CZĘŚĆ 4
— Mój ojciec — powiedział Adrian. — I właśnie przysłał wiadomość, że za godzinę zjawi się tutaj.
Przez chwilę słyszałam tylko kroplówkę.
Kap, kap, kap.
Wpatrywałam się w nazwisko na kopercie. Bernard Bennett. Prezes rady szpitala, człowiek, którego podpis widniał na każdym dokumencie dotyczącym mojego postępowania przeciwko placówce.
— Twój ojciec wysłał mu mój prywatny list? — zapytałam.
— Tak wygląda.
— I chce wykorzystać nasze małżeństwo przeciwko mnie?
Adrian zacisnął szczękę.
— Chce wykorzystać je przeciwko mnie.
Camila podniosła się z krzesła.
— To znaczy?
Adrian spojrzał na mnie, jakby musiał wybrać między dwoma rodzajami bólu.
— Twój pozew dotyczy nieprawidłowości przy zamówieniach sprzętu chirurgicznego. Firma, którą reprezentujesz, odkryła, że szpital kupował wadliwe narzędzia po zawyżonych cenach. Odpowiedzialność prowadzi do zarządu. Mój ojciec podpisał większość umów.
— Wiedziałeś o tym?
— Podejrzewałem. Nie miałem dowodów.
— A mimo to zostałeś tu lekarzem.
— Bo pacjenci nie są winni temu, co robią ludzie w gabinetach zarządu.
Wstałam z łóżka zbyt gwałtownie. Rana zapiekła, a porcelanowy księżyc spadł z szafki i potoczył się po podłodze.
— Mówiłeś, że nasze małżeństwo jest prywatne.
— Jest.
— Nie, Adrian. Jeśli twój ojciec zna moje oświadczenie, ktoś przekazał mu dokumenty. Ktoś miał dostęp do teczki.
Camila spojrzała na mnie.
— Albo ktoś chciał, żebyś uwierzyła, że Adrian cię zdradził.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się z impetem.
Bernard Bennett wszedł do sali w ciemnym płaszczu, z parasolem ociekającym wodą. Za nim pojawiła się dyrektorka szpitala, pani Rossa, i prawnik zarządu.
— Niepotrzebnie robicie przedstawienie — powiedział Bernard. — Sofia, musimy porozmawiać o konflikcie interesów.
— Nie ze mną. Z własnym synem.
Jego spojrzenie przesunęło się na Adriana.
— Wyjdź.
— Nie.
To słowo zabrzmiało spokojnie, ale coś w jego głosie zmieniło temperaturę w pokoju.
Bernard uśmiechnął się bez ciepła.
— Przypominam ci, kto podpisał twoją umowę.
— A ja przypominam ci, że pacjent z sali siedemnastej omal nie umarł po użyciu wadliwego zacisku. Jego dokumentacja jest w moim oddziale.
Prawnik drgnął.
— Doktorze Bennett, nie radzę—
— Nie pytam o radę. Pytam, kto zmienił numer partii w raporcie.
Bernard odwrócił się do niego.
— Uważaj.
Wtedy Marta pojawiła się w drzwiach. Trzymała pod pachą grubą teczkę, a na palcu miała plaster z małą czerwoną gwiazdką.
— Przepraszam — powiedziała. — Ale chyba powinnam coś wyjaśnić.
Bernard zmarszczył brwi.
— Pani jest pielęgniarką.
— Zgadza się. I przez czternaście lat prowadziłam prywatny rejestr awarii sprzętu, bo za każdym razem, gdy zgłaszałam problem, dokumenty znikały.
Położyła teczkę na stoliku.
— Nie wysłałam panu listu pani Navarro. Wysłałam kopię raportów do jej kancelarii.
Pani Rossa pobladła.
— Marta, to naruszenie procedur.
— Nie. Naruszeniem procedur było używanie wadliwego sprzętu i poprawianie dokumentacji po operacjach.
Bernard ruszył w jej stronę.
Adrian stanął przed Martą.
— Proszę się zatrzymać.
— To przez ciebie ten szpital tonie — syknął Bernard. — Przez twoje sentymentalne małżeństwo i przez tę kobietę, która myśli, że kilka papierów uczyni ją nietykalną.
Poczułam, jak w środku rośnie coś zupełnie innego niż strach.
Nie byłam już pacjentką leżącą bezradnie w szpitalnym łóżku.
Byłam prawniczką, której ktoś właśnie przyznał, że boi się dokumentów.
— Powtórz to — powiedziałam.
Bernard spojrzał na mnie.
— Co?
— Że raporty są prawdziwe.
— Nie powiedziałem tego.
— Powiedział pan, że ten szpital tonie. A przecież nie zostałby pan tutaj, gdyby nie było czego ratować.
Prawnik zerknął na niego z niepokojem.
Camila wyjęła telefon.
— Rozmowa właśnie została zapisana.
Nie był to wcześniej przygotowany dowód. Po prostu nacisnęła przycisk, kiedy Bernard wszedł do sali. Tym razem zapis nie był potrzebny, by odsłonić prawdę, ale mógł powstrzymać kolejne kłamstwo.
Bernard wyciągnął rękę.
— Oddaj telefon.
— Nie — odpowiedziała Camila.
Pani Rossa cofnęła się pod ścianę.
— Bernard, musimy przerwać tę rozmowę.
— Ty też przeciwko mnie?
— Nie przeciwko tobie. Przeciwko temu, co zrobiłeś.
Adrian patrzył na ojca z twarzą napiętą tak mocno, że widziałam puls na jego szyi.
— To ty wysłałeś mój list?
Bernard milczał.
— Odpowiedz mu — powiedziałam.
— Chciałem cię ochronić — odparł w końcu.
Adrian zaśmiał się krótko, bez radości.
— Przed czym? Przed kobietą, którą kocham, czy przed własnymi dokumentami?
Bernard spojrzał na mnie.
— Gdybyś odsunęła się od sprawy, wszystko by się skończyło.
— Nie. Skończyłoby się tylko wtedy, gdybym udawała, że nie widzę dowodów.
Marta otworzyła teczkę. W środku znajdowały się kopie raportów, daty, numery partii, nazwiska osób zatwierdzających zakupy. Przy jednym z dokumentów widniał podpis Bernarda.
Ten sam podpis był na wszystkich umowach.
Adrian usiadł na krześle, jakby nagle zabrakło mu sił.
— Ojcze, dlaczego?
Bernard spojrzał na niego nie jak na syna, lecz jak na obcego człowieka, który właśnie odebrał mu przewagę.
— Żeby utrzymać szpital przy życiu.
— Za pieniądze pacjentów?
— Za pieniądze, których nikt nie chciał dać. Za decyzje, których ty nie rozumiesz.
— Rozumiem wystarczająco — powiedział Adrian. — Jedna osoba mogła umrzeć, żebyś utrzymał stanowisko.
To zdanie złamało coś w Bernardzie. Nie poprosił o wybaczenie. Nie próbował tłumaczyć się dalej. Usiadł ciężko na krześle i przesunął palcem po kopercie z listem Adriana.
— Myślałem, że jeśli zniszczę jej wiarygodność, uratuję ciebie.
— Zniszczyłeś własną — odpowiedział Adrian.
Później wydarzenia potoczyły się szybko, ale żadna z nich nie przypominała taniej sceny zemsty. Zarząd odsunął Bernarda od decyzji, a dokumenty trafiły do niezależnego audytu. Pani Rossa przyjęła raport Marty i obiecała, że nazwisko pielęgniarki znajdzie się przy każdym zgłoszeniu, którego wcześniej nie dopuszczano do obiegu.
Moja kancelaria nie wycofała sprawy. Ja również nie wycofałam się z niej tylko dlatego, że mój mąż pracował w tym szpitalu.
Adrian nie próbował mnie do tego namawiać.
Przeciwnie.
— Jeśli chcesz odejść ode mnie, zrozumiem — powiedział wieczorem, kiedy sala opustoszała. — Ale nie odchodź dlatego, że boisz się, iż nasze małżeństwo odbierze ci siłę.
Popatrzyłam na niego długo.
— Wiesz, czego najbardziej żałuję?
— Czego?
— Że uznałam twoje „dobrze” za żart.
Usiadł obok łóżka.
— A ja żałuję, że pozwoliłem ci przez trzy miesiące wierzyć, że jestem obojętny.
— Byłeś nieznośny.
— Gotowałem ci zupę.
— Mdłą.
— Obierałem jabłka.
— I sam je jadłeś.
Tym razem oboje się uśmiechnęliśmy.
Adrian sięgnął po porcelanowy księżyc, który Camila podniosła z podłogi. Na spodzie widniała data naszego pierwszego spotkania w liceum. Kiedyś dał mi go na szczęście, a ja przez lata trzymałam go w szufladzie, przekonana, że był tylko drobnym prezentem od przyjaciela.
Położył go na mojej dłoni.
— To nie był przypadek — powiedział.
— Co?
— Że pamiętałem tę datę.
Spojrzałam na księżyc, potem na niego.
— Więc zaproś mnie na randkę.
— Teraz?
— Gdy tylko lekarz pozwoli mi chodzić bez łapania za cudze spodnie.
— To może potrwać.
— Będziesz czekał?
Adrian pochylił się i pocałował mnie ostrożnie w czoło.
— Czekałem od siedemnastu lat.
Na korytarzu Marta zajrzała do sali.
— Doktorze Bennett, pacjentka ma odpoczywać.
— Słyszała pani? — zapytałam. — Od dziś jestem podwójnie chroniona.
— Niech pani tylko nie zdejmuje mu więcej ubrań — odparła Marta.
Adrian spojrzał na mnie z udawaną surowością.
— Słyszałaś.
Ścisnęłam porcelanowy księżyc i wsunęłam go do kieszeni piżamy.
— Następnym razem złapię cię za rękę.
A on, stojąc na środku oddziału, po raz pierwszy nie poprawił spodni — tylko podał mi dłoń.
Przegapiłeś początek?






