CZĘŚĆ 4
Kartka wypadła mi z palców i opadła na podłogę obok stojaka z kroplówką.
Natalia patrzyła na nią, jakby czytała własny wyrok.
— Moja matka żyje? — zapytała.
— Tak wynika z tego listu.
Andrzej dopadł do klamki.
Mecenas Maj zagrodził mu drogę.
— Proszę zostać tutaj.
— Nie będziecie mnie więzić w szpitalu.
— Nikt pana nie więzi. Ale jeśli wyjdzie pan bez wyjaśnienia, będzie to wyglądało jak próba ucieczki.
— Od czego?
— Od dokumentów, które przed chwilą ujawniono.
Andrzej spojrzał na mnie. Nie było już w nim pewności człowieka, który kontroluje cudze telefony, klucze i posiłki. Była złość, a pod nią coś bardziej kruchego.
— Mamo, nie rozumiesz, co się działo.
— To mi wytłumacz.
— Miałem długi.
Powiedział to tak, jakby samo słowo powinno zakończyć rozmowę.
— Ile?
— Za dużo.
— Więc zamknąłeś żonę w kurniku?
— Nie chciałem jej skrzywdzić.
Natalia uniosła głowę.
— Trzymałeś mnie tam jedenaście dni.
— Bo uciekałaś!
— Uciekałam do łazienki, Andrzeju. Nie za granicę.
— Nie jadłaś, bo odmawiałaś jedzenia.
— Jadłam, kiedy mi je dawałeś.
Marta stała przy ścianie i ściskała pasek swojej teczki. Jej twarz była blada, ale głos pozostał spokojny.
— Panie Andrzeju, zapisy z kancelarii pokazują, że wysłał pan przelew zaliczki firmie budowlanej dzień po podpisaniu pełnomocnictwa.
Mecenas wyjął z teczki wydruk.
— Dwa tysiące euro dla pośrednika, trzydzieści tysięcy obiecane po sprzedaży. W umowie zaznaczono, że nabywca przejmie gospodarstwo bez lokatorów.
— To była moja jedyna szansa — powiedział Andrzej.
— Nie — odpowiedziałam. — To była twoja jedyna szansa, żeby sprzedać cudzy dom.
Przez chwilę patrzył na mnie jak na obcą kobietę.
— Przez osiem lat cię nie było. Wyjechałaś i zostawiłaś wszystko mnie.
— Zostawiłam ci dom pod opieką. Nie przekazałam ci prawa do niszczenia ludzi.
— Ojciec umarł, a ty uciekłaś!
To zabolało bardziej, niż powinno. Mój mąż zmarł po długiej chorobie, a ja wyjechałam do pracy, bo Andrzej nie chciał wtedy nawet odebrać ode mnie telefonu. Przez lata powtarzałam sobie, że potrzebował czasu. Może po prostu bałam się przyznać, że już wtedy nie chciał być moim synem.
— Wrócę do tego później — powiedziałam. — Najpierw jedziemy do twojej teściowej.
— Nigdzie nie pojedziecie.
W tej samej chwili do sali weszła starsza pielęgniarka z ręką opartą na lasce.
— To pani Tamara? — zapytała.
— Tak.
— Mam na imię Zofia. Pracowałam kiedyś w ośrodku przy ulicy Brzozowej. Helena Wrona mieszka tam od dwóch lat. Przyjęto ją pod innym adresem, bo córka nie mogła jej odebrać. Andrzej odwiedzał ją dwa razy. Za każdym razem mówił, że Natalia zginęła w wypadku.
Natalia wydała z siebie zduszony jęk.
— Dlaczego nikt mi nie powiedział?
— Pisała do ciebie — odparła Zofia. — Listy wracały z adnotacją, że adresat nie istnieje.
Mecenas spojrzał na Andrzeja.
— To pan je odbierał.
Andrzej zaczął się cofać.
— Nie wiedziałem, co robić.
— Mogłeś powiedzieć prawdę — szepnęła Natalia.
— Prawda niczego by nie naprawiła.
— Naprawiłaby to, że nie leżałabym teraz pod kroplówką, bo jadłam ziarna dla kur.
Te słowa przecięły salę jak cienki nóż.
Przyjechali przedstawiciele ośrodka i zabrali Helenę następnego ranka na badania do tego samego szpitala. Była osłabiona, ale przytomna. Kiedy zobaczyła Natalię, przycisnęła dłoń do ust.
— Myślałam, że nie żyjesz — powiedziała.
Natalia uklękła przy jej wózku.
— On mówił, że nie chcesz mnie znać.
— Pisałam do ciebie co tydzień.
— Nie dostałam ani jednego listu.
Helena spojrzała na Andrzeja, który stał przy drzwiach pod nadzorem pracownika szpitala.
— To on je zatrzymywał.
Andrzej spuścił wzrok.
Nie przeprosił. Jeszcze nie potrafił.
Największy zwrot przyszedł jednak trzy dni później, kiedy mecenas zadzwonił do mnie z wiadomością, że Helena odnalazła wśród swoich rzeczy testament męża. Nie zostawił gospodarstwa mnie ani Andrzejowi.
Przepisał je Natalii, ponieważ wiedział, że to ona przez lata zajmowała się chorymi w rodzinie i potrafiła prowadzić gospodarstwo bez sprzedawania ziemi kawałek po kawałku.
Andrzej o tym nie wiedział. Myślał, że po moim powrocie dom przypadnie mnie, a później jemu. Dlatego próbował sprzedać go szybciej, zanim dokument zostanie ujawniony.
To nie ja byłam przeszkodą.
Była nią Natalia.
Mecenas unieważnił pełnomocnictwo, a Marta złożyła zeznanie dotyczące kancelarii. Dokument podpisany przez Natalię również został zakwestionowany, ponieważ lekarze potwierdzili, że znajdowała się pod przymusem i w stanie skrajnego wyczerpania. Firma budowlana wycofała się z umowy, gdy zobaczyła dowody fałszerstwa.
Nie musiałam prosić o zemstę. Andrzej sam stracił to, po co zamknął żonę.
Stracił możliwość sprzedaży gospodarstwa, pieniądze z zaliczki i zaufanie jedynej osoby, która przez lata mówiła w jego imieniu.
W końcu przyszedł do szpitala bez drogich butów i srebrnych spinek. Miał na sobie zwykły sweter. Stanął przy łóżku Natalii, ale nie dotknął jej ręki.
— Nie oczekuję, że mi wybaczysz — powiedział.
Natalia milczała.
— Chcę tylko powiedzieć, że oddałem mecenasowi wszystkie klucze. Do domu, piwnicy i kurnika. I podpisałem oświadczenie, że nie będę zbliżał się do ciebie bez twojej zgody.
— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała.
— Bo po raz pierwszy zobaczyłem, co naprawdę zrobiłem.
Miałam ochotę powiedzieć, że to za mało. Że żadna kartka nie cofnie jedenastu dni głodu, siniaków ani sześciu lat kłamstw o matce.
Natalia jednak odezwała się pierwsza.
— Nie wracaj do mnie.
Andrzej skinął głową.
— Wiem.
— Ale jeśli naprawdę chcesz coś naprawić, znajdź ludzi, którym jesteś winien pieniądze, i powiedz im prawdę. Nie wysyłaj ich do mojego domu.
— Dobrze.
— I przynieś wszystkie moje dokumenty.
— Przyniosę.
To nie było pojednanie. Była to granica, której nie mogła już przekroczyć żadna jego obietnica.
Tydzień później Natalia wyszła ze szpitala z matką u boku. Nie wróciły do starego domu od razu. Najpierw pojechały do mieszkania, które wynajęłam im niedaleko przychodni. Na lodówce zawisła kartka z godzinami posiłków, bo Natalia nadal budziła się w nocy z lękiem, że rano zabraknie jedzenia.
Lekarz powiedział, że dziecko rozwija się prawidłowo, ale Natalia będzie potrzebowała wielu miesięcy opieki. Nie protestowała, kiedy Helena siadała przy niej podczas każdego badania. Jej matka też musiała nauczyć się żyć z tym, że lata zostały jej odebrane przez cudze kłamstwa.
Ja wróciłam na gospodarstwo sama.
W kurniku nadal leżała warstwa mokrej słomy. Na drewnianej belce znalazłam metalową puszkę po herbacie. W środku były dokumenty Natalii, listy Heleny i mój prawdziwy paszport, który Andrzej schował razem z jej papierami.
Nie wyrzuciłam puszki.
Zabrałam ją do kancelarii i położyłam przed mecenasem.
— To będzie dowód — powiedział.
— Nie — odpowiedziałam. — To będzie przypomnienie, dla kogo odzyskujemy ten dom.
Miesiąc później Natalia po raz pierwszy weszła na podwórze razem z Heleną. Nie zaprowadziłam jej do kurnika. Sama wybrała miejsce, w którym chciała stanąć — przy starej studni, obok kamiennego koryta, gdzie jako dziewczyna podlewała zioła swojej matki.
Andrzej był wtedy w gminie, podpisując dokumenty dotyczące zwrotu pieniędzy pośrednikowi. Nie wiedział, że Natalia przyjechała.
Helena wyjęła z torby jeden z niedoręczonych listów.
— Chcesz go przeczytać? — spytała.
Natalia potrząsnęła głową.
— Nie dzisiaj. Chcę, żebyś mi go opowiedziała.
Usiadły przy studni, a ja zostałam kilka kroków dalej.
Z kurnika dobiegło gdakanie kur. Zwyczajny, uparty dźwięk. Zupełnie niepasujący do miejsca, w którym ktoś próbował odebrać człowiekowi godność.
Natalia położyła dłoń na brzuchu.
— Mamo — powiedziała do Heleny — nasze dziecko nigdy nie usłyszy, że nie zasługuje na miejsce przy stole.
Helena przykryła jej dłoń swoją.
A ja położyłam na drewnianym płocie klucz do piwnicy i powiedziałam:
— Od dziś wszystkie drzwi otwierasz ty.






