CZĘŚĆ 4
Na dokumencie dotyczącym działki widniał podpis Michała. A on przysięgał, że nigdy go nie złożył.
Rano nie pojechałam do domu.
Pojechałam do kancelarii notarialnej, której adres podał kierownik zakładu. Paweł prowadził samochód, a ja siedziałam z tyłu między fotelikami dziewczynek. Zosia spała z policzkiem przyciśniętym do granatowego koca w żółte gwiazdy. Lena patrzyła przez szybę na zasypane chodniki.
— Czy tata może stracić działkę? — zapytała.
— Nie wiem — odpowiedziałam.
To była pierwsza prawda, jaką mogłam jej dać.
Michał został w szpitalu. Lekarz nie pozwolił mu wyjść, choć uparcie twierdził, że sam wszystko załatwi. Jego choroba zaczęła się od zapalenia płuc, ale nocny stres sprawił, że znów miał problemy z oddychaniem.
Przed wyjazdem złapał mnie za nadgarstek.
— Nie pozwól, żeby matka wmówiła ci, że to twoja wina.
— Nasze dzieci prawie zamarzły.
— Wiem.
— A ja je tam zawiozłam.
— Zawiozłaś je do ludzi, którym ufałaś. To nie jest to samo, co porzucić je na ulicy.
Nie umiałam wtedy odpowiedzieć.
W kancelarii pachniało woskiem i mokrym papierem. Notariusz, starsza kobieta o krótkich siwych włosach, położyła przed nami dwa dokumenty.
— Ten pierwszy wpłynął trzy dni temu — powiedziała. — Dotyczy przeniesienia prawa do działki na pani rodziców.
— A drugi?
— Pełnomocnictwo do działania w imieniu pani męża.
Paweł nachylił się nad stołem.
— Podpisy są fałszywe?
— Pierwszy z pewnością. Drugi został wycofany, bo osoba, która go przyniosła, nie potrafiła odpowiedzieć na podstawowe pytania.
— Kto to był? — zapytałam.
Notariusz spojrzała na mnie ponad okularami.
— Pańska matka. Twierdziła, że mąż jest nieprzytomny i że rodzina potrzebuje pieniędzy natychmiast.
Poczułam pieczenie pod żebrami.
— Czy nagrała pani tę wizytę?
— Nie. Ale mam księgę wejść, kopię dokumentu i podpis na pokwitowaniu odbioru.
To wystarczyło, żeby zrozumieć, dlaczego matka tak bardzo chciała, aby wszyscy uwierzyli, że to ja jestem nieodpowiedzialna. Gdyby przedstawiała mnie jako kobietę, która zostawia dzieci i nie radzi sobie z rodziną, jej działania wyglądałyby jak ratunek.
Tylko że na pokwitowaniu sama podpisała swoje nazwisko.
W południe zadzwonił ojciec.
— Chcę zobaczyć dziewczynki — powiedział.
— Nie przyjeżdżaj do szpitala.
— Aniu, proszę.
— Powiedz mi, dlaczego nie otworzyłeś drzwi.
Milczał tak długo, że usłyszałam w słuchawce jego ciężki oddech.
— Bałem się jej.
— Bałeś się własnej żony bardziej niż ośmioletniego dziecka na mrozie?
— Wiem, co zrobiłem.
— Nie. Wiesz, co widziałeś. To różnica.
Wieczorem przyszedł do małej sali, w której dziewczynki odpoczywały. Nie miał już brązowego płaszcza. W ręku trzymał pudełko po butach, owinięte sznurkiem.
Lena cofnęła się za moje ramię.
— To dla was — powiedział.
— Nie chcemy prezentów — odpowiedziała.
Ojciec uklęknął. Stawy zatrzeszczały mu głośno.
— Wiem.
— Chciałyśmy tylko wejść.
— Wiem.
— Mama powiedziała, że jesteśmy kłopotem.
Jego usta zadrżały.
— Nie byłyście kłopotem. Ja byłem tchórzem.
Z pudełka wyjął mały mosiężny klucz z papierową zawieszką.
— To klucz do pokoju na poddaszu. Jest tam wasz stary kącik. Chcę, żebyście wiedziały, że możecie tam wejść, ale nie musicie.
Lena nie wyciągnęła ręki.
— Czy babcia tam będzie?
— Nie — odpowiedział. — Wyprowadziłem ją do jej siostry. Nie mogę już udawać, że nic się nie stało.
To był pierwszy raz, kiedy ojciec poniósł konsekwencje własnego milczenia. Nie prosił o wybaczenie. Nie mówił, że wszystko naprawi. Po prostu przyjął, że dziewczynki mogą mu nie zaufać.
Następnego dnia Michał dostał wyniki badań i zgodę na krótki spacer po oddziale. Usiedliśmy przy jego łóżku, a notariusz przekazała mu kopie dokumentów.
— Działka nadal należy do pana — powiedziała. — Ale jeśli chce pan pokryć leczenie, proszę zrobić to samodzielnie i bez udziału rodziców.
Michał spojrzał na mnie.
— Sprzedamy ją.
— To była ziemia po twoim dziadku.
— Ziemia nie jest ważniejsza od dzieci.
Później pojechaliśmy razem do mieszkania rodziców. Michał nie powinien był wychodzić ze szpitala, ale uparł się, żeby zakończyć sprawę osobiście. Paweł został w samochodzie z dziewczynkami.
Matka czekała przy stole. Na blacie leżała filiżanka z pękniętym uchem i stos rachunków.
— Przyszliście mnie zniszczyć — powiedziała.
— Nie — odpowiedziałam. — Przyszliśmy odebrać nasze dokumenty i powiedzieć ci, że dziewczynki nie będą tu więcej zostawiane.
— To moja wnuczka.
— Wnuczka, której zamknęłaś drzwi przed twarzą.
— Byłam wściekła.
— Wściekłość nie zabiera człowiekowi rozumu. Ty podjęłaś kilka decyzji.
Michał położył na stole kopię pokwitowania notariusza.
— I próbowałaś podpisać za mnie dokument dotyczący działki.
Matka spojrzała na papier.
— Chciałam uratować ten dom.
— Dom, który miał należeć do ciebie po śmierci ojca? — zapytałam.
Drgnęła.
To był drugi zwrot, którego się nie spodziewałam. Ojciec wcześniej przepisał swój udział w mieszkaniu nie na nią, lecz na wnuki. Zrobił to po cichu, kiedy dowiedział się o jej próbie przejęcia działki.
— Co zrobiłeś? — spytała matka.
Ojciec stał w korytarzu. Nie wszedł dalej.
— Zostawiłem dziewczynkom to, czego nie umiałaś im dać: miejsce, w którym nikt nie zamknie drzwi przed ich twarzą.
Matka oparła dłonie o stół.
— Oddasz mi mieszkanie?
— Nie. Ale możesz w nim mieszkać do końca roku, jeśli podpiszesz umowę i przestaniesz zbliżać się do dzieci bez naszej zgody.
Spojrzała na mnie.
— Ty mu kazałaś?
— Nie. Tym razem decyzję podjął sam.
Michał wsunął dokumenty do teczki.
— A jeśli złamiesz warunki, mieszkanie zostanie sprzedane, a pieniądze trafią na leczenie dzieci i spłatę długu.
Matka otworzyła usta, lecz niczego nie powiedziała. Nie dlatego, że zabrakło jej słów. Po raz pierwszy zrozumiała, że nie ma już dostępu do naszego strachu.
Wróciliśmy do szpitala przed zmrokiem. Zosia siedziała na krześle i próbowała zawiązać sznurówki Leny. Granatowy koc leżał złożony na oparciu.
— Mamo — powiedziała Lena — czy możemy pojechać kiedyś do dziadka?
— Możemy, jeśli będziesz chciała.
— Ale nie na święta.
— Nie na święta.
Michał wyciągnął rękę. Dziewczynki podeszły do niego, a on przyciągnął je ostrożnie do piersi.
Później Lena wyjęła z plecaka kartę kontaktową. Była pognieciona, z rozerwanym rogiem. Przejechała palcem po zapisanym numerze.
— Pamiętałam go — powiedziała.
— Wiem.
— Bo powiedziałaś, że kiedy nie wiemy, dokąd iść, mamy dzwonić do domu.
Nie odpowiedziałam od razu.
Spojrzałam na Michała, który oddychał już spokojniej. Na Zosię, która zasnęła przy jego ramieniu. Na ojca stojącego kilka metrów dalej z mosiężnym kluczem w dłoni.
Lena podniosła kartę i podała ją dziadkowi.
— Możesz ją zatrzymać — powiedziała. — Ale musisz pamiętać, że drzwi otwiera się od środka.
Ojciec zacisnął palce na pogniecionym papierze.
A potem położył klucz na dłoni Leny i wyszeptał: — Tym razem to ty zdecydujesz, czy wejść.
Przegapiłeś początek?






