tak kiedyś będzie mój.
— Nie, Thomas. Był twój tylko w twojej głowie.
Drzwi gabinetu otworzyły się. Lekarka podeszła do Laury.
— Charles reaguje na leczenie. Anne również jest stabilna. Najgorsze minęło, ale zostaną z nami do jutra.
Laura wydała z siebie krótki, łamiący się dźwięk i oparła czoło o framugę.
Thomas odwrócił się, jakby chciał uciec.
Wtedy zjawiła się Ewa Borkowska. Miała pod pachą czarną teczkę, a na palcu prosty srebrny pierścionek z pękniętą oprawą. Podała mi dokumenty.
Na pierwszej stronie widniała fotografia mojego dowodu osobistego. Na drugiej — pełnomocnictwo, którego nigdy nie podpisywałam. Na trzeciej — sfałszowany podpis Richarda.
— Skąd to się wzięło? — zapytałam.
Ewa spojrzała na Thomasa.
— Z kancelarii, do której przyszedł pan wczoraj po południu.
Thomas pobladł.
— To nie było tak.
— Wczoraj powiedział pan, że matka jest nieprzytomna i nie może przyjechać. Dziś miał pan dostarczyć zaświadczenie lekarskie. Bez niego sprzedaż nie mogła dojść do skutku.
Laura spojrzała na mnie.
— On miał sprzedać twój dom dziś po południu.
W domu, który zbudowaliśmy z Richardem, wciąż stała jego drewniana skrzynka na listy. Richard naprawiał ją co jesień, choć krzywo zawieszone drzwiczki nigdy nie chciały się domknąć. Thomas wiedział, że ten dom nie był dla mnie tylko nieruchomością.
Chciał sprzedać także wspomnienia.
— Mamo — powiedział. — Jeśli mnie wydasz, dzieci stracą ojca.
Laura odwróciła się do niego.
— Nie mów o dzieciach, kiedy próbowałeś je zabić.
Te słowa trafiły w niego mocniej niż krzyk.
Podszedł do Laury, lecz ona cofnęła się pod ścianę.
— Oddaj mi telefon — powiedział.
— Nie.
— Laura, potrzebuję cię.
— Potrzebowałeś mojego podpisu, moich pieniędzy i mojego milczenia. To nie to samo.
Thomas spojrzał na mnie.
— Przepraszam.
Nie odpowiedziałam od razu.
W kieszeni płaszcza nadal miałam mały, kremowy bilecik z urodzinowym życzeniem. Znalazłam go rano pod pustą wstążką, zanim Laura zadzwoniła. Pismo Thomasa było staranne, niemal dziecinne: „Dla najlepszej mamy na świecie”.
Wyjęłam kartkę i położyłam ją na teczce z fałszywymi dokumentami.
— To nie były życzenia — powiedziałam. — To był podpis człowieka, który chciał, żebym zaufała pudełku.
Do Thomasa podeszli pracownicy ochrony, a za nimi przybył funkcjonariusz wezwany przez szpital. Nie musiałam niczego tłumaczyć. Marek miał próbkę, Ewa miała dokumenty, farmaceuta czekał na dole, a Laura trzymała rachunek, którego Thomas nie zdołał wyrwać.
Tym razem nie próbował już przekonywać, że to pomyłka.
Zabrał tylko wzrok od wszystkich ludzi, których chciał wykorzystać.
Kiedy odprowadzano go korytarzem, zatrzymał się przy drzwiach dziecięcego oddziału.
— Mamo — powiedział cicho. — Czy Charles będzie żył?
Spojrzałam na szybę. Za nią pielęgniarka poprawiała chłopcu koc, a monitor świecił spokojnym zielonym światłem.
— Lekarze robią wszystko, żeby tak było.
— A ty?
— Ja już zrobiłam wszystko, co mogłam. Oddałam ci całe życie. Nie oddam ci jego końca.
Thomas zacisnął usta i odszedł.
Ewa została ze mną do wieczora. Odwołała sprzedaż domu, zablokowała wszystkie rachunki związane z pełnomocnictwem i pomogła mi sporządzić nowe dokumenty. Dom nie miał trafić do Thomasa. Postanowiłam przekazać go fundacji, która zapewnia mieszkania rodzinom dzieci leczonych onkologicznie. Richard zawsze mówił, że cegły mają sens dopiero wtedy, gdy chronią czyjeś życie.
Laura podpisała zeznania i zgodziła się pomóc w odzyskaniu pieniędzy wyłudzonych z jej konta. Nie zrobiła tego dla mnie. Zrobiła to dla Anne i Charlesa.
Następnego ranka lekarka pozwoliła mi wejść do sali. Charles spał, blady, ale przytomny. Anne siedziała obok z plastelinowym pudełkiem na kolanach.
— Babciu — powiedziała — zostały ci jakieś czekoladki?
Usiadłam przy niej i poczułam, jak coś w mojej piersi pęka, tym razem bez bólu.
— Nie — odpowiedziałam. — Ale mam coś lepszego.
Wyjęłam z torebki kartkę z życzeniami i podałam ją jej.
— To tylko papier — zauważyła.
— Właśnie dlatego jest bezpieczny.
Charles otworzył oczy.
— Babciu, co było w tych czekoladkach?
Spojrzałam na jego małą dłoń, podłączoną do kroplówki, i nie zamierzałam kłamać.
— Coś, czego nigdy nie powinno tam być.
— A pudełko?
— Pudełko zostało zabrane.
Anne przycisnęła kartkę do piersi.
— To dobrze. Możemy zrobić własne życzenia?
— Możemy.
Podała mi fioletową kredkę. Narysowała trzy krzywe serca, a potem dorysowała do nich małe korony.
— To dla nas — wyjaśniła. — Żeby już nikt nie mógł nas rozdzielić.
Przycisnęłam kredkę do papieru i dopisałam pod jej rysunkiem tylko jedno zdanie:
„Czekoladki można wyrzucić, ale prawdy nie da się zjeść i ukryć.”
Przegapiłeś początek?






