CZĘŚĆ 4 — Przyjechałem zakończyć małżeństwo, lecz krzyk żony zatrzymał mnie przy schodach — a położna nagle pobladła

CZĘŚĆ 4

Dziecko zaczynało się rodzić, a Victor miał dziesięć minut przewagi, choć nie wiedział, że jego własny plan właśnie rozsypał się na schodach Hawthorne Ridge.

Na dole Dorian ruszył ku drzwiom.

— Nikt stąd nie wyjedzie — powiedział.

Nie podniosłem głosu.

— Nora, zamknij bramę od strony rzeki. Wezwij kierowcę śmigłowca i przekaż mu, że lądowisko jest za szklarnią.

— A jeśli oni spróbują nas zatrzymać?

— Nie będą próbować.

Dorian wsunął dłoń pod kurtkę.

Miriam od razu stanęła między nim a łóżkiem.

— Schowaj rękę — powiedziała. — Jeśli przestraszysz rodzącą kobietę, przysięgam, że będziesz musiał tłumaczyć się całej rodzinie, dlaczego dziecko nie przeżyło drogi.

Dorian zamarł. Nie z powodu mojej groźby. Z powodu jej spokojnego, medycznego tonu.

— Victor chce tylko dokumentacji — powiedział.

— Victor chce dziecka — odpowiedziałem. — Dokumentacja jest mu potrzebna, żeby udawać, że ma do niego prawo.

Dorian spojrzał na teczkę leżącą na łóżku.

— Nie rozumiesz, co się stanie, jeśli ten chłopiec odziedziczy udziały.

— Rozumiem aż za dobrze.

Wiedziałem, czego chciał Victor. Nie pieniędzy. Te już miał. Chciał mojego miejsca, ale nie mógł go przejąć, dopóki żyłem i pozostawałem właścicielem większości udziałów w Avery Environmental Systems. Dziecko było dla niego wygodnym narzędziem: niemowlęciem, za którym można podpisać wszystko, i żoną odizolowaną od męża dzięki kilku spreparowanym listom.

Chciał, żebym sam odszedł.

Prawie mu się udało.

Kate krzyknęła. Miriam zerwała z łóżka metalową miskę i podała ją Norze.

— Czas między skurczami?

— Niecałe dwie minuty — odparła Nora.

— Lucian, uklęknij przy jej głowie. Nie przy brzuchu. Mów do niej, ale nie wydawaj rozkazów.

— Kate.

— Nie mów do mnie, jakbyś był moim dowódcą.

— Dobrze. Kate, jestem tutaj.

Otworzyła oczy.

— To właśnie mówiłeś, kiedy wychodziłeś do samolotu.

Nie miałem dla niej usprawiedliwienia. Nie takiego, które nie brzmiałoby jak kolejna forma tchórzostwa.

— Wtedy kłamałem — powiedziałem. — Byłem tutaj ciałem, ale już uciekałem.

Kolejny skurcz odebrał jej oddech. Tym razem nie chwyciła mojej ręki. Sama znalazła moje palce, jakby sprawdzała, czy naprawdę zostanę.

Za oknem rozległ się warkot śmigłowca.

Dorian rzucił się ku drzwiom, lecz Nora zastąpiła mu drogę. Pogrzebacz uderzył o podłogę z takim hukiem, że drgnęła nawet Miriam.

— Ani kroku — powiedziała Nora.

Dorian spojrzał na mnie.

— Myślisz, że możesz odwrócić wszystko jednym lotem?

— Nie. Odwróciły to twoje raporty.

Wyjąłem telefon i pokazałem mu ekran. Jeszcze w sypialni przesłałem zdjęcia dokumentów trzem osobom: członkini zarządu, która od lat nienawidziła Victora za przejmowanie cudzych projektów, księgowej fundacji Aldenów oraz Samuelowi Reedowi.

Do lekarza wysłałem tylko jedno pytanie: „Czy naprawdę podpisał pan tę umowę?”

Odpowiedź przyszła natychmiast.

„Tak. Victor groził, że zabije mojego syna. Ale mam oryginał z jego podpisem.”

Nora przeczytała wiadomość przez moje ramię.

— Czyli doktor też kłamał ze strachu?

— Kłamał, lecz zostawił dowód.

Kate patrzyła na mnie z wysiłkiem.

— A ty? Dlaczego nie powiedziałeś mi, że ktoś cię śledził?

Prawda bolała bardziej niż rozcięta skóra na moim przedramieniu.

— Bo uważałem, że jeśli będę wszystko kontrolował, nikt nie zdoła cię zranić. Potem zrozumiałem, że kontrola sama stała się raną.

— To nie jest przeproszenie.

— Nie. To przyznanie się.

Drzwi sypialni otworzyły się gwałtownie. W progu stanął Victor Avery. Nie przyszedł sam, lecz jego ludzie zostali przy wejściu, gdy zobaczyli krążący nad ogrodem śmigłowiec. Miał na sobie granatowy płaszcz, a w dłoni trzymał cienką teczkę z czerwonym sznurkiem.

— Wciąż możesz to zatrzymać — powiedział.

— Odejdź.

— Podpiszesz zgodę na czasowe powierzenie opieki. Dziecko trafi do Kingston, a Kate zostanie objęta obserwacją. W zamian małżeństwo zostanie rozwiązane bez rozgłosu. Dostaniesz spokój.

Kate roześmiała się krótko, choć zaraz skrzywiła się z bólu.

— On zawsze proponuje spokój, kiedy chce komuś odebrać głos.

Victor zacisnął szczękę.

— Nie rozumiesz, co robisz. Lucian nie potrafi wychować dziecka. Ten człowiek całe życie żył przemocą.

— A ty całe życie żyłeś cudzym strachem — odpowiedziałem.

— Twój ojciec ufał mi bardziej niż tobie.

— Mój ojciec zostawił ci zarząd, nie własność.

Victor podniósł czerwoną teczkę.

— Mam dowód, że dziecko nie jest twoje.

Kate spojrzała na mnie. Przez moment usłyszałem tylko pracę wirnika i jej płytki oddech.

Victor otworzył teczkę.

— Wynik badania z kliniki Northbridge. Próbka pobrana od Kate siedem miesięcy temu. Nie jest w ciąży z tobą.

Miriam wyrwała mu dokument z ręki i spojrzała na pieczęć.

— To niemożliwe.

— Dlaczego? — zapytał Victor.

— Bo siedem miesięcy temu Kate nie była w tej klinice. Była w moim gabinecie. Znam datę, ponieważ sama wpisałam ją do księgi.

Victor pobladł.

Nora sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła mały, pognieciony zeszyt.

— To kopia księgi wejść. Jest tu pani Kate, godzina dwudziesta druga czterdzieści. I jest też pański kierowca, Victorze, który przyszedł godzinę później po pustą kopertę.

Victor odwrócił się do Doriana.

— Mówiłeś, że nikt nie zachował zapisów.

Dorian nie odpowiedział.

Wystarczyło.

Victor sam wypowiedział prawdę.

— Nie rozumiecie, że nie miałem wyboru? Twój ojciec zostawił firmę na skraju bankructwa. To ja ją utrzymałem. To ja płaciłem ludziom, żebyś mógł bawić się w uczciwego prezesa. Kiedy urodzi się dziecko, wszystko trafi w ręce kobiety, która nawet nie zna naszych zasad.

Kate uniosła głowę.

— Znam jedną zasadę. Nikt nie ma prawa decydować za mnie, z kim mogę rozmawiać i gdzie urodzę własne dziecko.

Jej głos był słaby, ale każdy go usłyszał.

Victor zrobił krok ku łóżku.

Miriam zastąpiła mu drogę.

— Jeszcze jeden krok i będziesz musiał przejść po mnie.

— Jesteś tylko położną.

— A ty jesteś tylko mężczyzną, który boi się noworodka.

Wtedy na trawniku wylądował śmigłowiec. Dwóch ratowników wbiegło do domu z noszami. Nie było czasu na więcej rozmów. Kate została przeniesiona, a ja szedłem obok niej, trzymając jej dłoń. Victor stał przy schodach z czerwoną teczką pod stopą, jakby ktoś nagle odebrał mu znaczenie wszystkich dokumentów, które przez lata gromadził.

W szpitalu wszystko miało zapach środka dezynfekcyjnego i gorącego metalu. Była siedemnasta trzydzieści, kiedy lekarze zabrali Kate na salę porodową. Nie pozwolono mi wejść od razu.

Czekałem pod drzwiami z jej miedzianą bransoletką w dłoni. Zsunęła się jej z nadgarstka podczas transportu. Drut był ciepły od jej skóry.

Samuel Reed przyjechał godzinę później. Przyniósł oryginał umowy i zeznanie podpisane własną ręką. Powiedział, że Victor zastraszał jego syna, ale nie próbował wybielić swoich czynów.

— Mogłem odmówić — powiedział. — Nie odmówiłem.

— I dlatego będziesz musiał naprawić to, co da się naprawić — odparłem.

Przekazałem dokumenty zarządowi, fundacji i pełnomocnikom Kate. Victor stracił dostęp do rachunków jeszcze tej samej nocy. Dorian odszedł od niego, gdy zrozumiał, że żadna obietnica nie ochroni człowieka, który sam siebie ujawnił.

Nie wysłałem nikogo, żeby go pobił.

To byłoby najłatwiejsze.

Zamiast tego kazałem przeprowadzić otwarte rozliczenie wszystkich przelewów. Victor miał patrzeć, jak jego nazwisko znika z listy osób uprawnionych do podejmowania decyzji. Stracił właśnie to, po co manipulował życiem Kate: władzę nad cudzymi podpisami.

O dwudziestej pierwszej czterdzieści dwa usłyszałem pierwszy płacz naszego syna.

Lekarz wyszedł po kilku minutach.

— Chłopiec waży niewiele, ale oddycha. Potrzebuje inkubatora i czasu.

— Kate?

— Zmęczona, lecz bezpieczna.

Pozwolono mi wejść do niej dopiero po północy. Leżała blada, z włosami przyklejonymi do skroni. Na jej stoliku stała szklanka wody i mała plastikowa karta z numerem inkubatora.

— Jak on wygląda? — zapytała.

— Jak ktoś, kto postanowił zostać mimo wszystkich naszych problemów.

Kącik jej ust drgnął.

— Nie nazywaj go po sobie.

— Nie zamierzałem.

— Dobrze.

Usiadłem obok, ale nie dotknąłem jej bez pytania.

— Co będzie z nami? — zapytała.

— Nie wiem.

— To uczciwa odpowiedź.

— Mogę zacząć od tego, że nie będę już podejmował decyzji za ciebie. Ani w sprawie ochrony, ani dziecka, ani naszego małżeństwa.

Kate zamknęła oczy.

— A papiery?

— Spaliłem je w kominku.

— Nie chcę, żebyś je spalił, bo nagle pojawiło się dziecko.

— Wiem. Jeśli kiedyś podpiszemy coś wspólnie, przeczytamy każdą stronę razem. Bez ludzi Victora. Bez sekretów.

Długo milczała. Potem wyciągnęła rękę.

Nie po to, żebym ją przytulił.

Po bransoletkę.

Podałem jej miedziany drut. Zapięła go na nadgarstku, lecz metal nie chciał się domknąć. Miriam, która właśnie weszła z informacją o stanie dziecka, podała jej małe cążki i kawałek cienkiego drutu.

Kate spojrzała na mnie.

— Umiesz coś naprawiać?

— Zależy, co zepsułem.

— Nie pytam o to.

Podała mi bransoletkę.

Naprawiłem ją pod jej wskazówkami, skracając jeden koniec i wyginając drugi tak, aby nie wbijał się w skórę. Nie wyglądała już jak dawniej. Była krzywa, nierówna i mocniejsza w miejscu, które pękło.

Nad ranem stanęliśmy przy inkubatorze. Nasz syn miał maleńkie dłonie, przezroczyste paznokcie i przewody przyklejone do klatki piersiowej. Monitor wydawał krótkie, regularne dźwięki.

Kate przyłożyła palec do szyby.

— Elias — powiedziała.

— Elias Avery?

— Elias Alden Avery. Niech ma oba nazwiska. Niech nikt nie mówi mu, że musi wybierać między nami.

— Zgoda.

Spojrzała na mnie przez szybę.

— Lucian.

— Tak?

— Nie przyjechałeś tu zostać ojcem tylko dlatego, że położna kazała ci zdjąć płaszcz.

— Wiem.

— Więc jutro przyniesiesz mi wszystkie listy, które wysłałeś przez te siedem miesięcy. Chcę zobaczyć, co do mnie nie dotarło.

— Przyniosę.

— I potem porozmawiamy o tym, czy potrafisz być mężem.

Nie obiecałem, że wszystko naprawię. Po tym, co się wydarzyło, byłaby to kolejna próba przejęcia kontroli.

Powiedziałem tylko:

— Będę odpowiadał na każde pytanie.

Kate skinęła głową i znów spojrzała na inkubator. W środku Elias poruszył dłonią. Monitor odpowiedział szybkim szeregiem zielonych świateł.

Miedziana bransoletka zacisnęła się na nadgarstku Kate, kiedy położyła drugą rękę na szybie.

A po drugiej stronie szkła nasz syn zacisnął palce, jakby już teraz próbował zatrzymać nas oboje.

Przegapiłeś początek?

← Czytaj historię od pierwszej części

Оцените статью