CZĘŚĆ 4
Mój brat Adrian nie wiedział, że jego zdjęcie właśnie zobaczyła Helena.
Doktor zrobiła fotografię ekranu, a potem odłożyła telefon na stół z taką ostrożnością, jakby trzymała w dłoni coś kruchego i niebezpiecznego.
— Nie jedź tam sam — powiedziała.
— Jeśli pojadę z ochroną, uzna, że go zaatakowałem.
— Jeśli pojedziesz bez niej, może zabrać dzieci.
Nora stała przy łóżeczku Leona. Maja spała na jej ramieniu, owinięta w żółty kocyk. Za szybą śnieg zasypywał ślady prowadzące do zajazdu.
— Wiktor — powiedziała cicho — nie chcę, żebyś walczył o mnie jak o własność.
— Nie będę.
— A o dzieci?
Spojrzałem na syna. Czujnik na jego stopie migał czerwonym światłem.
— O ich bezpieczeństwo będę walczył. Ale nie przeciwko tobie.
Nora przez chwilę nic nie mówiła. Potem podała mi białego królika Mai, którego znalazłem w samochodzie.
— Oddaj jej, kiedy się obudzi.
To było wszystko. Żadnego przebaczenia. Żadnej obietnicy. Tylko mały przedmiot, który pozwalał mi zrobić jedną rzecz właściwie.
O 6:18 Helena zadzwoniła do dyrektora kliniki i przekazała mu kopię podpisanej przez Adriana zgody. Nie musiała podnosić głosu. Wystarczyło, że powiedziała, iż dokument zawiera podpis złożony przez skan, a nie przez prawowitego opiekuna.
— Jeśli spróbuje wynieść dzieci — oznajmiła — pielęgniarki mają nie otwierać drzwi. A ja osobiście zadzwonię do wydziału ochrony małoletnich.
Nie chciałem, by sprawa trafiła do sądu, ale jeszcze mniej chciałem, żeby Adrian decydował o moich dzieciach.
— Zrób to — powiedziałem.
Nora odwróciła głowę.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
— To może zniszczyć twoją fundację.
— Jeśli fundacja zależy od tego, czy ktoś może zastraszyć matkę wcześniaków, powinna zostać zniszczona.
Pojechaliśmy do kliniki dwoma samochodami. Nora z dziećmi jechała z Heleną. Ja siedziałem z Markiem w drugim aucie, zachowując odległość, o którą poprosiła.
Przez całą drogę mój telefon nie przestawał drżeć.
Adrian dzwonił sześć razy.
Za siódmym odebrałem.
— Gdzie jesteś? — zapytał.
— W drodze do kliniki.
— Sam?
— Nie.
— Jeśli przyjedziesz z Norą, wszystko się skończy. Dokumenty są już podpisane. Wystarczy, że potwierdzisz zgodę.
— Jakim prawem podpisałeś się za mnie?
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
— Ratowałem twoją rodzinę, kiedy ty bawiłeś się w romans.
Słowa uderzyły we mnie mocniej niż obelga.
— Skąd wiesz o Sylwii?
— Wszyscy wiedzą, Wiktor. Myślisz, że twoje życie jest tak szczelne jak sejf?
— Nie zmieniaj tematu.
— Zmieniam? Nora ma cię za potwora, fundacja traci pieniądze, a ty nadal udajesz, że problemem jest mój podpis.
— Problemem jest to, że chciałeś przejąć opiekę nad moimi dziećmi.
— Chciałem uratować nazwisko Rinaldich.
— Nie. Chciałeś uratować kontrakt z kliniką. Jeśli dzieci trafiłyby do ośrodka finansowanego przez fundację, dostałbyś prowizję od nowego programu.
Adrian przestał mówić.
Marek spojrzał na mnie, lecz nie odezwał się.
— Skąd to wiesz? — zapytał Adrian.
— Z rachunku, który znalazła Nora. I z podpisu, który podrobiłeś.
Rozłączyłem się.
W klinice spotkaliśmy go przy oddziale noworodków. Stał w eleganckim płaszczu, z teczką pod pachą i dwoma pracownikami fundacji za plecami. Na widok Nory wyprostował się.
— Pani Rinaldi, dzieci muszą zostać przeniesione.
— Nie bez mojej zgody — odpowiedziała.
— Jest pani wyczerpana. W takich przypadkach decyzję podejmuje opiekun prawny.
— Jestem matką — powiedziała Nora.
— A mój brat jest ojcem — dodałem.
Adrian uśmiechnął się chłodno.
— Wiktor, nie rób sceny.
— To ty zrobiłeś scenę z życia mojej żony.
Wyjąłem z teczki Heleny kopię dokumentu.
— Podrobiłeś mój podpis. Wysłałeś lekarce groźbę utraty finansowania. I próbowałeś zabrać wcześniaki bez zgody ich matki.
— Nie masz dowodów.
Helena podeszła do nas.
— Mam swoje zeznania, wiadomości i księgę rozmów z wczorajszego wieczoru. A dyrektor kliniki ma nagranie z kamer przy rejestracji, na którym mówi pan, że dzieci zostaną przeniesione siłą.
Adrian pobladł, lecz nie cofnął się.
— To wszystko przez ciebie — powiedział do mnie. — Gdybyś był ojcem, Nora nie musiałaby uciekać.
Te słowa powinny były mnie zranić. Zamiast tego zabrzmiały jak wyrok, który sam sobie wystawiłem.
— Masz rację — odpowiedziałem. — Ale nie masz prawa używać mojej winy, żeby odebrać jej dzieci.
Dyrektor kliniki wezwał ochronę i zabezpieczył dokumenty. Adrian nie został aresztowany. Nie było krzyków ani kajdanek. Został wyprowadzony przez ludzi, którym wcześniej płacił za ochronę własnego nazwiska.
Jeszcze tego samego dnia zawiesiłem go w fundacji i zleciłem niezależny audyt wszystkich programów. Kontrakt przepadł. Zarząd zażądał mojego odejścia, gdy wyszło na jaw, że pieniądze fundacji miały służyć interesom rodziny.
Podpisałem rezygnację.
Nora czekała na mnie w małej sali dla rodziców. Leon spał w nosidełku, a Maja trzymała białego królika za jedno ucho.
— Sylwia dzwoniła do mnie — powiedziała.
Serce ścisnęło mi się w piersi.
— Czego chciała?
— Powiedziała, że mam cię zostawić, bo i tak zawsze wybierzesz kontrolę.
— Tym razem się myli.
Nora spojrzała na mnie ostro.
— Nie mów „tym razem”. Nie chcę słów, które brzmią jak reklama naprawy małżeństwa.
Skinąłem głową.
— Masz rację.
— Chcę konkretów.
— Oddałem ci dostęp do wszystkich kont dotyczących dzieci. Odwołałem pełnomocnictwa. Adrian nie ma już żadnego prawa kontaktować się z kliniką. Jutro spotkam się z terapeutą, którego sama wybierzesz. I będę przychodził do dzieci tylko wtedy, kiedy ty się zgodzisz.
— A jeśli się nie zgodzę?
— Przyjmę to.
Maja wyciągnęła rękę w stronę królika. Podałem jej zabawkę, a ona zacisnęła palce na jego plastikowym gryzaku.
Nora patrzyła na mnie długo.
— Nie wiem, czy ci wybaczę.
— Wiem.
— Nie wiem, czy wrócę do mieszkania.
— Wiem.
— I nie chcę, żebyś kupował mi bezpieczeństwo.
— Więc będę musiał nauczyć się je budować inaczej.
Nie przytuliła mnie. Nie powinna.
Poprosiła tylko, żebym usiadł przy łóżeczku i nauczył się podawać Leonowi lekarstwo. Helena pokazała mi dawkę, kąt strzykawki i sposób, w jaki trzeba poczekać, aż syn przełknie.
Ręce trzęsły mi się tak mocno, że za pierwszym razem rozlałem kroplę.
— Spokojnie — powiedziała Nora. — Jeszcze raz.
Spróbowałem ponownie.
Leon poruszył ustami i połknął lekarstwo.
Za szybą korytarza Adrian odchodził z pustą teczką, a na ścianie obok oddziału wisiał plakat z nazwą fundacji, której już nie prowadziłem. Patrzyłem, jak pracownik zdejmuje go z ramy.
Nie poczułem triumfu.
Poczułem ciężar tego, co prawie straciłem.
Maja przycisnęła białego królika do policzka. Jego plastikowe ucho zaskrzypiało cicho, dokładnie tak jak tej nocy, gdy znalazłem go na siedzeniu samochodu.
Nora podała mi kolejną strzykawkę.
— Wiktor — powiedziała — teraz ty.
Tym razem nie spojrzałem na telefon, zegarek ani drzwi.
Patrzyłem tylko na maleńkie usta Leona, czekając, aż bezpiecznie przełknie lekarstwo.
Przegapiłeś początek?






