CZĘŚĆ 4
…Kirill odwrócił się do matki tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
— Jaki oryginał?
Lidia Pawłowna nie odpowiedziała. Stała przy stole, blada, z palcami wbitymi w materiał mojego szlafroka.
— Mamo, jaki oryginał?
— Umowy — powiedziała w końcu. — Tej pierwszej.
Poczułam, jak napięcie przechodzi w coś cięższego. Nie złość. Strach. Przez trzy tygodnie myślałam, że mam do czynienia z bezczelnymi gośćmi. Teraz widziałam przed sobą rodzinę, która ukryła przede mną chorobę, długi i dokumenty, a każdy kolejny krok mógł pociągnąć za sobą cudzą katastrofę.
— Połóż ją na stole — powiedziałam.
Kirill spojrzał na mnie.
— Nie musisz w to wchodzić.
— Jestem już w środku. Od chwili, kiedy podpisałeś umowę dotyczącą mojego adresu.
Lidia Pawłowna poszła do pokoju gościnnego. Po chwili wróciła z niewielkim metalowym pudełkiem. Zwykle trzymałam w nim świece, ale ona najwyraźniej opróżniła je bez pytania. Zatrzask zgrzytnął, kiedy go otwierała.
Wyjęła plik papierów owinięty gumką.
— Dostałam to od notariusza — powiedziała. — Kirill podpisał za mnie zgodę na pożyczkę. Powiedział, że inaczej nie dostanie leczenia.
Kirill oparł dłonie o stół.
— Miałem pełnomocnictwo.
— Do spraw bankowych — odparła matka. — Nie do podpisywania sprzedaży domu.
Ksenia podniosła głowę.
— Mamo, mówiłaś, że wszystko było legalne.
— Tak powiedział mi Kirill.
W pokoju zrobiło się duszno. Otworzyłam okno, ale zamiast świeżego powietrza do środka wpadł zapach spalin i mokrego asfaltu.
Przejrzałam dokumenty. Na jednej stronie widniał podpis Lidii Pawłowny. Na drugiej również. Trzecia była podpisana inaczej: litery były zbyt równe, zbyt ostrożne, jakby ktoś naśladował cudzą rękę.
— Ten podpis nie jest twój — powiedziałam.
Lidia Pawłowna pokiwała głową.
— Właśnie dlatego znalazłam oryginał. W kopii, którą dostał nabywca, podpis wyglądał inaczej.
Kirill cofnął się o krok.
— To niemożliwe.
— Ty podpisałeś za mnie — powiedziała jego matka. — Myślałam, że chodzi tylko o pożyczkę. Dopiero później dowiedziałam się, że dokument przekazywał dom.
Ksenia zakryła usta dłonią.
— Kirill… zrobiłeś to?
— Nie miałem wyboru — odpowiedział.
— Zawsze masz wybór — powiedziałam.
Tym razem nie podniósł głosu. Po prostu usiadł, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
— Lekarz powiedział, że bez operacji mogę umrzeć. Nie wiedziałem, co robić. Wuj Leon zgodził się dać pieniądze, ale chciał zabezpieczenia. Mama podpisała pierwszą umowę. Potem pojawiły się kolejne koszty. Myślałem, że odzyskam wszystko po powrocie do pracy.
— A kiedy nie odzyskałeś, wymyśliłeś plan z moim mieszkaniem.
— Chciałem tylko zyskać czas.
— Cudzym kosztem.
Ksenia zerwała się z krzesła.
— Czemu nam nie powiedziałeś, że jesteś aż tak zadłużony?
— Bo wiedziałem, że zaczniecie panikować.
— My panikujemy od trzech tygodni, a ty urządziłeś nam pobyt tutaj jak królowym — rzuciła. — Kupiłeś mi ubrania, opłaciłeś lekarza i mówiłeś, że wszystko jest pod kontrolą.
— Nie miałem pieniędzy.
Zapadła cisza, ale nie ta spokojna. Każdy z nas właśnie zobaczył inną wersję Kirilla: dla mnie był mężem, który uważał, że może rozporządzać moim domem; dla matki był synem, który ocalił ją przed bezdomnością; dla Kseni był bratem, który udawał silniejszego, niż był naprawdę.
O dziewiątej rano rozległ się dzwonek. Nie musiałam pytać, kto przyszedł.
W progu stał Leon, niski mężczyzna w mokrym płaszczu. W ręce trzymał teczkę i rachunki.
— Przyszedłem po drugą ratę — powiedział. — I po wyjaśnienie, dlaczego podpis na dokumencie nie należy do Lidii.
Kirill podniósł się.
— Leon, daj mi jeszcze tydzień.
— Dawałem ci pół roku.
— Mam rehabilitację. Jeśli ją zacznę, wrócę do pracy.
Leon spojrzał na mnie.
— Pani wiedziała o tej umowie?
— Nie.
— A o sprzedaży domu?
— Dowiedziałam się dziś.
Kirill chwycił mnie za ramię.
— Nastia, proszę. Podpisz ze mną ugodę. Wystarczy, że potwierdzisz, iż mieszkamy razem i że pomagasz w spłacie. Fundacja wtedy nie cofnie wniosku.
Zdjęłam jego dłoń z mojego ramienia.
— Nie podpiszę niczego, czego nie rozumiem.
— To może mnie zabić.
Te słowa trafiły we mnie mocniej niż krzyk. Przez moment zobaczyłam nie mężczyznę, który przestawiał moje granice, ale chorego człowieka, który bał się, że wszystko straci. Jednak litość nie mogła zmienić fałszywych podpisów w prawdziwe.
— Pomogę ci w inny sposób — powiedziałam. — Pojadę z tobą do fundacji i wyjaśnimy całą sytuację. Przedstawimy prawdziwe dokumenty. Ale nie będę kłamać, że twoja rodzina mieszka tutaj za moją zgodą.
Kirill spuścił wzrok.
— A mama i Ksenia?
— Dziś znajdziemy im tymczasowy pokój. Opłacę dwa tygodnie z własnych pieniędzy. Potem musicie ustalić własny plan.
Lidia Pawłowna zaczęła protestować.
— Nie możesz nas tak po prostu oddać obcym ludziom.
— Nie oddaję was. Pomagam wam odejść z miejsca, do którego weszliście bez pytania.
Ksenia patrzyła na mnie długo.
— Dlaczego chcesz nam jeszcze pomóc?
— Bo to, co zrobiliście, było krzywdzące. Ale nie chcę, żebyście spali na ulicy.
Leon zacisnął usta.
— Jeśli dokumenty są fałszywe, sprawa nie skończy się na ratach.
Kirill przytaknął. Nie błagał już mnie o podpis. Wziął z biurka kopertę, dokumenty i włożył je do teczki.
O dziesiątej pojechałam z nim do fundacji. Elżbieta Wrona przeczytała wszystkie papiery, zadzwoniła do kliniki i poprosiła o dodatkowe zaświadczenia. Nie obiecała pieniędzy, ale nie zamknęła drzwi przed jego wnioskiem.
— Jeśli przedstawi pan pełną prawdę, ocenimy sytuację od początku — powiedziała. — Jeśli znajdziemy kolejne zatajenia, pomoc będzie niemożliwa.
Kirill skinął głową.
— Rozumiem.
W drodze powrotnej siedzieliśmy obok siebie w autobusie, lecz między naszymi ramionami została szeroka pustka.
— Chcesz rozwodu? — zapytał.
— Tak.
— Nawet jeśli rozpocznę leczenie?
— Twoja choroba nie może być powodem, dla którego zostanę w małżeństwie bez zaufania.
Przymknął oczy.
— Myślałem, że jeśli będę wystarczająco długo udawał, że wszystko jest normalne, naprawdę takie się stanie.
— Udawanie nie jest normalnością.
Tego samego dnia Lidia Pawłowna i Ksenia przeniosły się do małego pokoju wynajętego przez fundację. Leon zabrał dokumenty i obiecał, że poczeka na wynik sprawdzenia podpisów, ale nie umorzył długu. Żadna z tych rzeczy nie rozwiązała problemu. Po raz pierwszy jednak problem przestał być ukrywany.
Rozwód trwał krótko. Nie było wspólnego mieszkania ani dużego majątku. Kirill zabrał swoje ubrania, książki i stare radio, które dostał od ojca. Przy ostatniej wizycie stanął w przedpokoju z pustą torbą.
— Mogę wejść? — zapytał.
To było pierwsze pytanie o mój dom, jakie zadał od początku tej historii.
— Możesz.
Wziął radio z półki. Potem zobaczył granatową teczkę z aktem własności, leżącą na komodzie.
— Nienawidzisz mnie? — spytał.
— Nie. Ale nie mogę już być twoją żoną.
— To gorsze.
— Dla ciebie może. Dla mnie jest po prostu prawdziwe.
Lidia Pawłowna później przysłała mi wiadomość. Napisała, że znalazła pracę przy wydawaniu posiłków w stołówce i że Ksenia zaczęła szukać pokoju razem z koleżanką. Nie przeprosiła od razu. Dopiero po kilku dniach napisała jedno zdanie: „Myliłam się, uznając twoją pomoc za obowiązek”.
Kirill przeszedł rehabilitację dzięki fundacji, ale musiał sprzedać samochód i zawrzeć ugodę z Leonem. Fałszywy podpis został wyjaśniony jako działanie Kirilla, a nie jego matki. Nie trafił do więzienia, lecz poniósł rzeczywistą cenę: dług, utratę pracy na pewien czas i rozpad małżeństwa, które próbował ocalić kłamstwem.
Ja nie odzyskałam tych trzech tygodni. Nie odzyskałam też łatwej wiary, że bliskość oznacza bezpieczeństwo.
Odzyskałam natomiast swoje mieszkanie bez cudzych walizek, bez przesuwanych przypraw i bez pytań, kto może zająć mój pokój.
Kilka dni po wyprowadzce położyłam na stole umowę rozwodową. Obok niej leżał rachunek za pierwszy tydzień pokoju dla Lidii Pawłowny i Kseni. Nie żałowałam tej pomocy. Nie podpisałam jednak niczego za Kirilla.
Wtedy zadzwonił telefon.
— Anastazja? — zapytał Kirill. — Fundacja zatwierdziła leczenie. Chcą, żebym powiedział, kto pomógł mi ujawnić prawdę.
Spojrzałam na granatową teczkę.
— Powiedz prawdę — odparłam. — Bez mojego nazwiska jako ozdoby i bez przemilczeń.
— A jeśli zapytają, czy nadal jesteś moją rodziną?
Za oknem przejechał tramwaj, a szyba zadrżała w cienkiej, metalowej ramie.
— Powiedz im, że byłam twoją żoną — odpowiedziałam. — I że pewnego dnia zapytałeś o pozwolenie dopiero wtedy, gdy wszystko już straciłeś.
Przegapiłeś początek?






