CZĘŚĆ 4
…Mężczyzna zatrzymał się w progu, jakby dopiero teraz zorientował się, że w archiwum jest więcej osób, niż przewidywała umowa.
Miał granatowy płaszcz, mokre mankiety i teczkę z mosiężnym zapięciem. Nie wyglądał jak człowiek, który przyszedł rozmawiać o sztuce. Wyglądał jak ktoś, kto przyszedł odebrać klucze do magazynu.
— Kim pan jest? — zapytała Christina.
— Paweł Rudzki. Reprezentuję fundację Scena Jutra.
Roman ruszył w jego stronę.
— Nie tutaj.
— Właśnie tutaj. Dokument wskazuje tę salę jako miejsce przekazania materiałów.
Lidia wyjęła z koperty kopię umowy.
— Pańska fundacja nabyła prawa do przedstawienia za kwotę, która nigdy nie wpłynęła do teatru.
Rudzki zmarszczył brwi.
— Płatność została zrealizowana sześć lat temu.
— Na prywatne konto — powiedziałem. — Nie na konto teatru.
Roman rzucił mi spojrzenie, które kiedyś wystarczało, żebym spuścił wzrok. Tym razem trzymałem aparat oburącz i nie poruszyłem się.
— Panie Rudzki — odezwał się Andrzej — czy wie pan, że pańska umowa opiera się na dokumencie podpisanym przez osobę, która nie miała prawa reprezentować teatru?
— Mam podpis dyrektora.
— Ma pan skan podpisu — odparła Lidia. — To różnica.
Rudzki otworzył teczkę. Wyjął kilka kartek i ułożył je na stole. Na pierwszej widniał znak fundacji, na drugiej podpis Romana, a na trzeciej lista praw do scenariusza.
Christina nachyliła się nad dokumentami.
— To nie jest podpis Romana.
— Pani wybaczy, ale nie jest pani grafologiem.
— Nie muszę nim być. Wiem, jak wygląda jego podpis. Codziennie widzę go na programach, które zatwierdza.
Roman gwałtownie wyciągnął rękę.
— Wystarczy.
Wtedy Lidia położyła na stole oryginalny zeszyt. Otworzyła stronę z dawnymi podpisami i wskazała datę.
— Umowa została zawarta w czerwcu. Tymczasem w dokumencie wpisano, że prawa przekazano w maju.
Rudzki spojrzał na kartkę, potem na Romana.
— Dlaczego?
Roman przełknął ślinę.
— To błąd kancelarii.
— Nie — powiedziała Lidia. — W maju dyrektorem był jeszcze mój poprzednik. W czerwcu został odwołany. Roman objął stanowisko dopiero tydzień później.
Cisza trwała krótko, ale wystarczyła, by każdy zrozumiał, co się stało.
Roman usiadł na krześle. Drewno zaskrzypiało pod jego ciężarem.
— Myślałem, że nie przetrwamy — powiedział. — Sponsorzy odchodzili. Aktorzy żądali wypłat. Mieliśmy trzy tygodnie do zamknięcia.
— Więc sprzedałeś cudzą pracę — odpowiedział Andrzej.
— Zawarłem porozumienie, które miało dać nam czas.
— A potem zatrzymałeś pieniądze — powiedziałem.
Roman spojrzał na mnie.
— Nie dla siebie.
— Na czyje konto trafiły?
Nie odpowiedział.
To Rudzki znalazł odpowiedź. Przewrócił ostatnią stronę swojej teczki i pobladł.
— Fundacja Scena Jutra nie była wtedy fundacją — powiedział. — To była spółka konsultingowa.
Christina podniosła głowę.
— Czyja?
Rudzki odczytał nazwisko z dokumentu.
— Należała do brata Romana.
Lidia zamknęła oczy. Chulpan zacisnęła dłonie na papierowym wachlarzu. Andrzej odsunął się od stołu, jakby nagle zabrakło mu powietrza.
Roman poderwał się.
— To nie tak!
— W takim razie wyjaśnij — powiedziała Christina.
— Brat miał kontakty. Załatwił pieniądze. Później spółka upadła.
— A prawa do przedstawienia?
— Zostały u niego.
Rudzki powoli pokręcił głową.
— Nie. Prawa przeszły na fundację dwa lata temu. Bez zgody teatru.
Wtedy zrozumiałem, dlaczego Roman bał się zdjęcia. Nie dlatego, że Christina podarowała kwiaty aktorom. Bał się, że zwykła fotografia otworzy pytanie: dlaczego właśnie tych troje ludzi spotkało się za kulisami i o czym rozmawiali przy zamkniętej garderobie?
O siedemnastej trzydzieści rada teatru zebrała się w sali prób. Nie było kamer ani tłumu. Byli tylko członkowie rady, Elżbieta, Lidia, Rudzki i my.
Elżbieta przyszła z małą torbą na ramię. Wyjęła z niej oryginalne potwierdzenie przelewu, złożone na cztery części.
— Trzymałam je przez sześć lat — powiedziała. — Nie dlatego, że chciałam kogoś zniszczyć. Bałam się, że jeśli je oddam, zamkną także kasę, a potem wszyscy stracą pracę.
Christina podeszła do niej.
— A dlaczego oddała je pani teraz?
Elżbieta spojrzała na fotografię wyświetloną na ekranie. Zdjęcie z kwiatami wisiało nad stołem.
— Bo zobaczyłam trzy osoby, które nie pozwoliły, żeby cudze komentarze odebrały im zwykły ludzki gest. Pomyślałam, że może ja też nie powinnam dłużej pozwalać, żeby strach decydował za mnie.
Roman siedział z opuszczonymi rękami. Nie prosił o wybaczenie. Nie próbował się tłumaczyć po raz kolejny. W pewnym momencie położył na stole pęk kluczy.
— Jeśli rada uzna, że powinienem odejść, odejdę — powiedział.
— To nie wystarczy — odparła Lidia. — Musisz przekazać wszystkie dokumenty i zrezygnować z praw wynikających z umowy.
Roman skinął głową.
— Zrobię to.
— I oddasz pieniądze funduszu młodych aktorów.
Tym razem długo patrzył na blat.
— Nie mam takiej kwoty.
— Masz mieszkanie kupione przez spółkę — powiedział Rudzki. — Z dokumentów wynika, że zostało opłacone z tego samego rachunku.
Roman zamknął oczy.
— Sprzedam je.
Christina nie uśmiechnęła się. Nie wyglądała na zwyciężczynię. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie dowiedział się, ile kosztowało milczenie dorosłych ludzi.
— Pieniądze nie przywrócą tamtego przedstawienia — powiedziała.
— Wiem.
— Nie zwrócą też sześciu lat.
— Wiem.
— Więc nie nazywaj tego naprawieniem.
Roman podniósł wzrok.
— Jak mam to nazwać?
— Początkiem spłaty.
Następnego ranka rada rozwiązała z nim umowę, a prawa do przedstawienia wróciły do teatru. Umowę z fundacją unieważniono nie dzięki głośnej awanturze, lecz dzięki jednej datowanej kartce, podpisowi kasjerki i pytaniu, którego nikt wcześniej nie chciał zadać.
Zdjęcie Christiny, Chulpan i Andrzeja pozostało w internecie. Komentarze nadal płynęły, lecz pod nim pojawiła się druga fotografia: stara strona z zeszytu i papierowy wachlarz z numerem siedemnaście.
Nie publikowałem dokumentów bankowych. Elżbieta nie chciała, żeby jej nazwisko stało się widowiskiem. Pokazaliśmy tylko tyle, ile było konieczne, by opowiedzieć, dlaczego zwykły gest za kulisami uruchomił lawinę.
Wieczorem Chulpan wróciła do garderoby numer siedemnaście. Na stole leżał nowy program przedstawienia, a obok niego wachlarz, który Christina oddała jej po zebraniu.
— Zostaw go sobie — powiedziała Chulpan.
— To pani go podpisała.
— Właśnie dlatego powinien zostać tutaj.
Andrzej wszedł z trzema białymi goździkami. Jeden podał Christinie, drugi Chulpan, trzeci położył na otwartym zeszycie.
Christina spojrzała na mnie.
— Zrobisz jeszcze jedno zdjęcie?
— Jeśli wszyscy się zgodzą.
— Tym razem niech nikt nie dopisuje za nas podpisu — powiedział Andrzej.
Ustawiłem aparat. W kadrze znalazły się trzy dłonie, białe kwiaty, stara karta z przelewem i papierowy wachlarz z numerem siedemnaście.
Kiedy nacisnąłem spust, mały wachlarz poruszył się od przeciągu i zasłonił nazwisko Romana.
Christina spojrzała na zdjęcie i powiedziała:
— Zostaw tak. Niech wreszcie widać tych, którzy zostali.






